20.02.2025, 00:47 ✶
Crow patrzył na niego... Zdziwiony! Potrzebował czasu na to, żeby przetrawić to, co zostało do niego właśnie powiedziane. Laurent był uroczy, oczywiście. Zawsze był uroczy, zawsze był piękny, czysty, delikatny, pociągający w całej tej swojej arystokratycznej otoczce, bo oprócz bycia denerwującym paniczykiem był też kimś bardzo ciepłym. Bardzo sprawnie rozkochiwał w sobie pięknymi wypowiedziami i wielkimi pokładami wyrozumiałości. I chyba tego się teraz spodziewał - kolejnego rozumiem i wybaczam, wszak możliwość obcowania z kimś takim wciąż jawiła mu się w głowie jako coś o co powinien walczyć. Była... Darem. I chyba się już przyzwyczaił do takiego podziału ról. On coś znowu gnoił, inni byli na niego źli, a potem mu wybaczali, było świetnie, a potem znowu coś gnoił. Jeszcze nie miał przestrzeni tego przemyśleć, ale przebiegła mu przez głowę dosyć odważna myśl - a jeżeli to było jak z tym strachem przed uderzeniem? Banie się ciosu w twarz od kogoś, kto nigdy nie podniósł na ciebie ręki. Banie się krzyku i dopytywania żeby wyłuskać kolejne rzeczy za które można unieść na niego głos, chociaż Laurent nią nie był. Ba, jeżeli miał ich porównać, to byli jak ogień i woda.
Zmarszczył brwi. Zagubił się we własnych myślach i dało się to skołowanie odczytać w rozbieganym spojrzeniu. Tak, to było absurdalne. Tak właśnie ktoś goniący za miłością przez całe życie reagował na to, kiedy ktoś dał mu dokładnie to czego chciał. Miłość. Uczucie kierujące jego życiem, coś co go napędzało, co go czyniło człowiekiem - zaprezentowane w formie współodczuwania, a nie tragicznej obsesji i wszechogarniającego chaosu, całkowicie zbiło go z tropu. Flynn się zapowietrzył. Jak nastolatek pierwszy raz pofalowany w policzek. Co się w ogóle mówiło w takich momentach? Chyba nic. Chyba nikt nie zadawał takich pytań, więc i nie istniał żaden konkretny schemat, którym mógłby podążyć. Wypłynął na niezbadane wody na własne życzenie.
Położył swoją dłoń na jego. Serce mu waliło jak młot, pomagając rozejść się po ciele głębokiemu oszołomieniu. Może i to wszystko co pomiędzy nimi było zakrawało o szaleństwo i z pewnością większość społeczeństwa uznałaby to za niepoprawne, ale on naprawdę poczuł się lepiej. Nie dlatego, że Laurent mu coś oferował, po prostu... Nawet jeżeli minęło ledwie kilkanaście minut, Crow poczuł, że nie jest w tym sam. Jak to w ogóle możliwe, że nie był w tym sam? Zawsze był we wszystkim sam.
Spojrzał na niego tym załamanym wzorkiem.
- Byłem tam już. Nie chcę tam wracać. - Przynajmniej nie teraz, a poza tym... Argh! Teraz jeszcze ciężej było mu się przyznać, ale ciężar kłamstwa był jeszcze gorszy. Zatajenie czegoś przed wszystkimi miało inny wymiar, niż kiedy wiedziała o tym Nora, a Laurent nie. W końcu zmuszał go wręcz do mówienia mu rzeczy, robił mu sceny kiedy nie został uwzględniony w spotkaniu z jakimś frajerem. Zacisnął oczy i zadarł podbródek. Głos mu się nadal chwiał i zmęczył się płaczem, ale był zrozumiały. - Poszedłem tam i wpadłem w histerię. Znowu się pociąłem. - To brzmiało lepiej niż „próbowałem poderżnąć sobie gardło”. - Przepraszam. - Tak rzadko to mówił, a dzisiaj naprawdę potrzebował wybaczenia. - Nie wiem... Nie wiem dlaczego to zrobiłem. - Tak naprawdę to wiedział. W tamtym momencie tak głęboko wierzył w to, że to jego wina, aby wszystko inne straciło na znaczeniu.
Zmarszczył brwi. Zagubił się we własnych myślach i dało się to skołowanie odczytać w rozbieganym spojrzeniu. Tak, to było absurdalne. Tak właśnie ktoś goniący za miłością przez całe życie reagował na to, kiedy ktoś dał mu dokładnie to czego chciał. Miłość. Uczucie kierujące jego życiem, coś co go napędzało, co go czyniło człowiekiem - zaprezentowane w formie współodczuwania, a nie tragicznej obsesji i wszechogarniającego chaosu, całkowicie zbiło go z tropu. Flynn się zapowietrzył. Jak nastolatek pierwszy raz pofalowany w policzek. Co się w ogóle mówiło w takich momentach? Chyba nic. Chyba nikt nie zadawał takich pytań, więc i nie istniał żaden konkretny schemat, którym mógłby podążyć. Wypłynął na niezbadane wody na własne życzenie.
Położył swoją dłoń na jego. Serce mu waliło jak młot, pomagając rozejść się po ciele głębokiemu oszołomieniu. Może i to wszystko co pomiędzy nimi było zakrawało o szaleństwo i z pewnością większość społeczeństwa uznałaby to za niepoprawne, ale on naprawdę poczuł się lepiej. Nie dlatego, że Laurent mu coś oferował, po prostu... Nawet jeżeli minęło ledwie kilkanaście minut, Crow poczuł, że nie jest w tym sam. Jak to w ogóle możliwe, że nie był w tym sam? Zawsze był we wszystkim sam.
Spojrzał na niego tym załamanym wzorkiem.
- Byłem tam już. Nie chcę tam wracać. - Przynajmniej nie teraz, a poza tym... Argh! Teraz jeszcze ciężej było mu się przyznać, ale ciężar kłamstwa był jeszcze gorszy. Zatajenie czegoś przed wszystkimi miało inny wymiar, niż kiedy wiedziała o tym Nora, a Laurent nie. W końcu zmuszał go wręcz do mówienia mu rzeczy, robił mu sceny kiedy nie został uwzględniony w spotkaniu z jakimś frajerem. Zacisnął oczy i zadarł podbródek. Głos mu się nadal chwiał i zmęczył się płaczem, ale był zrozumiały. - Poszedłem tam i wpadłem w histerię. Znowu się pociąłem. - To brzmiało lepiej niż „próbowałem poderżnąć sobie gardło”. - Przepraszam. - Tak rzadko to mówił, a dzisiaj naprawdę potrzebował wybaczenia. - Nie wiem... Nie wiem dlaczego to zrobiłem. - Tak naprawdę to wiedział. W tamtym momencie tak głęboko wierzył w to, że to jego wina, aby wszystko inne straciło na znaczeniu.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.