20.02.2025, 12:56 ✶
Ani przez chwilę nie zdziwił się, gdy jego dziewczyna wyciągnęła sztylet z buta. Mogła mieć na sobie zwiewną sukienkę. W jego oczach wyglądać jak ucieleśnienie kobiecości, niezaprzeczalnego seksapilu, boginki przyciągającej uwagę Ambroisa na tyle, że ewidentnie tracił dla niej całą swoją uwagę, rozsądek i ostrożność, przez co znaleźli się w takiej a nie innej sytuacji. I był o to cholernie na siebie zły. Wściekły, rozdrażniony, poirytowany.
Raczej nie zamierzał szukać wymówek dla wyjaśnienia swojej nieprzezorności. Wręcz przeciwnie. Oto drugi... ...nie, trzeci raz w przeciągu zaledwie kilku dni dał się złapać w potrzask, bo za mocno się rozproszył. To nie napawało go entuzjazmem. To go wkurwiało, nawet jeśli poniekąd stanowiło jawny i niezaprzeczalny dowód na to, co usiłował przekazać Geraldine. Na jego stosunek do tego, kim mogli a kim nie powinni dla siebie być.
W końcu nie dało się ukryć, w jaki sposób aktualnie działała na niego jej obecność. Sprawiała, że stawał się nieostrożny, nieuważny, za mocno skupiony na czuciu, zbyt mało na myśleniu. Nie starał się jej nic udowodnić, nie teraz, nie w ten sposób, ale oto jeszcze jeden raz stanęli przed żywym dowodem na to, że stęskniony, zakochany Ambroise zachowywał się jak martwy Ambroise. Ba! Martwy i ściągający tą śmierć również na osobę, na której najbardziej mu zależało.
Żyli w trudnych czasach. Wojna już nie majączyła na horyzoncie. Nie pukała do drzwi, nie znajdowała się u progu, nie była nawet jedną nogą we wnętrzu ich domu. Ona na stałe rozgościła się w magicznym świecie, raz za razem dając o sobie znać. Atmosfera robiła się wyłącznie tylko coraz bardziej napięta. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień słyszało się o kolejnych tragediach. Następnym dramacie. Jeszcze jednym uderzeniu w podstawy ich społeczeństwa.
Jak mieli się przed tym chronić, gdy już niemalże dwa lata temu przekonali się o tym, że nawet ich wspólny front, ich trzymanie się na uboczu, nie mieszanie się w nieswoją walkę, ich pozornie bezpieczny status społeczny był niczym wobec niszczycielskich sił próbujących zaprowadzić nowy porządek w dotychczasowej rzeczywistości?
Tak. To był tylko Benjy. Roise wiedział, że nawet pomimo ich napiętych stosunków, różnic w poglądach i spojrzeniu na świat, Fenwick nie był dla niego zagrożeniem. Mogli nie wiedzieć, w jaki sposób się do siebie odnosić. Nie mieć pewności, na czym stoją, ale to jedno było jasne. Nawet po tak długim czasie wiedział, że mógł ufać intencjom przyjaciela.
Jak Aloysius to określił: brata. Gdzieś tam głęboko nadal byli braćmi. Nie zmienił tego upływ czasu, nie zmieniły tego spory i niesnaski, nie zmieniła tego rozłąka. Nic nie miało tego zmienić. Tak jak w przypadku Corneliusa i niechlubnego okresu półtora roku temu, tak i w tym wypadku czas nie naruszył podstaw ich relacji. Jedynie pokrył wszystko kurzem, spod którego wyłaniała się teraz śniedź.
No, może także trochę gówna i błota, bowiem nie dało się ukryć, że Ambroise raczej nie zareagował lekko na to, co odstawiał jego kumpel. Benjyemu odpierdoliło. Naprawdę ochujał i nie było dla tego prostego wyjaśnienia. Nie dało się tego nazwać niepersonalną sprawą i przejść z tym dalej do porządku dziennego.
