20.02.2025, 10:58 ✶
Nie była pewna, czy chciała zdradzać mu to, jak się czuje - czyli prawdziwy powód, dla którego nie odpisywała na listy. Zresztą nie odpisywała nie tylko jemu, ale także innym, którzy postanowili skreślić do niej kilka słów. Problem w tym, że ci inni z łatwością łyknęliby kłamstwo pod tytułem za dużo pracy, za mało snu: Anthony jednak zdawał się obserwować ją czujnie jak drapieżnik. Sugerowało to, że nie do końca wierzył w jej wymówki, ale czyż miał jakąkolwiek inną podstawę do tego, by jej nie ufać? Poza, oczywiście, szlachetnym "daj mi spokój, papierowy narzeczony".
Garnitury garniturami - mógłby przypalać ją rozżarzonym żelazem, a i tak nie przyznałaby mu się do tego, że Anthony Ian Borgin idealnie wpasowywał się fizycznie nie tylko w jej gust, ale przede wszystkim w gust jej matki. I tu nie chodziło o urodę, a o manierę. Idealnie skrojone garnitury, wyprasowane koszule, uczesane włosy, lekka i orzeźwiająca woń perfum, a także łagodne, chociaż nieco zadziorne spojrzenie. Elegancja, maniery, kultura i, stety niestety, doskonały gust jeżeli chodzi o biżuterię. Owszem, nosiła pierścionek na palcu i to nie tylko po to, by zwodzić rodziców, że jest do niego tak przywiązana. Podobał jej się jak mało która błyskotka, na dodatek pasował do niej idealnie, pod każdym względem. Całkowicie oddawał jej charakter, podkreślał smukłość jej palców i idealnie komponował się zarówno z wysłużonymi ubraniami, które miała teraz na sobie, jak i eleganckimi sukniami, które wdziewała na spotkania - chociażby ostatnie, z Morpheusem. Na samo wspomnienie o tym, co zaszło na rozmowie w rezydencji Greengrassów, Roselyn skrzywiła się nieznacznie. Ministerstwo zaczynało pozwalać sobie na zbyt wiele.
- Być może odrobinę - odpowiedziała łaskawie, nie mogąc powstrzymać lekkiego drgnięcia kącika ust. Nie w głowie jej były romanse, gdy Knieja wołała o pomoc. I chociaż faktycznie, uśmiechnęła się, to jej oczy pozostały zmartwione. Tęskniła nie tyle za nim, co za osobą, którą była wcześniej. Za tą kobietą, która kradła biżuterię, która przywłaszczała sobie drobiazgi innych osób, która piekliła się na wieść o tym, że cholerny asystent pani Abbott znowu się wymądrzał. Teraz... Teraz to wszystko było pozbawione znaczenia. Knieja krwawiła, a z nią krwawiło również jej serce i nie była pewna, czy uda jej się jakkolwiek pomóc swoim własnym przodkom: a przecież wołali ją o pomoc. Zawołali wtedy, wołali i teraz. Mimowolnie Roselyn spojrzała w kierunku lasu, znajdującego się w oddali. A potem pisnęła, gdy Anthony przerzucił ją przez ramię. - Anthony Ianie Borgin, NATYCHMIAST postaw mnie na ziemię!
Zdążyła powiedzieć, niemalże krzyknąć alarmując przy tym wszystkich w domu, gdy trzask teleportacji sprawił, że w ogrodzie Greengrassów na powrót zapanowała słodka, niemalże grobowa cisza.
Mieli dużo szczęścia, że się nie wywrócili. Greengrassówna była przyzwyczajona do teleportacji, lecz nie w takich warunkach i w takiej pozycji. Zła na Borgina za to, co ośmielił się zrobić, szarpnęła się w chwili, w której ten postanowił odstawić ją na ziemię.
- Co ci strzeliło do głowy! - podniosła nie tylko głos, ale i dłoń, by uderzyć Anthony'ego w ramię z otwartej dłoni. Drażniło ją to w nim - był cholernie nieprzewidywalny, przecież mógł ich teleportować normalnie, jak Matka i Merlin przykazali, zamiast bawić się w mugolskie popisówki. - Zawsze musisz stawiać na swoim? Myślałam, że skoro masz rodzeństwo, to nauczono cię że nie zawsze dostajemy to, co chcemy.
Oczywistym było, że odnosiła się do Stanleya, którego zdążyła poznać latem. Wydawał się być mniej w gorącej wodzie kąpany niż jego brat, który najwyraźniej postanowił zostać porywaczem dziewic. Gdy Anthony złapał ją za rękę, z czystej przekory ją zabrała i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Wszystko byle by tylko nie dać mu poczucia, że ma kontrolę nad sytuacją.
- Oczywiście, że nie. Jestem porządną czarownicą, Anthony, nie szlajam się po klubach - mimo irytacji, pobrzmiewającej w jej głosie, Roselyn ruszyła za mężczyzną. Potrzebowała oderwać się od mrocznych myśli, a nie mniej mroczny las ze świetlikami w pakiecie nie był takim głupim pomysłem. Ale chciała robić to na własnych zasadach. Gdy podeszli do przewróconego pnia, spróbowała sama sobie z nim poradzić.
