19.02.2025, 22:27 ✶
Chciał się od razu z tego wszystkiego spowiadać. Że to nie tak jak mógłby pomyśleć, kompletnie nie tak, a zgoda dana mu w tej przeklętej restauracji nie miała znaczenia, bo przecież to Laurent był najważniejszy na świecie. Chciał, ale ostatnio chciał dużo, a nie udawało mu się nic - i ta sytuacja była kolejnym potwierdzeniem braku kontroli nad tym co robi, mówi, czego pragnie... Bo to niby była prawda - wybrał Laurenta, to z nim chciał spędzać czas, to jemu poświęcał się, na rzecz czasu, jaki mógłby spełnić z innymi, ale zwyczajnie wciąż był zepsuty, więc jakie to poświęcenie miało znaczenie?
Żadne.
Przynajmniej dla postaci Crowa leżącej teraz w kompletnym bezruchu, załamanej tym, co się działo. Ale ten bezruch był chwilą. Był westchnieniem pomiędzy kolejnym wybuchem płaczu. To wszystko było... skomplikowane. I zdecydowanie ponad jego zrozumienie. Jednocześnie użalał się nad brakiem Bletchleya i cieszył się, że to miało jakieś zakończenie. Jednocześnie chciał przycisnąć do siebie Laurenta i czerpać z jego bliskości, a z drugiej chciał stąd uciec jak skończony tchórz, chociaż sam tu przylazł. Dlaczego? Bo wydawało mu się okrutnym to, żeby to akurat Laurent miał to dźwigać. Bo mimo głębokiego uczucia żywionego do człowieka, który odszedł, zdawał sobie sprawę z tego, jakie to wszystko było zajebiście toksyczne. Przed latem miał stałego partnera od wielu lat, bezpieczną przystań, rodzinę. Dzisiaj znowu był w Fantasmagorii wyklęty, a powodem było co właściwie? To, że się nie potrafił powstrzymać. Trzy miesiące temu miał faceta, który chciał się z nim ożenić. Dwa miesiące temu zdradzał go regularnie i ćpał. Miesiąc temu stracił go ostatecznie. Czy gdyby Bletchley nadal żył, teraz traciłby Laurenta? A może już go stracił, może...
Zaszlochał. Wzmocnił zaklęcie, nie mogąc powstrzymać łez. Ten płacz był zaraźliwy. Nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Był jak ziewanie. Przestałby płakać, gdyby blondyn mu nie zawtórował. Potrzebował dłuższej chwili, żeby się chociaż trochę uspokoić, a kiedy to wreszcie zrobił, mógł powiedzieć dużo rzeczy. Przeprosić go za to, że całą piżamę miał teraz mokrą od łez i pewnie za mocno go do siebie przyciskał. Nie zrobił tego. Zadał za to dziwne, absurdalne wręcz pytanie wyduszone przez własną rozpacz.
- D--d-dlaczego - płaczesz? - Po wyrazie jego twarzy widać było, że to pytanie jest poważne. I było chyba jednym z najszczerszych pytań, jakie kiedykolwiek mu zadał. On naprawdę tego nie rozumiał, nikt przecież nie reagował na jego kryzysy w ten sposób. Przyciągając go do siebie i próbując opanować panikę? Tak. Krzycząc na niego, żeby się uspokoił? Często. Jeszcze częściej zwyczajnie się z nim kłócono. Ale Laurent był inny. Laurent był delikatny i kruchy i robił rzeczy wykraczające poza jego pojmowanie rzeczywistości, dotychczas nieco zbyt brutalnej, żeby szybko nabrał ogłady i zbyt pechowej, żeby nie brał tych łez za czyjś gniew i frustrację wymierzoną w niego. - N-nie pozwolę na to, żeby ktoś cię skrzywdził. - Bardziej niż wiara we własne słowa przemawiał teraz przez niego narastający kompleks. Sam sobie chciał to powiedzieć, a nie jemu.
Żadne.
Przynajmniej dla postaci Crowa leżącej teraz w kompletnym bezruchu, załamanej tym, co się działo. Ale ten bezruch był chwilą. Był westchnieniem pomiędzy kolejnym wybuchem płaczu. To wszystko było... skomplikowane. I zdecydowanie ponad jego zrozumienie. Jednocześnie użalał się nad brakiem Bletchleya i cieszył się, że to miało jakieś zakończenie. Jednocześnie chciał przycisnąć do siebie Laurenta i czerpać z jego bliskości, a z drugiej chciał stąd uciec jak skończony tchórz, chociaż sam tu przylazł. Dlaczego? Bo wydawało mu się okrutnym to, żeby to akurat Laurent miał to dźwigać. Bo mimo głębokiego uczucia żywionego do człowieka, który odszedł, zdawał sobie sprawę z tego, jakie to wszystko było zajebiście toksyczne. Przed latem miał stałego partnera od wielu lat, bezpieczną przystań, rodzinę. Dzisiaj znowu był w Fantasmagorii wyklęty, a powodem było co właściwie? To, że się nie potrafił powstrzymać. Trzy miesiące temu miał faceta, który chciał się z nim ożenić. Dwa miesiące temu zdradzał go regularnie i ćpał. Miesiąc temu stracił go ostatecznie. Czy gdyby Bletchley nadal żył, teraz traciłby Laurenta? A może już go stracił, może...
Zaszlochał. Wzmocnił zaklęcie, nie mogąc powstrzymać łez. Ten płacz był zaraźliwy. Nigdy nie zdawał sobie z tego sprawy. Był jak ziewanie. Przestałby płakać, gdyby blondyn mu nie zawtórował. Potrzebował dłuższej chwili, żeby się chociaż trochę uspokoić, a kiedy to wreszcie zrobił, mógł powiedzieć dużo rzeczy. Przeprosić go za to, że całą piżamę miał teraz mokrą od łez i pewnie za mocno go do siebie przyciskał. Nie zrobił tego. Zadał za to dziwne, absurdalne wręcz pytanie wyduszone przez własną rozpacz.
- D--d-dlaczego - płaczesz? - Po wyrazie jego twarzy widać było, że to pytanie jest poważne. I było chyba jednym z najszczerszych pytań, jakie kiedykolwiek mu zadał. On naprawdę tego nie rozumiał, nikt przecież nie reagował na jego kryzysy w ten sposób. Przyciągając go do siebie i próbując opanować panikę? Tak. Krzycząc na niego, żeby się uspokoił? Często. Jeszcze częściej zwyczajnie się z nim kłócono. Ale Laurent był inny. Laurent był delikatny i kruchy i robił rzeczy wykraczające poza jego pojmowanie rzeczywistości, dotychczas nieco zbyt brutalnej, żeby szybko nabrał ogłady i zbyt pechowej, żeby nie brał tych łez za czyjś gniew i frustrację wymierzoną w niego. - N-nie pozwolę na to, żeby ktoś cię skrzywdził. - Bardziej niż wiara we własne słowa przemawiał teraz przez niego narastający kompleks. Sam sobie chciał to powiedzieć, a nie jemu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.