Tyle tylko, czy aby na pewno?
Skoro się nie dało, to co teraz robili?
Nie chodziło przecież wyłącznie o pieczęć znajdującą się centralnie pod stopami Greengrassa, nawet jeśli naprawdę chciał sprawiać takie wrażenie. Rzucał nieprzychylne, nieprzyjazne, wręcz piorunujące spojrzenia w kierunku Rookwooda, ale to nie dlatego jeszcze się na niego nie rzucił. Gdyby chciał spróbować sprawdzić zabezpieczenia czy tam pułapki (jedno i drugie?) nałożone przez drugiego mężczyznę, niechybnie by to zrobił. Nie powstrzymałoby go nic, zwłaszcza jeśli zorientowałby się, że to wyłącznie on, nie oni oboje z Riną mieliby ponieść ewentualne konsekwencje tego zachowania.
Nie musiał stać w tym miejscu. Nic nie musiał. A jednak nie tylko tu pozostał, lecz także otworzył usta, pozwalając sobie na podjęcie dialogu. Czy przyjacielskiego? No nie do końca. Trudno byłoby o mniejsze natężenie kąśliwych słów z jego strony. Rzadko kiedy bywał aż tak uszczypliwy w stosunku do kogoś, z kim nie widział się od wielu miesięcy. Praktycznie rzecz biorąc to od lat.
Na tę przyjemność jak do tej pory zasłużyły wyłącznie dwie osoby. Obie stały z nim teraz na jednym korytarzu. Obie mierzyły się wzrokiem. On zaś spoglądał to raz na jedno, to raz na drugie. Wcale nie zamierzając sprawiać wrażenia, że gdyby doszło między nimi do konfrontacji, zamierzałby stanąć po stronie Fenwicka.
Może Benjy miał te swoje typowe posranie idealistyczne intencje. Być może chciał postąpić słusznie, choć bez wątpienia robił to w bardzo pokraczny sposób, jednakże to nie zmieniało faktu, że wkurwił tym Roisa. Tym i pykaniem tą swoją dziecięcą gumą balonową, jakby miał trzy latka, trzy i pół, sięgał głową zdecydowanie ponad stół. Pustą głową nieskalaną myślą, bo to Cornelius. Zasrany gadatliwy chujek był tu mózgiem całej operacji.
A on, pojebany szczyl zachowujący się, jakby z miłości odebrało mu rozum...
...on też nie błyszczał tu w żaden sposób. Tych dwóch aż nadto dobrze pokazało mu jego własną słabość. Sam nią sobie urągał. Sam był na siebie o to wkurwiony. Paradoksalnie, nie był zły wyłącznie na jedną jedyną osobę. Tę, na którą przeniósł teraz wzrok, starając się wzruszyć ramionami w taki sposób, aby nie wyglądać, jakby dostał paraliżu górnej połowy ciała.
- Zazwyczaj trzymamy go w piwnicy, bo sufit na strychu jest za niski a on nie potrzebuje więcej wstrząsów mózgu, wiesz. Nie wyciągamy go bez okazji - skwitował, przy czym może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale Rina bez wątpienia miała rację.
Wcale nie zamierzał głębiej wnikać temat, przez który nigdy nie poruszał z nią istnienia tego największego skarbu, jakim był najdroższy braciszek.
Ufał jej. Był z nią całkowicie szczery. Jednakże to nie oznaczało, że bez powodu wyciągnąłby nie swoje sekrety. Tylko w ramach ciekawostki. Nie z żadnej istotnej przyczyny i bez konieczności. Nie był takim typem człowieka. Ewidentnie w przeciwieństwie do ich wspólnego przyjaciela, który w ostatnim czasie popadał w coraz bardziej irytującą tendencję do szastania cudzymi sekretami i wypowiadania się na tematy, na które nie powinien wyrażać swojej opinii.
