20.02.2025, 23:19 ✶
Nie wiedział, o co do cholery chodziło Aloysiusowi, gdy kolejny raz palnął do nich tekst o nie byciu demonami, ale chyba nie chciał o to pytać. Tak właściwie, nie miał nawet najmniejszej ochoty kontynuować tematu dopplegangera, który w tym momencie był dla nich jeszcze zdecydowanie zbyt świeży, aby Ambroise mógł tak po prostu dzielić się przemyśleniami z...
...no cóż, z kimkolwiek. Nie rozmawiał o tym nawet z Geraldine. A przecież to oni we dwoje mierzyli się wtedy z piekielnym bytem. To oni tam byli, oni widzieli te wszystkie rzeczy, oni musieli żyć z konsekwencjami tamtych chwil. Z decyzjami i wyborami. Z koszmarami sennymi, jakie zaczęły męczyć go po opuszczeniu jaskini.
Nie trzeba było mówić mu o tym jak niebezpieczne były demony. Zdążył się o tym przekonać i wcale nie zamierzał bagatelizować całej sprawy. Tyle tylko, że w tamtym momencie nie miał zupełnie nic do powiedzenia (ku jego narastającej wtedy irytacji) w kwestii doboru sobie towarzyszy broni. A teraz było trochę za późno, żeby zmieniać przeszłość. Abstrahując od tego, że to było raczej po prostu fizycznie niemożliwe.
Zmrużył oczy, patrząc na Geraldine. Na ich złączone dłoni, na jej elegancką sukienkę. Na kwiaty, które nadal trzymała. Jasnoróżowe, intensywnie pachnące lilie, nieoficjalny symbol ich przeszłości. Kwiaty, które już zawsze miał z nią łączyć. Wypierdolił je wszystkie ze swojej części ogrodów w Dolinie. Nie mógł na nie patrzeć, ale dzisiaj...
...dziś było inaczej. Od początku ewidentnie do końca. Nie spodziewał się niczego, co miało miejsce. Każda chwila tego dnia coraz bardziej go zaskakiwała. Wcześniej pozytywnie. Teraz już raczej nie do końca.
Mimo to nadal trzymał swoją dziewczynę za rękę, potrząsając głową i kwitując słowa Benjy'ego wyłącznie cichym westchnieniem. Nie smutnym, raczej poirytowanym. Nawet nie próbował komentować tego wywodu.
No, przynajmniej nie teraz. Nie bez obecności Corneliusa, który z pewnością też miał cholernie dużo do dodania. Tyle tylko, że chwilowo jakoś nie wyskoczył im na powitanie jak królik z kapelusza. Tchórz.
W przeciwieństwie do Rookwooda. Ten znów popisywał się przesadną brawurą. Jak zwykle wybitni, jak zawsze kontrastowi.
- Mówiłem ci, co sądzę o Alice - w teorii zwrócił się do Aloysiusa, jednak jego głos był stosunkowo cichy; brzmiał raczej jak nieco kąśliwe burknięcie nie do końca przeznaczone dla uszu przyjaciela, do których to z pewnością mimo wszystko miało trafić.
Być może w teorii nie powinien tego mówić. Niby od tamtego czasu minęło już naprawdę wiele lat. Upłynęło cholernie dużo wody, odkąd do Ambroisa dotarła wieść o rozstaniu Fenwicka z jego przeuroczą małżonką. A jednak nie dało się ukryć, że to od tamtego związku zaczęły się wszystkie problemy Rookwooda. To, co ostatecznie eskalowało tak mocno, że oto znajdowali się tutaj w takiej a nie innej atmosferze.
Nie jako ci szczęśliwi ludzie z przeszłości, którymi wydawało im się, że zawsze będą. Znaleźli się tu w zupełnie innych, dużo bardziej ponurych okolicznościach. Nie dało się tego ukryć. Nie istniała możliwość przeoczenia tego wyjątkowo parszywego faktu: oto każde z nich znajdowało się teraz głęboko po pas w swoim własnym, osobistym bagnie.
Myśląc o przyszłości, o dorosłości, o życiu po szkole...
...nikt, zupełnie nikt z nich nie był w stanie przewidzieć przebiegu zdarzeń, prawda? Nie było tu nawet miejsca na jakiekolwiek chyba. Żaden dzieciak, żaden młody panicz, żadna młodziutka panna (w przypadku ich rodzynki, którą nadal ściskał za rękę) mający przed sobą rzekomo świetlaną przyszłość. Bogaci, uprzywilejowani, dobrze urodzeni ludzie nie zakładali takich rzeczy.
