19.02.2025, 20:36 ✶
Nietrudno było domyślić się, że Ambroise był nawet bardziej niż poirytowany nagłą zmianą planów, jaka wynikła bez jakiejkolwiek możliwości interwencji z jego strony. Co gorsza miał wrażenie, że być może byłby w stanie przewidzieć potencjalne niebezpieczeństwo zamiast tak po prostu wpierdolić się wprost na minę pieczęć przykrytą wykładziną. W dodatku nie samotnie, ale z dziewczyną, która znaczyła dla niego na tyle dużo, że w tym momencie był wnerwiony nie tylko na Rookwooda, ale też głównie na siebie.
Może tego nie mówił. Być może nie wyciągał tego na wierzch, mimo że bez oporów wspominał o wielu innych równie znaczących rzeczach. To, że milczał nie zmieniało tego, że Geraldine była dla niego praktycznie wszystkim. Bez chwili namysłu zaangażował się dla niej w polowanie na dopplegangera, nie wahając się ryzykować własnym życiem, bo cholera kochał ją.
Nawet po półtora roku rozłąki. Po tym wszystkim, co się między nimi działo. Przy tych całych zawirowaniach, problemach, kłopotach. Po decyzjach uniemożliwiających mu (przynajmniej w jego oczach, bo nie mieli tu żadnej zgodności) powrót do przeszłości. Bycie razem na dłużej niż to, co sobie teraz dawali.
Może teraz wcale nie sprawiali takiego wrażenia, ale nie mieli wspólnej przyszłości. To, co teraz robili nie było próbami pogodzenia się. Wrócenia do siebie. Dania sobie drugiej szansy. To było... ...coś innego. Sam nie wiedział, co dokładnie. Tego dnia świadomie wybierał nie myślenie o tym. Nie zastanawiał się dłużej, po prostu żył.
Pozwalał sobie na to, żeby sięgać po to, czego pragnął. Dawał się rozpraszać temu, co robiła jego dziewczyna. Jej błyszczącym oczom posyłającym mu sugestywne spojrzenia. Malinowym wargom wygiętym w tym obiecującym półuśmiechu, który sprawiał, że Greengrassowi momentalnie robiło się gorąco. Że świerzbiły go nie tylko ręce coraz odważniej sunące po sukience Yaxleyówny. Cały ulegał wrażeniu coraz bardziej palącego pożądania.
Myślał wyłącznie o tym, by znaleźć się z nią na górze w mieszkaniu. Zamknąć za nimi drzwi i zatracić się w sobie nawzajem. Jakimś cudem powstrzymując się przed odważnymi gestami dopóki nie zostali całkowicie samo (ta, jasne) we wnętrzu kamienicy.
Wtedy zaczął pozwalać sobie na znacznie więcej. Na otwarty żarliwy dotyk, na niezaprzeczalnie coraz bardziej wygłodniałe pocałunki. Na słanie dziewczynie jawnie pożądliwych pociemniałych spojrzeń. Na niemalże ciągłe przerywanie wspinaczki po schodach po to, by obdarzyć się nawzajem kolejnym zaczepnym dotykiem. Pociągnąć dziewczynę za rękę, musnąć palcami jej podbródek, raz czy dwa wychylić się do tyłu, żartobliwie wymierzając jej klapsa w tyłek czy podszczypując ją w pośladek.
Zachowywali się całkiem szczeniacko. Głupkowato. Żarliwie. Na tyle, że całkowicie stracił czujność. Teraz był tym podkurwiony. Stał w miejscu, mierząc mężczyznę wzrokiem i ani myśląc powstrzymać Geraldine przed rzuceniem sztyletem w Rookwooda, jeśli chciałaby to zrobić. Atmosfera nie dawała się tak po prostu rozluźnić.
O nie. Czymkolwiek były zabiegi Fenwicka vel Rookwooda, zdecydowanie były personalne. Bez dwóch zdań. Nawet, jeśli ten ewidentnie starał się rozluźnić atmosferę po swoich odpierdalankach. Ambroise tego nie kupował. Nadal był równie zaskoczony, co rozjuszony. Poirytowany na tyle, by w dalszym ciągu rozważać zmazanie pięścią uśmieszku z twarzy przyjaciela. Ewentualnie wepchnięcie mu tej jego absurdalnie różowej pykającej gumy balonowej wprost w tchawicę.
