20.02.2025, 16:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.02.2025, 16:30 przez Benjy Fenwick.)
Wszedłem do mieszkania Corneliusa, które teraz stało się także moim tymczasowym azylem. W powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej kawy, a w tle słychać było stłumione dźwięki miasta. Zatrzymałem się na chwilę, obracając głowę przez ramię, by spojrzeć na moich znajomych.
- Okej, teraz to jusz na pewno nie jeszteście demonami. - Rzuciłem z uśmiechem, nie tłumacząc, co dokładnie miałem na myśli. Ich miny nie były najlepsze, ale kiwnąłem głową z aprobatą. Nie było, czemu się dziwić. Atmosfera nie uległa znacznej poprawie. Mimo to, kontynuowałem, bo miałem ważniejsze sprawy do omówienia. Zaraz potem nawiązałem do dyskusji, która miała miejsce w korytarzu.
- Demony to nie szą sfykłe magiszne zwieszęta. To coś innego, coś, co wymyka się naszym wyobraszeniom. Złamanie kalku im nie wystalszy. Ich natula jest znasznie baldziej złoszona. - Chciałem, żeby zrozumieli, że mieli szczęście - naprawdę duże szczęście, że to wszystko się skończyło dobrze. No, miałem nadzieję, że dobrze. Widziałem rzeczy, które zmieniały perspektywę, a czasem nawet potrafiły zdefiniować na nowo moje rozumienie rzeczywistości.
- Tamte splawy są inne, baldziej szkomplikowane. Łowy to łowy. Demonologia to demonologia. Zawsze tszeba mieś na uwadze, sze nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.
Nie mówię, sze jestem ekszpertem. Daleko mi do tego. My mieliszmy ot tego szłowieka. Był szmieszny... Do czasu, jak kazał się zapieszętować i ujebać sobie łeb. - Zakończyłem poważniejszym tonem głosu. Tak - czasem tak kończyło się bycie śmiesznym. Nawet dla specjalistów w wąskiej dziedzinie. Nie byłem pewien, czy dotarło do nich, jak podchwytliwa była sytuacja. Nie mogli winić mnie za to, że byłem ostrożny - gdybym przyszedł do nich wprost, mogłoby się to skończyć znacznie gorzej. Nie mogłem pozwolić sobie na ignorancję. Musieli wiedzieć, że w tym świecie nic nie jest pewne, a prawda potrafi być znacznie bardziej przerażająca, niż się wydaje.
Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej, nie zerkając za siebie.
- Wlóciłem do Wielkiej Blytanii, bo Antoine, mój jedyny stały wspólnik, nie szyje. Czas w końcu zlobić coś nowego w swoim szyciu. - Moje słowa brzmiały poważnie, a w moim głosie dało się wyczuć nutę melancholii. - Ale plawdę mówiąc, zjechałem głównie, szeby pszekonaś się, jak śle jest. Alice mosze jusz nie ma, ale... Mam tu znajomych, więc... Nie chciałem zosztawiaś ich na pastwę losu. - Stwierdziłem. Zawsze czułem na sobie oddech przeszłości, jakby każdy krok, który stawiałem, był śladem po moich przodkach, którzy mieli swoje własne demony - może nie tak dosłowne jak u Ambroise'a i Geraldine, ale równie groźne. Ich podszepty sprawiały, że moja biologiczna rodzina bardziej przypominała kult, niż szczęśliwy dom. Żyli przeszłością, podczas, gdy ja sam od wielu lat, skupiałem się na teraźniejszości. Miałem szansę zmienić coś w swoim życiu, nie iść śladami przeszłości, a to było ważniejsze niż wszystko inne. W końcu, czyż nie o to chodziło w życiu? O próby, o zmiany, o walce z demonami przeszłości?
A, tak, zapomniałbym o najważniejszym. Obróciłem wzrok w stronę Geraldine, a na mojej twarzy pojawił się ponury uśmiech, trochę przekorny. Obróciłem się lekko w jej kierunku, a w moim głosie zabrzmiał cynizm.
- Benjy Fenwick. Dla wlogów natomiast Aloysius Benjamin Rookwood. Z tych Rookwoodów. - Dawno nie wymówiłem tak twardego r. - Zdrajca krwi. Szlamojebca. Cała pszyjemność po mojej stlonie. - Skłoniłem się lekko w jej stronę, aby moje słowa były bardziej formalne. Uśmiechnąłem się posępnie, z odrobiną ironii, jakbym żartował z samego siebie.
