20.02.2025, 10:16 ✶
Niby się znali, ale poznawać zaczęli się dopiero w te wakacje. Choć przez lata nawykli do swojego towarzystwa, bo ona była przyjaciółką Loretty, a on – przyjacielem Atreusa, ich rozmowy nie wychodziły nigdy poza prozaiczne, szkolne tematy. Chcąc nie chcąc, spędzali ze sobą dużo czasu, nie spędzali go jednak razem, a obok siebie. Lorraine zauważyła, że zaczęła myśleć o Louvainie o wiele cieplej od kiedy ten skończył szkołę. Bo choć darzyła sympatią aroganckiego ślizgońskiego gówniarza z przerośniętym ego, którzy panoszył się w Hogwarcie tak, jak gdyby cały zamek należał do niego, zdecydowanie wolała tego doroślejszego Louvaina. Wydawał się nieustraszony, kiedy wzlatywał wysoko ponad przestworza, niepokorny, w tym, jak sięgał po to, czego chciał, nieustępliwy we wszystkim – nawet w sposobie, w jaki zabiegał o jej uwagę.
"Może nie wypowiadałaś swoich życzeń przy odpowiedniej osobie", powiedział Louvain tonem, który sugerował, że on byłby odpowiednią osobą. Lorraine nie odpowiedziała. To byłoby za proste. Uśmiechnęła się tylko, uśmiechem, który mówił: "będę o tym pamiętać". W pewnym sensie bawiło ją, że Louvain kierował swoją uwagę właśnie w jej stronę. Jak gdyby to, że cieszyła się aprobatą w oczach jego siostry i w oczach jego najlepszego przyjaciela czyniło ją tej uwagi najbardziej godną spośród wszystkich kobiet, które chciały go posiadać i być posiadane.
Louvain mógł odrzucać kobiety tak samo, jak odrzucał autorytety. Louvain mógł się buntować – przekraczać granice w poszukiwaniu niezależności, której tak pragnął – mógł lekceważyć zasady i mówić o wolności, ale jego niepokorność nie wynikała z rzeczywistej potrzeby łamania schematów. Z potrzeby życia własnym życiem. Wynikała z potrzeby udowodnienia swojej niezależności w granicach, które zostały mu wyznaczone. W granicach, w ramach których wciąż funkcjonował, trzymając się wytyczonych przez nie norm i wartości. Kiedy niby podjął ryzyko wyjścia poza to, co znane i akceptowane? Gdyby Lorraine była kimś spoza jego kręgu, czy wciąż zwróciłby na nią uwagę?
– Uważaj, żebyś niestrawności nie dostał – poradziła więc dobrotliwie, gdy wspomniał o tym, że "granice to on zjada na śniadanie".
Lorraine mogła mieć własne zdanie na temat wszystkich tych górnolotnych deklaracji, które padały z ust Louvaina, ale w jednym musiała przyznać mu rację. Louvain miał rację, mówiąc, że niebo nie jest dla niego limitem. Limitem było to, co zostało uznane za wartościowe przez jego siostrę i przyjaciela.
Niektórzy potrafili dostrzec piękno tylko tam, gdzie dostrzegali je inni. Gdyby zagrała mu na fortepianie kunsztowną kompozycję jednego z mistrzów, a zaraz potem – prostą barową przyśpiewkę w tej samej tonacji, czy Louvain byłby w stanie odróżnić jedno od drugiego? Czy wybrałby dzieło mistrza tylko dlatego, że nazywano go mistrzem, czy dlatego, że muzyka poruszyła coś we wnętrzu jego duszy? Czy w ogóle liczyłaby się dla niego muzyka, czy tylko reakcja otaczającej go publiczności?
Czy może to, że to ona gra, i że gra dla niego – tylko dla niego?
"A ciebie coś jeszcze ogranicza?"
"Matka", była jej pierwsza myśl, na którą niemal się wzdrygnęła, mimo płaszcza, którym Louvain otulił miękko ich ramiona. Chłód nocy nie mógł równać się z chłodem serca Mirandy Malfoy. Ale teraz Lorraine była dorosła. Nie musiała obawiać się narzucanych przez Mirandę ograniczeń. Nie musiała się ich obawiać odkąd wyrwała się spod dyktatury matczynej nienawiści, uciekłszy z domu na Nokturn.
"A ciebie coś jeszcze ogranicza?"
Lorraine zaczęła się śmiać. Słodki śmiech popłynął z jej piersi niespodzianie, tak samo, jak niespodzianie wzniesiona niczym do błogosławieństwa dłoń dotknęła czoła Louvaina.
Delikatnie, bo rzeczywiście chciała go pobłogosławić, namaścić poświęconym w kowenie olejem, który napełniał siłą.
Przekląć go, aby rzeczywiście przekroczył wszystkie granice, które chciał przekroczyć, nawet te ustalone przez bogów. Te, których przekraczać się nie powinno.
Dotyk skostniałych z zimna palców musiał palić żywym ogniem, jak gdyby zgasiła na nim papieros, który wcześniej rzucił w przepaść, przytknąwszy go w miejsce między brwiami. Wiedziała, że tym gestem nie tylko wytycza granicę, ale i ją przekracza.