Na szczęście dla typa, wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście byli w tej chwili zapieczętowani w jednym miejscu, nie mogąc ruszyć się do przodu ani do tyłu czy wziąć problem w swoje ręce, ścierając nim wzory z podłogi. Sztylet błyszczący w dłoni Riny wydawał się naprawdę kuszącym rozwiązaniem.
A jednak nie czymś, co faktycznie należało zrobić. Mimo wszystko, wkurwiający czy nie (oczywiście, że to pierwsze), to był jego...
...chyba w dalszym ciągu przyjaciel. Niegdyś naprawdę bliski. Obecnie? Cóż, słysząc pytanie zadane przez Geraldine, Roise przeniósł na nią wzrok, po czym nieznacznie zmarszczył brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
Musiał to zrobić, bo sytuacja między nim a Loysem była co najmniej skomplikowana. Kiedyś nie miałby nawet najmniejszego problemu z określeniem ich relacji. Teraz?
Zamilkł na chwilę, szukając właściwych słów. W przeciwieństwie do drugiego mężczyzny, który najwidoczniej wcale nie potrzebował się namyślać. Z ust ich towarzysza momentalnie popłynęły bardzo konkretne słowa...
...przynoszące ulgę? Może trochę. Odrobinę łagodzące sytuację? Być może.
Zmierzył Aloysiusa uważnym spojrzeniem, zadając mu tym samym jedno niewerbalne, ale cholernie istotne pytanie. Tak. W dalszym ciągu był na niego całkiem nieźle podkurwiony, jednak nie zamierzał kopać leżącego. Przyjaciel sam stwierdził fakt. Ten, który być może dla Geraldine nie był szczególnie jasny czy zrozumiały, lecz dla Greengrassa stanowił dostateczny powód, by Ambroise spróbował nieznacznie zluzować.
Przez kilka sekund przyglądał się Loysowi, cały czas utrzymując spojrzenie na ciemnobrązowycg oczavh kolegi, po czym nieznacznie kiwnął głową. Odchrząkując, przeniósł wzrok na swoją dziewczynę. Nie uśmiechnął się, jednakże nie ział aż takim chłodem czy wściekłością jak mogła się po nim spodziewać.
- Benjy jest... ...jakby to ująć... ...enfant terrible tej rodziny - stwierdził powoli, dosyć mocno podkreślając zarówno imię mężczyzny (w jego ustach brzmiące aż nazbyt francusko, za bardzo jak Bężi) jak i status jego brata (tu także nie szczędząc sobie przesadnie francuskiego akcentu).
Był w tym ostentacyjny do przesady. Wyjątkowo przeuprzejmy, brzmiąc równie kulturalnie, co wyniośle. Trochę kąśliwie, co zresztą niemal natychmiast podbił dodatkowym pytaniem wycelowanym w ich nieoczekiwanego towarzysza.
- Prawda, Rookie? - Zdecydowanie nie oczekiwał jednak potwierdzenia swoich słów, zamiast tego od razu przenosząc wzrok na dziewczynę. - We wczesnym dzieciństwie miał nieszczęśliwą dla siebie tendencję do gryzienia ołowianych prętów w łóżeczku i niestety, co nieco mu po tym zostało - stwierdził, dosyć znacząco zniżając głos i rzucając przelotne spojrzenie w kierunku Rookwooda. - Jest trochę upośledzony. Matka tłukła go szczotą do butów, ale nic to nie dało. Poza tym hipogryf upierdolił go w język - mruknął półgębkiem do Yaxleyówny, nawet nie starając się, aby w rzeczywistości nie zostać usłyszanym.
Nie obchodziło go to, co miał sobie o tym pomyśleć szanowny Aloysius Loys Benjamin Benjy Rookwood Rookie Fenwick. Znając go, raczej miał mieć to zresztą w dupie. Nie raz, nie dwa docinali sobie nawzajem w znacznie mocniejszy sposób. Bardziej perfidny, choć mniej wyrafinowany.
To nie było nic takiego.
Stanowiło po prostu drobny rewanż za całą tę otoczkę. Nawet, jeśli usprawiedliwioną historią o demonie i zadziwiającą przezornością ze strony Rookwooda. I Lestrange'a. O Lestrange'u, choć nadal niewidocznym, też nie można było przecież zapominać. Nie, skoro zdecydowanie wprowadził ich przyjaciela w część tematów związanych z dopplegangerem, o czym świadczyła cała ta opowieść snuta przez Rookiego podczas procesu ściągania run.