Co prawda, Roise nigdy nie widział się w roli typowego rodzinnego mężczyzny. Czyjegoś chłopaka, partnera, męża. Może nie zdawał sobie z tego teraz sprawy, ale Loys całkiem właściwie ocenił go tam na klatce schodowej. Nigdy nie zachowywał się tak jak robił to przy Geraldine, która to też nie była ani trochę zbliżona pod kątem zachowania czy podejścia do dziewcząt, z którymi bawił się w młodości.
Bowiem to zawsze była zabawa. Nic więcej. Przynajmniej do momentu, kiedy wszystko stanęło na głowie. Potrzebował jednak do tego naprawdę wiele lat. Jeszcze przez długi czas po Hogwarcie nie angażował się emocjonalnie w jakiekolwiek związki. Minęło wiele lat od chwili, w której zaczął interesować się płcią przeciwną do momentu, w którym wpadł jak śliwka w kompot w coś, w czym naprzemiennie widział i nie widział działania klątwy.
W tamtym czasie pomiędzy jednym a drugim trudno było mu umieścić się gdzieś w tym idealnym obrazku, na którym mogliby być teraz gronem szczęśliwych czystokrwistych czarodziejów. Żonatych mężczyzn spotykających się we wspólnym gronie po pracy. Śmietanki towarzyskiej siedzącej w elegancko urządzonym salonie, popijającej drogie trunki, zabawiających swoje panie.
A jednak tak to powinno wyglądać, nieprawdaż? Gdyby los był sprawiedliwy a życie tak łatwe jak niegdyś im się zdawało, byliby obecnie w innej sytuacji. Tym bardziej, że i on sam z czasem zaczął dojrzewać do tego znacznie bardziej konwencjonalnego zachowania. Do bycia kimś, kim nie był w Hogwarcie. Kim powoli zaczął się stawać dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat. Nieprzerwanie pracując po tym na przyszłość, która uciekła mu z rąk.
- Zawsze robiła wokół siebie zbędny szum. Będzie ci łatwiej przyczaić się bez niej na czas załatwiania tu tych swoich planów - stwierdził już głośniej, bardziej zdecydowanie, brzmiąc na bardziej pewnego siebie niż był w rzeczywistości.
W istocie był bowiem zaniepokojony, nie zaś przekonany o tym, że to, co założył sobie Aloysius miało przynieść przyjacielowi cokolwiek dobrego. Trwała wojna. Może nie rozpętała się jeszcze do tego stopnia, że ulice były zasłane trupami, ale bez wątpienia nie był to najlepszy czas na powrót na łono ojczyzny. Prawdę mówiąc, dla ludzi takich jak Fenwick był to prawdopodobnie jeden z gorszych momentów.
Ale Greengrass nie musiał tego mówić, prawda? Wszyscy aż nazbyt dobrze zdawali sobie z tego sprawę. No, może na tę chwilę jeszcze prócz Yaxleyówny, jednak i to bardzo szybko miało ulec zmianie. Wystarczyło jedno spojrzenie, kiwnięcie głową i słowa padły. Rookwood nadal mu ufał. O zgrozo, Roise nie był pewien, czy powinien cieszyć się z tej informacji.
Nie chodziło o niego. Nie miało o niego chodzić. Ani o Corio, ani o Rinę. Temu gronu zdecydowanie można było zawierzyć swoje najgłębsze sekrety, nawet jeśli w tym momencie Lestrange z dużym prawdopodobieństwem mógł szykować się na cios w pysk od dziewczyny Ambroisa przyjaciółki. Długi jęzor, nawet do najbliższych, wymagał twardej dupy i ponoszenia konsekwencji swojej paplaniny.
Tak czy inaczej, nikt z ich grona nie wzbudzał w Greengrassie tych mieszanych odczuć. Nie. Roise miał je w związku z innymi znajomymi Loysa. Tymi, których on sam nie popierał i nigdy nie miał poprzeć. Tymi, przez których po części znalazł się tu jego przyjaciel, jego brat. Tymi, dla których ewidentnie był w stanie się narażać.
To dlatego fakt, że Aloysius w dalszym ciągu pokładał zaufanie w dawnych przyjaźniach poniekąd tak mocno uderzył Ambroisa. Świat się zmienił. Ludzie się zmienili. Niestety nie na lepsze. To dostrzegał już nawet po samym sobie.
W końcu, gdyby było inaczej, zmierzaliby teraz korytarzem w inny sposób i w innym celu. Tym z pocztówki. Z niemalże żenująco przesłodzonej wizji dorosłej przyszłości.
Wszyscy razem, bez wątpienia w większym gronie. Nie każdy osobno walczący ze swoimi (o ironio) demonami. Tymi, którym w istocie nie dało się tak po prostu upierdolić łba.
