Wiedza, jak uważała Victoria, była najcenniejszą walutą, jaką ktokolwiek mógł dysponować. Pieniądze mogły ją kupić tak długo, jak ktoś ją w ogóle posiadał, a księgi były najtrwalszym jej nośnikiem. Nieidealnym, bo teoria nie mogła zastąpić praktyki, ale były najlepszym startem i punktem wyjścia, by braki we własnej wiedzy uzupełnić. Louvain mógł więc sobie z tego kpić, mógł sobie nie chcieć sięgać do ksiąg, a ją nazywać Parkinsonóweczką od siedmiu boleści… ale do kogo przybiegł w chwili trwogi? Do kogoś, kto tę wiedzę mógł mieć, kto mógł pomóc. I ta wiedza przynajmniej częściowo z ksiąg pochodziła. Ludzie mogli ją nazywać pełną siebie kujonką, ale choć ego miała duże, to nie brało się ono z niczego – wiedziała dokładnie, w czym była dobra, a gdzie miała braki. I ostatecznie – uważała, że wcale nie wychodziła na tym źle, bo ta wiedza niejednokrotnie jej się przydała. Prawda jednak była taka, że było jej obojętne, czy Louvain zerknie do ksiąg, czy nie, to był raczej jej sposób na małe wyzłośliwienie się… i utarcie nosa, bo jedyną osobą, która mogła jej mówić, co ma robić, jak i z kim, do niedawna była jej matka, a obecnie – była to ona sama. A teraz uśmiechała się tryumfalnie, gdy udało jej się przytulić kuzyna, nawet jeśli bez wzajemności.
Myśl o tym, że był to tylko psikus, w zasadzie nie zagościła w głowie Victorii na dłużej niż kilka sekund. Była to opcja, ale bardzo nikła, zwyczajnie wolała odsunąć od siebie niepokój, wywołany dziwacznym stanem ogrodu i tym, co Lorelei napisała im w liście o wzmiance w kronikach oraz tym, że róże są nieodłącznie związane z rodziną. Fakt, że elfy zachowywały się inaczej, też nie napawał optymizmem w tej sprawie, nie zwykła jednak rzucać słów, bez uprzedniego przemyślenia ich kilka razy, zwłaszcza w takich sprawach, a tego jeszcze nie miała okazji przeanalizować. Niestety ilość czarnych róż, które oplatały się nawet wokół drzew, nie napawała optymizmem. Na pewno trzeba było sprawdzić, czy nie są jakimś gatunkiem inwazyjnym… i przede wszystkim – skąd się tutaj u licha ciężkiego wzięły?
– W dupie byłeś i gówno widziałeś – odpyskowała spokojnie i to takim tonem, jakby właśnie komentowała pogodę. Louvain mówił o rzeczach, o których nie miał bladego pojęcia, a Victoria nie zamierzała go wprowadzać w ten sposób w swoje życie uczuciowe ani przeszłe, ani teraźniejsze. Nie mógł się za to bardziej pomylić. Nie zamierzała się jednak tłumaczyć – w myśl zasady, że tłumaczy się tylko winny. Poza tym, na jego nieszczęście, o jego życiu uczuciowym wiedziała nieco więcej, niżby zapewne sobie życzył, lojalnie jednak milczała i tylko jej uśmieszek mógł zdradzać, że wybrał sobie nieodpowiednią osobę do zaczepiania – bo po pierwsze nie robiło to wrażenia, a po drugie, gdyby chciała, mogłaby klapnąć paszczą nieco boleśniej.
Powiodła spojrzeniem za kuzynem, gdy ten odszedł od nich na moment, ale nic nie powiedziała, gdy schylił się do róż.
– To może nie być taka zła teoria… – powiedziała ostrożnie, powoli, z zastanowieniem, chociaż w pierwszej chwili też chciała to odrzucić. Laurent wydawał się nieobecny i ich wyprzedził, ale Victoria nie pognała za nim, nie było takiego powodu, za to lekko przekrzywiła głowę. – Od czasu Beltane natura wariuje, jakby żywioły się buntowały. Najpierw wiatr, potem ziemia, ponoć to się działo w różnych miejscach na terenie Anglii na przestrzeni ostatnich miesięcy – wyjaśniła Louvainowi, chociaż w tym momencie bez tej przekory w głosie, a z lekko zmarszczonym czołem. – Może teraz dotarło też do nas… – dodała ciszej. Czego nie dodała to tego, że równie dobrze mogła być źródłem tej anomalii, zgodnie z teorią nekromantki z Egiptu, do której udała się w sierpniu. Miała szczerą nadzieję, że jednak powód jest inny, a nie że… Że ta energia zaczyna się jakoś ulewać z Zimnych i teraz będą mieli małą katastrofę w Maida Vale.
W końcu i oni weszli do oranżerii, w której Laurent… stał nad jakąś donicą, pochylał się i podskoczył nagle, a potem… Jakby się odłączył, widziała to dokładnie w jego nagle zamglonych oczach, a chwilę później nogi mu się ugięły i wylądował na ziemi. Victoria aż się poderwała, chcąc go złapać pod ramiona, żeby całkiem nie runął.
– Laurent? – położyła swoją lodowatą dłoń na jego barku, ale Prewett nie reagował. – …Laurie? – ostatnim razem podziałało, kiedy tak się do niego zwróciła, więc może teraz…? I nie zamierzała sobie zawracać głowy obecnością kuzyna, który mógł sobie do tej sytuacji dopisać znacznie więcej, niż w rzeczywistości było.