Na ten moment jej nie skomentował. Uniósł wyłącznie brwi, spoglądając na Geraldine i wreszcie wykonując pierwszy krok wgłąb korytarza. Nic się nie stało. Nic nie wybuchło. O dziwo nawet on, choć w pewnym momencie zdecydowanie był na granicy. Potrzebował ochłonąć.
Może tego nie mówił. Być może nie wyciągał tego na wierzch, mimo że bez oporów wspominał o wielu innych równie znaczących rzeczach. To, że milczał nie zmieniało tego, że Geraldine była dla niego praktycznie wszystkim. Bez chwili namysłu zaangażował się dla niej w polowanie na dopplegangera, nie wahając się ryzykować własnym życiem, bo cholera kochał ją.
Nawet po półtora roku rozłąki. Po tym wszystkim, co się między nimi działo. Przy tych całych zawirowaniach, problemach, kłopotach. Po decyzjach uniemożliwiających mu (przynajmniej w jego oczach, bo nie mieli tu żadnej zgodności) powrót do przeszłości. Bycie razem na dłużej niż to, co sobie teraz dawali.
Może teraz wcale nie sprawiali takiego wrażenia, ale nie mieli wspólnej przyszłości. To, co teraz robili nie było próbami pogodzenia się. Wrócenia do siebie. Dania sobie drugiej szansy. To było... ...coś innego. Sam nie wiedział, co dokładnie. Tego dnia świadomie wybierał nie myślenie o tym. Nie zastanawiał się dłużej, po prostu żył.
Pozwalał sobie na to, żeby sięgać po to, czego pragnął. Dawał się rozpraszać temu, co robiła jego dziewczyna. Jej błyszczącym oczom posyłającym mu sugestywne spojrzenia. Malinowym wargom wygiętym w tym obiecującym półuśmiechu, który sprawiał, że Greengrassowi momentalnie robiło się gorąco. Że świerzbiły go nie tylko ręce coraz odważniej sunące po sukience Yaxleyówny. Cały ulegał wrażeniu coraz bardziej palącego pożądania.
Myślał wyłącznie o tym, by znaleźć się z nią na górze w mieszkaniu. Zamknąć za nimi drzwi i zatracić się w sobie nawzajem. Jakimś cudem powstrzymując się przed odważnymi gestami dopóki nie zostali całkowicie samo (ta, jasne) we wnętrzu kamienicy.
Wtedy zaczął pozwalać sobie na znacznie więcej. Na otwarty żarliwy dotyk, na niezaprzeczalnie coraz bardziej wygłodniałe pocałunki. Na słanie dziewczynie jawnie pożądliwych pociemniałych spojrzeń. Na niemalże ciągłe przerywanie wspinaczki po schodach po to, by obdarzyć się nawzajem kolejnym zaczepnym dotykiem. Pociągnąć dziewczynę za rękę, musnąć palcami jej podbródek, raz czy dwa wychylić się do tyłu, żartobliwie wymierzając jej klapsa w tyłek czy podszczypując ją w pośladek.
Zachowywali się całkiem szczeniacko. Głupkowato. Żarliwie. Na tyle, że całkowicie stracił czujność. Teraz był tym podkurwiony. Stał w miejscu, mierząc mężczyznę wzrokiem i ani myśląc powstrzymać Geraldine przed rzuceniem sztyletem w Rookwooda, jeśli chciałaby to zrobić. Atmosfera nie dawała się tak po prostu rozluźnić.
O nie. Czymkolwiek były zabiegi Fenwicka vel Rookwooda, zdecydowanie były personalne. Bez dwóch zdań. Nawet, jeśli ten ewidentnie starał się rozluźnić atmosferę po swoich odpierdalankach. Ambroise tego nie kupował. Nadal był równie zaskoczony, co rozjuszony. Poirytowany na tyle, by w dalszym ciągu rozważać zmazanie pięścią uśmieszku z twarzy przyjaciela. Ewentualnie wepchnięcie mu tej jego absurdalnie różowej pykającej gumy balonowej wprost w tchawicę.
Na szczęście dla typa, wszystko wskazywało na to, że rzeczywiście byli w tej chwili zapieczętowani w jednym miejscu, nie mogąc ruszyć się do przodu ani do tyłu czy wziąć problem w swoje ręce, ścierając nim wzory z podłogi. Sztylet błyszczący w dłoni Riny wydawał się naprawdę kuszącym rozwiązaniem.
A jednak nie czymś, co faktycznie należało zrobić. Mimo wszystko, wkurwiający czy nie (oczywiście, że to pierwsze), to był jego...