Bezmyślnie spojrzał na swoją rękę. Na dłoń Riny zamkniętą w jego dłoni. Dotykali się, splatali palce. Przeżyli naprawdę szczęśliwy poranek, wspaniałe godziny u swojego boku na randce. A teraz? Teraz chyba wszystko miało wrócić do nowej ponurej normy. Nie byli już razem. Na ręce jego ukochanej nie świecił kamyk ani złota obrączka. On też nigdy nie miał okazji jej założyć.
Nie zdążył przyjrzeć się dłoni przyjaciela, ale był niemal pewien, że po obrączce Fenwicka też nie było już śladu. Cornelius także nie nosił swojej podczas ich ostatniego spotkania.
Nowa rzeczywistość, drodzy państwo, nowa rzeczywistość rozminęła się z tym, co było chyba wyłącznie złudzeniami.
...no cóż, z kimkolwiek. Nie rozmawiał o tym nawet z Geraldine. A przecież to oni we dwoje mierzyli się wtedy z piekielnym bytem. To oni tam byli, oni widzieli te wszystkie rzeczy, oni musieli żyć z konsekwencjami tamtych chwil. Z decyzjami i wyborami. Z koszmarami sennymi, jakie zaczęły męczyć go po opuszczeniu jaskini.
Nie trzeba było mówić mu o tym jak niebezpieczne były demony. Zdążył się o tym przekonać i wcale nie zamierzał bagatelizować całej sprawy. Tyle tylko, że w tamtym momencie nie miał zupełnie nic do powiedzenia (ku jego narastającej wtedy irytacji) w kwestii doboru sobie towarzyszy broni. A teraz było trochę za późno, żeby zmieniać przeszłość. Abstrahując od tego, że to było raczej po prostu fizycznie niemożliwe.
Zmrużył oczy, patrząc na Geraldine. Na ich złączone dłoni, na jej elegancką sukienkę. Na kwiaty, które nadal trzymała. Jasnoróżowe, intensywnie pachnące lilie, nieoficjalny symbol ich przeszłości. Kwiaty, które już zawsze miał z nią łączyć. Wypierdolił je wszystkie ze swojej części ogrodów w Dolinie. Nie mógł na nie patrzeć, ale dzisiaj...
...dziś było inaczej. Od początku ewidentnie do końca. Nie spodziewał się niczego, co miało miejsce. Każda chwila tego dnia coraz bardziej go zaskakiwała. Wcześniej pozytywnie. Teraz już raczej nie do końca.
Mimo to nadal trzymał swoją dziewczynę za rękę, potrząsając głową i kwitując słowa Benjy'ego wyłącznie cichym westchnieniem. Nie smutnym, raczej poirytowanym. Nawet nie próbował komentować tego wywodu.
No, przynajmniej nie teraz. Nie bez obecności Corneliusa, który z pewnością też miał cholernie dużo do dodania. Tyle tylko, że chwilowo jakoś nie wyskoczył im na powitanie jak królik z kapelusza. Tchórz.
W przeciwieństwie do Rookwooda. Ten znów popisywał się przesadną brawurą. Jak zwykle wybitni, jak zawsze kontrastowi.
- Mówiłem ci, co sądzę o Alice - w teorii zwrócił się do Aloysiusa, jednak jego głos był stosunkowo cichy; brzmiał raczej jak nieco kąśliwe burknięcie nie do końca przeznaczone dla uszu przyjaciela, do których to z pewnością mimo wszystko miało trafić.
Być może w teorii nie powinien tego mówić. Niby od tamtego czasu minęło już naprawdę wiele lat. Upłynęło cholernie dużo wody, odkąd do Ambroisa dotarła wieść o rozstaniu Fenwicka z jego przeuroczą małżonką. A jednak nie dało się ukryć, że to od tamtego związku zaczęły się wszystkie problemy Rookwooda. To, co ostatecznie eskalowało tak mocno, że oto znajdowali się tutaj w takiej a nie innej atmosferze.
Nie jako ci szczęśliwi ludzie z przeszłości, którymi wydawało im się, że zawsze będą. Znaleźli się tu w zupełnie innych, dużo bardziej ponurych okolicznościach. Nie dało się tego ukryć. Nie istniała możliwość przeoczenia tego wyjątkowo parszywego faktu: oto każde z nich znajdowało się teraz głęboko po pas w swoim własnym, osobistym bagnie.
Myśląc o przyszłości, o dorosłości, o życiu po szkole...
...nikt, zupełnie nikt z nich nie był w stanie przewidzieć przebiegu zdarzeń, prawda? Nie było tu nawet miejsca na jakiekolwiek chyba. Żaden dzieciak, żaden młody panicz, żadna młodziutka panna (w przypadku ich rodzynki, którą nadal ściskał za rękę) mający przed sobą rzekomo świetlaną przyszłość. Bogaci, uprzywilejowani, dobrze urodzeni ludzie nie zakładali takich rzeczy.