Nie to, żeby to jakoś specjalnie dziwiło Ambroisa. Jak już sam wewnętrznie zdążył zauważyć, nie chodziło zresztą o dzielenie się sekretami z obcymi i niegodnymi zaufania, ale do kurwy nędzy...
...nie miał słów. Naprawdę nie miał słów. Zwłaszcza słysząc odpowiedź na pytanie dotyczące opętania. Gdyby nie trzymał rąk założonych na piersi, najpewniej opadłyby mu właśnie w tej chwili.
- Żelazna logika - wycedził przez niemal całkowicie zaciśnięte wargi, mimo wszystko nie będąc do końca w stanie zaprzeczyć temu, że coś rzeczywiście było w tym założeniu.
Temat dopplegangera był dla niego jednak na tyle cholernie świeży i drażliwy, że niespecjalnie chciał wysłuchiwać teraz tych wszystkich mądrości kogoś, kogo zdecydowanie przy nich nie było wtedy, gdy faktycznie ich potrzebowali. Kogoś, kto teraz postanowił im to wytknąć.
- Mhm, bo każdy normalny slałby sowy przez ocean, licząc, że odsiecz łaskawie zjawi się za pół roku - burknął tylko z tą samą przesadą, z jakiej skorzystał przyjaciel, bo niby w teorii wiedział, że tak to nie wyglądało.
Mimo to sytuacja została zażegnana, tak?
Rookie mógł sobie teraz pogwizdać.
Choć czy aby na pewno?
Poniekąd naprawdę brzmiał, jakby hipogryf upierdolił go w jęzor.
Cornelius natomiast mógł go już wkrótce nie mieć.
Tak, to był bardzo zgrany duet. Bez cienia wątpliwości.
- A nie, ślady po dzieciństwie ma znacznie głębiej - machnął ręką, zataczając nią koło w powietrzu wokół sylwetki Fenwicka, ale nie zamierzając dodawać, czy chodziło mu o fizyczność, czy o psychikę (na marginesie: o oba). - To? To po prostu jego twarz. Taką już ma - to mówiąc, dosyć prowokacyjnie uniósł brwi, wzruszając przy tym ramionami.
Cóż, nie wątpił, że już dawno zaczął sobie grabić, ale tak się pięknie składało, że będąc z takiego a nie innego rodu, miał w tym wyjątkowe doświadczenie. Dodatkowo pilnie uzupełniane przez wszystkie lata obcowania z dwoma najprawdziwszymi geniuszami zła. Mistrzami zasadzek. Mózgami planowania przestrzennego w taki sposób, aby wepchnąć w ich życie jak najwięcej pojebanych akcji.
Szybko, naprawdę szybko domyślił się prawdy. Tego jak wyglądały realia. Znacznie szybciej niż Geraldine, ale nic dziwnego. W końcu znał obu.
- Choć ta cała stylówka łoscy demodów jest mnie jest nowością - dodał, kolejny raz przyglądając się wszystkim tym zmianom, jakie bez wątpienia zaszły w człowieku, którego kojarzył z bycia... ...cóż... ...zdecydowanie bardziej klasycznym.
Ten tutaj nie tylko mówił, ale i wyglądał co najmniej osobliwie. Wręcz ziejąc aurą poszukiwacza przygód. Kogoś, kim Roise mimo wszystko nigdy nie spodziewałby się, że Loys zostanie. Nawet wiedząc to, co wiedział o nim już w szkole. Raczej widział go jako eksperta w zakresie klątwołamania dla instytucji takiej jak Bank Gringotta.
Nie mógł mu się jednak dziwić. Nie przy tym, co się stało, prawda? Takie życie z pewnością niosło wiele niebezpieczeństw, ale siedzenie na dupie w jednym miejscu też miało to robić. W gruncie rzeczy być może faktycznie lepiej było przeżywać życie na własnych zasadach.
- Poza tym, co ty tu robisz? - Dorzucił do pytania zadanego przez Rinę, przy okazji nawiązując kontakt wzrokowy z przyjacielem, by wyraźnie dać mu do zrozumienia swoją odpowiedź.