...chyba w dalszym ciągu przyjaciel. Niegdyś naprawdę bliski. Obecnie? Cóż, słysząc pytanie zadane przez Geraldine, Roise przeniósł na nią wzrok, po czym nieznacznie zmarszczył brwi, zastanawiając się nad odpowiedzią.
Musiał to zrobić, bo sytuacja między nim a Loysem była co najmniej skomplikowana. Kiedyś nie miałby nawet najmniejszego problemu z określeniem ich relacji. Teraz?
Zamilkł na chwilę, szukając właściwych słów. W przeciwieństwie do drugiego mężczyzny, który najwidoczniej wcale nie potrzebował się namyślać. Z ust ich towarzysza momentalnie popłynęły bardzo konkretne słowa...
...przynoszące ulgę? Może trochę. Odrobinę łagodzące sytuację? Być może.
Zmierzył Aloysiusa uważnym spojrzeniem, zadając mu tym samym jedno niewerbalne, ale cholernie istotne pytanie. Tak. W dalszym ciągu był na niego całkiem nieźle podkurwiony, jednak nie zamierzał kopać leżącego. Przyjaciel sam stwierdził fakt. Ten, który być może dla Geraldine nie był szczególnie jasny czy zrozumiały, lecz dla Greengrassa stanowił dostateczny powód, by Ambroise spróbował nieznacznie zluzować.
Przez kilka sekund przyglądał się Loysowi, cały czas utrzymując spojrzenie na ciemnobrązowycg oczavh kolegi, po czym nieznacznie kiwnął głową. Odchrząkując, przeniósł wzrok na swoją dziewczynę. Nie uśmiechnął się, jednakże nie ział aż takim chłodem czy wściekłością jak mogła się po nim spodziewać.
- Benjy jest... ...jakby to ująć... ...enfant terrible tej rodziny - stwierdził powoli, dosyć mocno podkreślając zarówno imię mężczyzny (w jego ustach brzmiące aż nazbyt francusko, za bardzo jak Bężi) jak i status jego brata (tu także nie szczędząc sobie przesadnie francuskiego akcentu).
Był w tym ostentacyjny do przesady. Wyjątkowo przeuprzejmy, brzmiąc równie kulturalnie, co wyniośle. Trochę kąśliwie, co zresztą niemal natychmiast podbił dodatkowym pytaniem wycelowanym w ich nieoczekiwanego towarzysza.
- Prawda, Rookie? - Zdecydowanie nie oczekiwał jednak potwierdzenia swoich słów, zamiast tego od razu przenosząc wzrok na dziewczynę. - We wczesnym dzieciństwie miał nieszczęśliwą dla siebie tendencję do gryzienia ołowianych prętów w łóżeczku i niestety, co nieco mu po tym zostało - stwierdził, dosyć znacząco zniżając głos i rzucając przelotne spojrzenie w kierunku Rookwooda. - Jest trochę upośledzony. Matka tłukła go szczotą do butów, ale nic to nie dało. Poza tym hipogryf upierdolił go w język - mruknął półgębkiem do Yaxleyówny, nawet nie starając się, aby w rzeczywistości nie zostać usłyszanym.
Nie obchodziło go to, co miał sobie o tym pomyśleć szanowny Aloysius Loys Benjamin Benjy Rookwood Rookie Fenwick. Znając go, raczej miał mieć to zresztą w dupie. Nie raz, nie dwa docinali sobie nawzajem w znacznie mocniejszy sposób. Bardziej perfidny, choć mniej wyrafinowany.
To nie było nic takiego.
Stanowiło po prostu drobny rewanż za całą tę otoczkę. Nawet, jeśli usprawiedliwioną historią o demonie i zadziwiającą przezornością ze strony Rookwooda. I Lestrange'a. O Lestrange'u, choć nadal niewidocznym, też nie można było przecież zapominać. Nie, skoro zdecydowanie wprowadził ich przyjaciela w część tematów związanych z dopplegangerem, o czym świadczyła cała ta opowieść snuta przez Rookiego podczas procesu ściągania run.
Na ten moment jej nie skomentował. Uniósł wyłącznie brwi, spoglądając na Geraldine i wreszcie wykonując pierwszy krok wgłąb korytarza. Nic się nie stało. Nic nie wybuchło. O dziwo nawet on, choć w pewnym momencie zdecydowanie był na granicy. Potrzebował ochłonąć.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down