- Okej, teraz to jusz na pewno nie jeszteście demonami. - Rzuciłem z uśmiechem, nie tłumacząc, co dokładnie miałem na myśli. Ich miny nie były najlepsze, ale kiwnąłem głową z aprobatą. Nie było, czemu się dziwić. Atmosfera nie uległa znacznej poprawie. Mimo to, kontynuowałem, bo miałem ważniejsze sprawy do omówienia. Zaraz potem nawiązałem do dyskusji, która miała miejsce w korytarzu.
- Demony to nie szą sfykłe magiszne zwieszęta. To coś innego, coś, co wymyka się naszym wyobraszeniom. Złamanie kalku im nie wystalszy. Ich natula jest znasznie baldziej złoszona. - Chciałem, żeby zrozumieli, że mieli szczęście - naprawdę duże szczęście, że to wszystko się skończyło dobrze. No, miałem nadzieję, że dobrze. Widziałem rzeczy, które zmieniały perspektywę, a czasem nawet potrafiły zdefiniować na nowo moje rozumienie rzeczywistości.
- Tamte splawy są inne, baldziej szkomplikowane. Łowy to łowy. Demonologia to demonologia. Zawsze tszeba mieś na uwadze, sze nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.
Nie mówię, sze jestem ekszpertem. Daleko mi do tego. My mieliszmy ot tego szłowieka. Był szmieszny... Do czasu, jak kazał się zapieszętować i ujebać sobie łeb. - Zakończyłem poważniejszym tonem głosu. Tak - czasem tak kończyło się bycie śmiesznym. Nawet dla specjalistów w wąskiej dziedzinie. Nie byłem pewien, czy dotarło do nich, jak podchwytliwa była sytuacja. Nie mogli winić mnie za to, że byłem ostrożny - gdybym przyszedł do nich wprost, mogłoby się to skończyć znacznie gorzej. Nie mogłem pozwolić sobie na ignorancję. Musieli wiedzieć, że w tym świecie nic nie jest pewne, a prawda potrafi być znacznie bardziej przerażająca, niż się wydaje.
Wzruszyłem ramionami i ruszyłem dalej, nie zerkając za siebie.
- Wlóciłem do Wielkiej Blytanii, bo Antoine, mój jedyny stały wspólnik, nie szyje. Czas w końcu zlobić coś nowego w swoim szyciu. - Moje słowa brzmiały poważnie, a w moim głosie dało się wyczuć nutę melancholii. - Ale plawdę mówiąc, zjechałem głównie, szeby pszekonaś się, jak śle jest. Alice mosze jusz nie ma, ale... Mam tu znajomych, więc... Nie chciałem zosztawiaś ich na pastwę losu. - Stwierdziłem. Zawsze czułem na sobie oddech przeszłości, jakby każdy krok, który stawiałem, był śladem po moich przodkach, którzy mieli swoje własne demony - może nie tak dosłowne jak u Ambroise'a i Geraldine, ale równie groźne. Ich podszepty sprawiały, że moja biologiczna rodzina bardziej przypominała kult, niż szczęśliwy dom. Żyli przeszłością, podczas, gdy ja sam od wielu lat, skupiałem się na teraźniejszości. Miałem szansę zmienić coś w swoim życiu, nie iść śladami przeszłości, a to było ważniejsze niż wszystko inne. W końcu, czyż nie o to chodziło w życiu? O próby, o zmiany, o walce z demonami przeszłości?
A, tak, zapomniałbym o najważniejszym. Obróciłem wzrok w stronę Geraldine, a na mojej twarzy pojawił się ponury uśmiech, trochę przekorny. Obróciłem się lekko w jej kierunku, a w moim głosie zabrzmiał cynizm.
- Benjy Fenwick. Dla wlogów natomiast Aloysius Benjamin Rookwood. Z tych Rookwoodów. - Dawno nie wymówiłem tak twardego r. - Zdrajca krwi. Szlamojebca. Cała pszyjemność po mojej stlonie. - Skłoniłem się lekko w jej stronę, aby moje słowa były bardziej formalne. Uśmiechnąłem się posępnie, z odrobiną ironii, jakbym żartował z samego siebie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)