Niesprawiedliwość życia wygrywana była najdelikatniejszymi nutami fortepianu. Łkała. Czasem gwałtowne rytmy przechodziły przez całą pięciolinię i nerwowym zgrzytaniem smyczka na wiolonczeli przekazywały opowieść o górach i dolinach. Innym razem - szarpały palce za struny skrzypiec, albo dęły płuca we flet. Piszcząc i wyjąc, zgrzytając bolały w uszy. Próbujesz je zatkać? Próżna to nadzieja. I tak ci się nie uda. Polegniesz jak każdy, bo każdy polega przed przeznaczeniem, którym podążaliśmy. My - bierni obserwatorzy wydarzeń. My - rzekomi królowie swojego Losu.
Właśnie - swojego. Fleamont Bell mógł wpłynąć na własne życie - a wpłynął też na życie Caina Bletchleya. Nie miało to niczego wspólnego z jego śmiercią, ale czy głowa nie podpowiadała inaczej? Tak to widziałeś sam - za łatwo przychodzi się obwiniać za niesprawiedliwość, która nie leżała po twojej stronie. Miał nadzieję, że Flynn się nie obwiniał. To nie jego narkotyki, nie jego wybory, nie jego... a może część jego? Może wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie trucizna przekazywana przez każdy gest, dotyk ust i słowo, które z nich płynęło? Będzie dobrze, Crow. Ciemność dobrze skrywała wszystkie tajemnice i perfekcyjnie maskowała twoje krucze skrzydła. Będzie dobrze, Edge. Wstanie poranek i zobaczysz, że naprawdę można inaczej - że w tym świecie jest dla ciebie miejsce, w cyrku również. To się ułoży, Flynn. Nowy dom, nowa rodzina, nowe życie - szansa na coś lepszego, wiecznie upojonego rześkim powietrzem tak dramatycznie różnym od stęchlizny Ścieżek. Fleamoncie. To nie jest historia o tym, w której zostajesz porzucony na pastwę losu w ciemnych zaułkach Birmingham. Tam, gdzie jest lepiej chodzić z nożem, a po zmroku najlepiej nie pokazywać się wcale.
- Tak, Flynn. Kocham cię. - Powtórzył, widząc to jego zagubienie i skołowanie. Sprawdzał, czy nie będzie potrzebna jakaś bardziej adekwatna reakcja, czy jeszcze będzie tak łapczywie łapał te oddechy, jakby miało jednak mu zabraknąć tlenu. - Będę zawsze, kiedy będziesz mnie potrzebował. - Przesuwał kosmyki loków, których część już też była wilgotna od przelanych łez. Flynn naprawdę wyglądał jak cień samego siebie. Ponura zmora kręcąca się w ciemnościach, duch nawiedzający upiorne zakamarki zimnego zamczyska, które z zewnątrz zachwycało, zapierało dech w piersi wewnątrz... a Laurent ciągle wolał swój mały dom. Śmiesznie malutki wręcz w porównaniu do tego miejsca, gdzie salon, kuchnia i jadalnia były wielkości jego sypialni, w której właśnie siedzieli. Teraz to nie miało znaczenia. Przestrzeń pomieszczenia mogło być ogromna - ich przestrzeń była malutka. Nawet nie na całym tym łożu, a w tych miejscach, gdzie dotyk gonił dotyk, a spojrzenie śledziło spojrzenie.
- W porządku. Kiedykolwiek będziesz gotów to możesz na mnie liczyć. - Jeśli będzie chciał iść sam - niech idzie. Jeśli będzie potrzebował pomocy - będzie tam. Co najbardziej go druzgotało to to, że chyba... chyba Flynn stracił go całkowicie nagle. Czy oni wymieniali między sobą jakieś listy? Konwersację? Cokolwiek? Nie wiedział. Chciał wiedzieć - ale teraz to nie był odpowiedni czas na pytanie. Okropna myśl - Flynn nie zdążył się nawet pożegnać. Ta myśl sprawiła, że Laurent pociągnął nosem i przetarł go - kompletnie nieelegancko, ale już mu z niego ciekło. Na moment wykręcił się do tyłu, żeby sięgnąć po chusteczkę i przetrzeć nią ten nos, oczy, policzki. Odetchnął głęboko. I kiedy myślał, że rozryczy się jeszcze bardziej, chyba z tym Flynnem, to padło coś, czego najmniej się spodziewał. Wpadłem w panikę - tak, to było zrozumiałe i nawet nie dziwiło tak bardzo, znając emocjonalność Flynna. Znów się pociąłem. Tego powinien był się spodziewać. - Och, przepraszam, Myszko, nie wiedziałem... gdzie? - Od razu jego oczy spojrzały na jego ręce, na nogi, ewidentnie przepraszając za to, że sądził, że sprawił mu nieświadomie ból dotykiem, jaki dzielili. Pojawiło się to przepraszam i to, że nie wie, czemu to zrobił, więc Laurent przestał oglądać jego okryte ubraniami ciało i spojrzał mu znów w oczy. - Czy nie dlatego, że ból straty był zbyt mocny? Pomyślałeś, że go zawiodłeś, że mogłeś być przy nim, że teraz już go nie spotkasz. - Delikatność głosu Laurenta przypominała ten sam, co jego koszuli nocnej - kaszmir tak delikatny, że otuliłby każdego.
Głowa bardzo łatwo dopowiadała sobie najbardziej wygodne scenariusze wydarzeń.