Louvain mówił nie tyle o granicach wytrzymałości ludzkiego ciała – nie tyle o granicach fizycznych, co symbolicznych — ale Lorraine myślała o granicach w zupełnie innych kategoriach. Dla niej prawdziwe bariery nigdy nie były fizyczne, społeczne, klasowe, bo one były zmienne, one mogły zostać przełamane. Największe granice tkwiły w ludzkich umysłach. W tym, jak ludzie postrzegali siebie i innych, w tym, jakie mieli przekonania, jakie słowa i definicje ich ograniczały. Wszystko tkwi w umyśle, mówiła Miranda Malfoy, wprowadzając przybraną córkę w arkana legilimencji, tajemnej sztuki czytania umysłów. Kiedy za pomocą magii łamiesz bariery ochronne czyjegoś umysłu, przekraczasz ostateczną granicę. Tę, która istnieje tylko w głowie.
Bo to, co cię naprawdę ogranicza, chciała powiedzieć Louvainowi Lorraine, nigdy nie znajduje się poza tobą, lecz w tobie.
"A ciebie coś jeszcze ogranicza?"
– Ty. – Uśmiechnęła się uśmiechem, na który tak długo czekał, uśmiechem przewrotnym, figlarnym, z dobrze mu znaną nutą triumfu. Uśmiechem, który zdradzał więcej, niż chciałaby zdradzić. Jej głos, teraz cichy, intymny, drżał na skraju śmiechu i powagi jak nad skrajem przepaści. Sunęła niżej, między jego oczami, szukając w nich odbicia blasku satysfakcji, która błyszała w jej własnych oczach, ledwie muskając skórę Louvaina opuszkami palców. – Ograniczasz mnie, kiedy na mnie patrzysz tymi głodnymi oczami. Kiedy wtłaczasz mnie w swoją fantazję jak w nową sukienkę, nie zastanawiając się, na kogo została skrojona. Kiedy myślisz o tym, kim dla ciebie jestem, i kim mogę być. Ograniczasz mnie nawet wtedy, kiedy wypowiadasz moje imię, Louvainie Lestrange. – Wychowana na poezji, wzrosła w miłości do metafor, Lorraine Malfoy bardzo wcześnie nauczyła się zasad, jakie rządziły słowem, tak pisanym, jak i mówionym. Słowa stwarzały, słowa niszczyły, ale przede wszystkim, pomyślała, sunąc palcem w dół, wzdłuż grzbietu jego dumnego nosa, słowa ograniczały, bo jeżeli coś definiujesz, to to ograniczasz.
– Najtrudniejsze do przekroczenia są te granice, które istnieją tylko w naszych głowach. A ja widziałam wnętrze twojej – szepnęła, gdy jej palce zatrzymały się na wargach chłopaka, nieśmiało przesuwając się od łuku kupidyna, aż do kącików ust, które tak często unosiły się w kpiącym uśmiechu. Jej własne zadrgały teraz niepewnie. – Wciąż chcesz podjąć wyzwanie?
Wciąż przecież nie wypowiedziała swojego życzenia.
"Może nie wypowiadałaś swoich życzeń przy odpowiedniej osobie", powiedział Louvain tonem, który sugerował, że on byłby odpowiednią osobą. Lorraine nie odpowiedziała. To byłoby za proste. Uśmiechnęła się tylko, uśmiechem, który mówił: "będę o tym pamiętać". W pewnym sensie bawiło ją, że Louvain kierował swoją uwagę właśnie w jej stronę. Jak gdyby to, że cieszyła się aprobatą w oczach jego siostry i w oczach jego najlepszego przyjaciela czyniło ją tej uwagi najbardziej godną spośród wszystkich kobiet, które chciały go posiadać i być posiadane.
Louvain mógł odrzucać kobiety tak samo, jak odrzucał autorytety. Louvain mógł się buntować – przekraczać granice w poszukiwaniu niezależności, której tak pragnął – mógł lekceważyć zasady i mówić o wolności, ale jego niepokorność nie wynikała z rzeczywistej potrzeby łamania schematów. Z potrzeby życia własnym życiem. Wynikała z potrzeby udowodnienia swojej niezależności w granicach, które zostały mu wyznaczone. W granicach, w ramach których wciąż funkcjonował, trzymając się wytyczonych przez nie norm i wartości. Kiedy niby podjął ryzyko wyjścia poza to, co znane i akceptowane? Gdyby Lorraine była kimś spoza jego kręgu, czy wciąż zwróciłby na nią uwagę?
– Uważaj, żebyś niestrawności nie dostał – poradziła więc dobrotliwie, gdy wspomniał o tym, że "granice to on zjada na śniadanie".
Lorraine mogła mieć własne zdanie na temat wszystkich tych górnolotnych deklaracji, które padały z ust Louvaina, ale w jednym musiała przyznać mu rację. Louvain miał rację, mówiąc, że niebo nie jest dla niego limitem. Limitem było to, co zostało uznane za wartościowe przez jego siostrę i przyjaciela.