Nie wątpił, że Cornelius pewnie przedstawił już swój punkt widzenia i był on raczej zbieżny z tym Ambroisa, ale niewerbalne pytanie i tak wyraźnie padło. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Wreszcie bardzo powoli kiwnął głową, jednocześnie niemal od razu kląskając przy tym językiem o podniebienie i unosząc dłoń.
Tak. Możesz.
- Tylko nie tu, co? - Nie pytał, stwierdzał fakt w razie, gdyby jego przyjaciel zapomniał, gdzie się znajdują, bo poniekąd tak to brzmiało, gdy Benjy zaczął walić tekstami o ruchaniu.
To była prywatna część korytarza. Jedyne mieszkanie na piętrze, górne zaś zajmował sam Ambroise, więc stamtąd też nie miało nadejść nic nieoczekiwanego (miał kurwa taką nadzieję, choć chuj go wiedział po całej tej akcji), jednak kamienica nie była już w całości własnością nikogo, komu można byłoby całkowicie zaufać. Mieli wyłącznie dwoje innych sąsiadów, zazwyczaj zachowujących się raczej jak duchy albo wampiry, ale prowadzenie takich rozmów na korytarzu wciąż byłoby szczytem idiotyzmu.
Poza tym zaczynała mu schodzić ilość promili we krwi a po całej tej szopce nie zamierzał powstrzymywać się od picia. Kolejny raz zamierzał zrobić nalot na barek Corneliusa. Tyle należało im się w ramach rekompensaty za doznane przeboje. No, tyle i jeszcze trochę więcej, toteż na powrót wyciągnął rękę ku Geraldine, chcąc w ten sposób zaznaczyć swoje miejsce.
Swoje stanowisko w tym, że nie zamierzał czuć się jak dzieciak przyłapany na zbrodni, bo wybrał się na randkę ze swoją byłą dziewczyną. Nawet jeśli zaledwie kilka dni wcześniej twierdził coś, co wykluczałoby taką możliwość. To zdecydowanie nie była najbardziej popierdolona rzecz tego popołudnia. Podium należało do planu tych dwóch debili. Ambroise zamierzał łaskawie im je pozostawić.
Raczej nie zamierzał szukać wymówek dla wyjaśnienia swojej nieprzezorności. Wręcz przeciwnie. Oto drugi... ...nie, trzeci raz w przeciągu zaledwie kilku dni dał się złapać w potrzask, bo za mocno się rozproszył. To nie napawało go entuzjazmem. To go wkurwiało, nawet jeśli poniekąd stanowiło jawny i niezaprzeczalny dowód na to, co usiłował przekazać Geraldine. Na jego stosunek do tego, kim mogli a kim nie powinni dla siebie być.
W końcu nie dało się ukryć, w jaki sposób aktualnie działała na niego jej obecność. Sprawiała, że stawał się nieostrożny, nieuważny, za mocno skupiony na czuciu, zbyt mało na myśleniu. Nie starał się jej nic udowodnić, nie teraz, nie w ten sposób, ale oto jeszcze jeden raz stanęli przed żywym dowodem na to, że stęskniony, zakochany Ambroise zachowywał się jak martwy Ambroise. Ba! Martwy i ściągający tą śmierć również na osobę, na której najbardziej mu zależało.
Żyli w trudnych czasach. Wojna już nie majączyła na horyzoncie. Nie pukała do drzwi, nie znajdowała się u progu, nie była nawet jedną nogą we wnętrzu ich domu. Ona na stałe rozgościła się w magicznym świecie, raz za razem dając o sobie znać. Atmosfera robiła się wyłącznie tylko coraz bardziej napięta. Z miesiąca na miesiąc, z tygodnia na tydzień słyszało się o kolejnych tragediach. Następnym dramacie. Jeszcze jednym uderzeniu w podstawy ich społeczeństwa.