Czy poradzi sobie sama z przewróconym pniaczkiem? AF plus zawada Słabo zbudowany
Garnitury garniturami - mógłby przypalać ją rozżarzonym żelazem, a i tak nie przyznałaby mu się do tego, że Anthony Ian Borgin idealnie wpasowywał się fizycznie nie tylko w jej gust, ale przede wszystkim w gust jej matki. I tu nie chodziło o urodę, a o manierę. Idealnie skrojone garnitury, wyprasowane koszule, uczesane włosy, lekka i orzeźwiająca woń perfum, a także łagodne, chociaż nieco zadziorne spojrzenie. Elegancja, maniery, kultura i, stety niestety, doskonały gust jeżeli chodzi o biżuterię. Owszem, nosiła pierścionek na palcu i to nie tylko po to, by zwodzić rodziców, że jest do niego tak przywiązana. Podobał jej się jak mało która błyskotka, na dodatek pasował do niej idealnie, pod każdym względem. Całkowicie oddawał jej charakter, podkreślał smukłość jej palców i idealnie komponował się zarówno z wysłużonymi ubraniami, które miała teraz na sobie, jak i eleganckimi sukniami, które wdziewała na spotkania - chociażby ostatnie, z Morpheusem. Na samo wspomnienie o tym, co zaszło na rozmowie w rezydencji Greengrassów, Roselyn skrzywiła się nieznacznie. Ministerstwo zaczynało pozwalać sobie na zbyt wiele.
- Być może odrobinę - odpowiedziała łaskawie, nie mogąc powstrzymać lekkiego drgnięcia kącika ust. Nie w głowie jej były romanse, gdy Knieja wołała o pomoc. I chociaż faktycznie, uśmiechnęła się, to jej oczy pozostały zmartwione. Tęskniła nie tyle za nim, co za osobą, którą była wcześniej. Za tą kobietą, która kradła biżuterię, która przywłaszczała sobie drobiazgi innych osób, która piekliła się na wieść o tym, że cholerny asystent pani Abbott znowu się wymądrzał. Teraz... Teraz to wszystko było pozbawione znaczenia. Knieja krwawiła, a z nią krwawiło również jej serce i nie była pewna, czy uda jej się jakkolwiek pomóc swoim własnym przodkom: a przecież wołali ją o pomoc. Zawołali wtedy, wołali i teraz. Mimowolnie Roselyn spojrzała w kierunku lasu, znajdującego się w oddali. A potem pisnęła, gdy Anthony przerzucił ją przez ramię. - Anthony Ianie Borgin, NATYCHMIAST postaw mnie na ziemię!
Zdążyła powiedzieć, niemalże krzyknąć alarmując przy tym wszystkich w domu, gdy trzask teleportacji sprawił, że w ogrodzie Greengrassów na powrót zapanowała słodka, niemalże grobowa cisza.
Mieli dużo szczęścia, że się nie wywrócili. Greengrassówna była przyzwyczajona do teleportacji, lecz nie w takich warunkach i w takiej pozycji. Zła na Borgina za to, co ośmielił się zrobić, szarpnęła się w chwili, w której ten postanowił odstawić ją na ziemię.
- Co ci strzeliło do głowy! - podniosła nie tylko głos, ale i dłoń, by uderzyć Anthony'ego w ramię z otwartej dłoni. Drażniło ją to w nim - był cholernie nieprzewidywalny, przecież mógł ich teleportować normalnie, jak Matka i Merlin przykazali, zamiast bawić się w mugolskie popisówki. - Zawsze musisz stawiać na swoim? Myślałam, że skoro masz rodzeństwo, to nauczono cię że nie zawsze dostajemy to, co chcemy.
Oczywistym było, że odnosiła się do Stanleya, którego zdążyła poznać latem. Wydawał się być mniej w gorącej wodzie kąpany niż jego brat, który najwyraźniej postanowił zostać porywaczem dziewic. Gdy Anthony złapał ją za rękę, z czystej przekory ją zabrała i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Wszystko byle by tylko nie dać mu poczucia, że ma kontrolę nad sytuacją.
- Oczywiście, że nie. Jestem porządną czarownicą, Anthony, nie szlajam się po klubach - mimo irytacji, pobrzmiewającej w jej głosie, Roselyn ruszyła za mężczyzną. Potrzebowała oderwać się od mrocznych myśli, a nie mniej mroczny las ze świetlikami w pakiecie nie był takim głupim pomysłem. Ale chciała robić to na własnych zasadach. Gdy podeszli do przewróconego pnia, spróbowała sama sobie z nim poradzić.
Czy poradzi sobie sama z przewróconym pniaczkiem? AF plus zawada Słabo zbudowany
Rzut O 1d100 - 62
Sukces!
Sukces!