Niektórzy potrafili dostrzec piękno tylko tam, gdzie dostrzegali je inni. Gdyby zagrała mu na fortepianie kunsztowną kompozycję jednego z mistrzów, a zaraz potem – prostą barową przyśpiewkę w tej samej tonacji, czy Louvain byłby w stanie odróżnić jedno od drugiego? Czy wybrałby dzieło mistrza tylko dlatego, że nazywano go mistrzem, czy dlatego, że muzyka poruszyła coś we wnętrzu jego duszy? Czy w ogóle liczyłaby się dla niego muzyka, czy tylko reakcja otaczającej go publiczności?
Czy może to, że to ona gra, i że gra dla niego – tylko dla niego?
"A ciebie coś jeszcze ogranicza?"
"Matka", była jej pierwsza myśl, na którą niemal się wzdrygnęła, mimo płaszcza, którym Louvain otulił miękko ich ramiona. Chłód nocy nie mógł równać się z chłodem serca Mirandy Malfoy. Ale teraz Lorraine była dorosła. Nie musiała obawiać się narzucanych przez Mirandę ograniczeń. Nie musiała się ich obawiać odkąd wyrwała się spod dyktatury matczynej nienawiści, uciekłszy z domu na Nokturn.
"A ciebie coś jeszcze ogranicza?"
Lorraine zaczęła się śmiać. Słodki śmiech popłynął z jej piersi niespodzianie, tak samo, jak niespodzianie wzniesiona niczym do błogosławieństwa dłoń dotknęła czoła Louvaina.
Delikatnie, bo rzeczywiście chciała go pobłogosławić, namaścić poświęconym w kowenie olejem, który napełniał siłą.
Przekląć go, aby rzeczywiście przekroczył wszystkie granice, które chciał przekroczyć, nawet te ustalone przez bogów. Te, których przekraczać się nie powinno.
Dotyk skostniałych z zimna palców musiał palić żywym ogniem, jak gdyby zgasiła na nim papieros, który wcześniej rzucił w przepaść, przytknąwszy go w miejsce między brwiami. Wiedziała, że tym gestem nie tylko wytycza granicę, ale i ją przekracza.
Louvain mówił nie tyle o granicach wytrzymałości ludzkiego ciała – nie tyle o granicach fizycznych, co symbolicznych — ale Lorraine myślała o granicach w zupełnie innych kategoriach. Dla niej prawdziwe bariery nigdy nie były fizyczne, społeczne, klasowe, bo one były zmienne, one mogły zostać przełamane. Największe granice tkwiły w ludzkich umysłach. W tym, jak ludzie postrzegali siebie i innych, w tym, jakie mieli przekonania, jakie słowa i definicje ich ograniczały. Wszystko tkwi w umyśle, mówiła Miranda Malfoy, wprowadzając przybraną córkę w arkana legilimencji, tajemnej sztuki czytania umysłów. Kiedy za pomocą magii łamiesz bariery ochronne czyjegoś umysłu, przekraczasz ostateczną granicę. Tę, która istnieje tylko w głowie.
Bo to, co cię naprawdę ogranicza, chciała powiedzieć Louvainowi Lorraine, nigdy nie znajduje się poza tobą, lecz w tobie.
"A ciebie coś jeszcze ogranicza?"
– Ty. – Uśmiechnęła się uśmiechem, na który tak długo czekał, uśmiechem przewrotnym, figlarnym, z dobrze mu znaną nutą triumfu. Uśmiechem, który zdradzał więcej, niż chciałaby zdradzić. Jej głos, teraz cichy, intymny, drżał na skraju śmiechu i powagi jak nad skrajem przepaści. Sunęła niżej, między jego oczami, szukając w nich odbicia blasku satysfakcji, która błyszała w jej własnych oczach, ledwie muskając skórę Louvaina opuszkami palców. – Ograniczasz mnie, kiedy na mnie patrzysz tymi głodnymi oczami. Kiedy wtłaczasz mnie w swoją fantazję jak w nową sukienkę, nie zastanawiając się, na kogo została skrojona. Kiedy myślisz o tym, kim dla ciebie jestem, i kim mogę być. Ograniczasz mnie nawet wtedy, kiedy wypowiadasz moje imię, Louvainie Lestrange. – Wychowana na poezji, wzrosła w miłości do metafor, Lorraine Malfoy bardzo wcześnie nauczyła się zasad, jakie rządziły słowem, tak pisanym, jak i mówionym. Słowa stwarzały, słowa niszczyły, ale przede wszystkim, pomyślała, sunąc palcem w dół, wzdłuż grzbietu jego dumnego nosa, słowa ograniczały, bo jeżeli coś definiujesz, to to ograniczasz.
– Najtrudniejsze do przekroczenia są te granice, które istnieją tylko w naszych głowach. A ja widziałam wnętrze twojej – szepnęła, gdy jej palce zatrzymały się na wargach chłopaka, nieśmiało przesuwając się od łuku kupidyna, aż do kącików ust, które tak często unosiły się w kpiącym uśmiechu. Jej własne zadrgały teraz niepewnie. – Wciąż chcesz podjąć wyzwanie?
Wciąż przecież nie wypowiedziała swojego życzenia.