Jak mieli się przed tym chronić, gdy już niemalże dwa lata temu przekonali się o tym, że nawet ich wspólny front, ich trzymanie się na uboczu, nie mieszanie się w nieswoją walkę, ich pozornie bezpieczny status społeczny był niczym wobec niszczycielskich sił próbujących zaprowadzić nowy porządek w dotychczasowej rzeczywistości?
Tak. To był tylko Benjy. Roise wiedział, że nawet pomimo ich napiętych stosunków, różnic w poglądach i spojrzeniu na świat, Fenwick nie był dla niego zagrożeniem. Mogli nie wiedzieć, w jaki sposób się do siebie odnosić. Nie mieć pewności, na czym stoją, ale to jedno było jasne. Nawet po tak długim czasie wiedział, że mógł ufać intencjom przyjaciela.
Jak Aloysius to określił: brata. Gdzieś tam głęboko nadal byli braćmi. Nie zmienił tego upływ czasu, nie zmieniły tego spory i niesnaski, nie zmieniła tego rozłąka. Nic nie miało tego zmienić. Tak jak w przypadku Corneliusa i niechlubnego okresu półtora roku temu, tak i w tym wypadku czas nie naruszył podstaw ich relacji. Jedynie pokrył wszystko kurzem, spod którego wyłaniała się teraz śniedź.
No, może także trochę gówna i błota, bowiem nie dało się ukryć, że Ambroise raczej nie zareagował lekko na to, co odstawiał jego kumpel. Benjyemu odpierdoliło. Naprawdę ochujał i nie było dla tego prostego wyjaśnienia. Nie dało się tego nazwać niepersonalną sprawą i przejść z tym dalej do porządku dziennego.
Tyle tylko, czy aby na pewno?
Skoro się nie dało, to co teraz robili?
Nie chodziło przecież wyłącznie o pieczęć znajdującą się centralnie pod stopami Greengrassa, nawet jeśli naprawdę chciał sprawiać takie wrażenie. Rzucał nieprzychylne, nieprzyjazne, wręcz piorunujące spojrzenia w kierunku Rookwooda, ale to nie dlatego jeszcze się na niego nie rzucił. Gdyby chciał spróbować sprawdzić zabezpieczenia czy tam pułapki (jedno i drugie?) nałożone przez drugiego mężczyznę, niechybnie by to zrobił. Nie powstrzymałoby go nic, zwłaszcza jeśli zorientowałby się, że to wyłącznie on, nie oni oboje z Riną mieliby ponieść ewentualne konsekwencje tego zachowania.
Nie musiał stać w tym miejscu. Nic nie musiał. A jednak nie tylko tu pozostał, lecz także otworzył usta, pozwalając sobie na podjęcie dialogu. Czy przyjacielskiego? No nie do końca. Trudno byłoby o mniejsze natężenie kąśliwych słów z jego strony. Rzadko kiedy bywał aż tak uszczypliwy w stosunku do kogoś, z kim nie widział się od wielu miesięcy. Praktycznie rzecz biorąc to od lat.
Na tę przyjemność jak do tej pory zasłużyły wyłącznie dwie osoby. Obie stały z nim teraz na jednym korytarzu. Obie mierzyły się wzrokiem. On zaś spoglądał to raz na jedno, to raz na drugie. Wcale nie zamierzając sprawiać wrażenia, że gdyby doszło między nimi do konfrontacji, zamierzałby stanąć po stronie Fenwicka.
Może Benjy miał te swoje typowe posranie idealistyczne intencje. Być może chciał postąpić słusznie, choć bez wątpienia robił to w bardzo pokraczny sposób, jednakże to nie zmieniało faktu, że wkurwił tym Roisa. Tym i pykaniem tą swoją dziecięcą gumą balonową, jakby miał trzy latka, trzy i pół, sięgał głową zdecydowanie ponad stół. Pustą głową nieskalaną myślą, bo to Cornelius. Zasrany gadatliwy chujek był tu mózgiem całej operacji.
A on, pojebany szczyl zachowujący się, jakby z miłości odebrało mu rozum...
...on też nie błyszczał tu w żaden sposób. Tych dwóch aż nadto dobrze pokazało mu jego własną słabość. Sam nią sobie urągał. Sam był na siebie o to wkurwiony. Paradoksalnie, nie był zły wyłącznie na jedną jedyną osobę. Tę, na którą przeniósł teraz wzrok, starając się wzruszyć ramionami w taki sposób, aby nie wyglądać, jakby dostał paraliżu górnej połowy ciała.
- Zazwyczaj trzymamy go w piwnicy, bo sufit na strychu jest za niski a on nie potrzebuje więcej wstrząsów mózgu, wiesz. Nie wyciągamy go bez okazji - skwitował, przy czym może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale Rina bez wątpienia miała rację.
Wcale nie zamierzał głębiej wnikać temat, przez który nigdy nie poruszał z nią istnienia tego największego skarbu, jakim był najdroższy braciszek.
Ufał jej. Był z nią całkowicie szczery. Jednakże to nie oznaczało, że bez powodu wyciągnąłby nie swoje sekrety. Tylko w ramach ciekawostki. Nie z żadnej istotnej przyczyny i bez konieczności. Nie był takim typem człowieka. Ewidentnie w przeciwieństwie do ich wspólnego przyjaciela, który w ostatnim czasie popadał w coraz bardziej irytującą tendencję do szastania cudzymi sekretami i wypowiadania się na tematy, na które nie powinien wyrażać swojej opinii.
Nie to, żeby to jakoś specjalnie dziwiło Ambroisa. Jak już sam wewnętrznie zdążył zauważyć, nie chodziło zresztą o dzielenie się sekretami z obcymi i niegodnymi zaufania, ale do kurwy nędzy...
...nie miał słów. Naprawdę nie miał słów. Zwłaszcza słysząc odpowiedź na pytanie dotyczące opętania. Gdyby nie trzymał rąk założonych na piersi, najpewniej opadłyby mu właśnie w tej chwili.
- Żelazna logika - wycedził przez niemal całkowicie zaciśnięte wargi, mimo wszystko nie będąc do końca w stanie zaprzeczyć temu, że coś rzeczywiście było w tym założeniu.
Temat dopplegangera był dla niego jednak na tyle cholernie świeży i drażliwy, że niespecjalnie chciał wysłuchiwać teraz tych wszystkich mądrości kogoś, kogo zdecydowanie przy nich nie było wtedy, gdy faktycznie ich potrzebowali. Kogoś, kto teraz postanowił im to wytknąć.
- Mhm, bo każdy normalny slałby sowy przez ocean, licząc, że odsiecz łaskawie zjawi się za pół roku - burknął tylko z tą samą przesadą, z jakiej skorzystał przyjaciel, bo niby w teorii wiedział, że tak to nie wyglądało.
Mimo to sytuacja została zażegnana, tak?
Rookie mógł sobie teraz pogwizdać.
Choć czy aby na pewno?
Poniekąd naprawdę brzmiał, jakby hipogryf upierdolił go w jęzor.
Cornelius natomiast mógł go już wkrótce nie mieć.
Tak, to był bardzo zgrany duet. Bez cienia wątpliwości.
- A nie, ślady po dzieciństwie ma znacznie głębiej - machnął ręką, zataczając nią koło w powietrzu wokół sylwetki Fenwicka, ale nie zamierzając dodawać, czy chodziło mu o fizyczność, czy o psychikę (na marginesie: o oba). - To? To po prostu jego twarz. Taką już ma - to mówiąc, dosyć prowokacyjnie uniósł brwi, wzruszając przy tym ramionami.
Cóż, nie wątpił, że już dawno zaczął sobie grabić, ale tak się pięknie składało, że będąc z takiego a nie innego rodu, miał w tym wyjątkowe doświadczenie. Dodatkowo pilnie uzupełniane przez wszystkie lata obcowania z dwoma najprawdziwszymi geniuszami zła. Mistrzami zasadzek. Mózgami planowania przestrzennego w taki sposób, aby wepchnąć w ich życie jak najwięcej pojebanych akcji.
Szybko, naprawdę szybko domyślił się prawdy. Tego jak wyglądały realia. Znacznie szybciej niż Geraldine, ale nic dziwnego. W końcu znał obu.
- Choć ta cała stylówka łoscy demodów jest mnie jest nowością - dodał, kolejny raz przyglądając się wszystkim tym zmianom, jakie bez wątpienia zaszły w człowieku, którego kojarzył z bycia... ...cóż... ...zdecydowanie bardziej klasycznym.
Ten tutaj nie tylko mówił, ale i wyglądał co najmniej osobliwie. Wręcz ziejąc aurą poszukiwacza przygód. Kogoś, kim Roise mimo wszystko nigdy nie spodziewałby się, że Loys zostanie. Nawet wiedząc to, co wiedział o nim już w szkole. Raczej widział go jako eksperta w zakresie klątwołamania dla instytucji takiej jak Bank Gringotta.
Nie mógł mu się jednak dziwić. Nie przy tym, co się stało, prawda? Takie życie z pewnością niosło wiele niebezpieczeństw, ale siedzenie na dupie w jednym miejscu też miało to robić. W gruncie rzeczy być może faktycznie lepiej było przeżywać życie na własnych zasadach.
- Poza tym, co ty tu robisz? - Dorzucił do pytania zadanego przez Rinę, przy okazji nawiązując kontakt wzrokowy z przyjacielem, by wyraźnie dać mu do zrozumienia swoją odpowiedź.
Nie wątpił, że Cornelius pewnie przedstawił już swój punkt widzenia i był on raczej zbieżny z tym Ambroisa, ale niewerbalne pytanie i tak wyraźnie padło. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
Wreszcie bardzo powoli kiwnął głową, jednocześnie niemal od razu kląskając przy tym językiem o podniebienie i unosząc dłoń.
Tak. Możesz.
- Tylko nie tu, co? - Nie pytał, stwierdzał fakt w razie, gdyby jego przyjaciel zapomniał, gdzie się znajdują, bo poniekąd tak to brzmiało, gdy Benjy zaczął walić tekstami o ruchaniu.
To była prywatna część korytarza. Jedyne mieszkanie na piętrze, górne zaś zajmował sam Ambroise, więc stamtąd też nie miało nadejść nic nieoczekiwanego (miał kurwa taką nadzieję, choć chuj go wiedział po całej tej akcji), jednak kamienica nie była już w całości własnością nikogo, komu można byłoby całkowicie zaufać. Mieli wyłącznie dwoje innych sąsiadów, zazwyczaj zachowujących się raczej jak duchy albo wampiry, ale prowadzenie takich rozmów na korytarzu wciąż byłoby szczytem idiotyzmu.
Poza tym zaczynała mu schodzić ilość promili we krwi a po całej tej szopce nie zamierzał powstrzymywać się od picia. Kolejny raz zamierzał zrobić nalot na barek Corneliusa. Tyle należało im się w ramach rekompensaty za doznane przeboje. No, tyle i jeszcze trochę więcej, toteż na powrót wyciągnął rękę ku Geraldine, chcąc w ten sposób zaznaczyć swoje miejsce.
Swoje stanowisko w tym, że nie zamierzał czuć się jak dzieciak przyłapany na zbrodni, bo wybrał się na randkę ze swoją byłą dziewczyną. Nawet jeśli zaledwie kilka dni wcześniej twierdził coś, co wykluczałoby taką możliwość. To zdecydowanie nie była najbardziej popierdolona rzecz tego popołudnia. Podium należało do planu tych dwóch debili. Ambroise zamierzał łaskawie im je pozostawić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down