Co prawda, Roise nigdy nie widział się w roli typowego rodzinnego mężczyzny. Czyjegoś chłopaka, partnera, męża. Może nie zdawał sobie z tego teraz sprawy, ale Loys całkiem właściwie ocenił go tam na klatce schodowej. Nigdy nie zachowywał się tak jak robił to przy Geraldine, która to też nie była ani trochę zbliżona pod kątem zachowania czy podejścia do dziewcząt, z którymi bawił się w młodości.
Bowiem to zawsze była zabawa. Nic więcej. Przynajmniej do momentu, kiedy wszystko stanęło na głowie. Potrzebował jednak do tego naprawdę wiele lat. Jeszcze przez długi czas po Hogwarcie nie angażował się emocjonalnie w jakiekolwiek związki. Minęło wiele lat od chwili, w której zaczął interesować się płcią przeciwną do momentu, w którym wpadł jak śliwka w kompot w coś, w czym naprzemiennie widział i nie widział działania klątwy.
W tamtym czasie pomiędzy jednym a drugim trudno było mu umieścić się gdzieś w tym idealnym obrazku, na którym mogliby być teraz gronem szczęśliwych czystokrwistych czarodziejów. Żonatych mężczyzn spotykających się we wspólnym gronie po pracy. Śmietanki towarzyskiej siedzącej w elegancko urządzonym salonie, popijającej drogie trunki, zabawiających swoje panie.
A jednak tak to powinno wyglądać, nieprawdaż? Gdyby los był sprawiedliwy a życie tak łatwe jak niegdyś im się zdawało, byliby obecnie w innej sytuacji. Tym bardziej, że i on sam z czasem zaczął dojrzewać do tego znacznie bardziej konwencjonalnego zachowania. Do bycia kimś, kim nie był w Hogwarcie. Kim powoli zaczął się stawać dopiero w wieku dwudziestu siedmiu lat. Nieprzerwanie pracując po tym na przyszłość, która uciekła mu z rąk.
- Zawsze robiła wokół siebie zbędny szum. Będzie ci łatwiej przyczaić się bez niej na czas załatwiania tu tych swoich planów - stwierdził już głośniej, bardziej zdecydowanie, brzmiąc na bardziej pewnego siebie niż był w rzeczywistości.
W istocie był bowiem zaniepokojony, nie zaś przekonany o tym, że to, co założył sobie Aloysius miało przynieść przyjacielowi cokolwiek dobrego. Trwała wojna. Może nie rozpętała się jeszcze do tego stopnia, że ulice były zasłane trupami, ale bez wątpienia nie był to najlepszy czas na powrót na łono ojczyzny. Prawdę mówiąc, dla ludzi takich jak Fenwick był to prawdopodobnie jeden z gorszych momentów.
Ale Greengrass nie musiał tego mówić, prawda? Wszyscy aż nazbyt dobrze zdawali sobie z tego sprawę. No, może na tę chwilę jeszcze prócz Yaxleyówny, jednak i to bardzo szybko miało ulec zmianie. Wystarczyło jedno spojrzenie, kiwnięcie głową i słowa padły. Rookwood nadal mu ufał. O zgrozo, Roise nie był pewien, czy powinien cieszyć się z tej informacji.
Nie chodziło o niego. Nie miało o niego chodzić. Ani o Corio, ani o Rinę. Temu gronu zdecydowanie można było zawierzyć swoje najgłębsze sekrety, nawet jeśli w tym momencie Lestrange z dużym prawdopodobieństwem mógł szykować się na cios w pysk od dziewczyny Ambroisa przyjaciółki. Długi jęzor, nawet do najbliższych, wymagał twardej dupy i ponoszenia konsekwencji swojej paplaniny.
Tak czy inaczej, nikt z ich grona nie wzbudzał w Greengrassie tych mieszanych odczuć. Nie. Roise miał je w związku z innymi znajomymi Loysa. Tymi, których on sam nie popierał i nigdy nie miał poprzeć. Tymi, przez których po części znalazł się tu jego przyjaciel, jego brat. Tymi, dla których ewidentnie był w stanie się narażać.
To dlatego fakt, że Aloysius w dalszym ciągu pokładał zaufanie w dawnych przyjaźniach poniekąd tak mocno uderzył Ambroisa. Świat się zmienił. Ludzie się zmienili. Niestety nie na lepsze. To dostrzegał już nawet po samym sobie.
W końcu, gdyby było inaczej, zmierzaliby teraz korytarzem w inny sposób i w innym celu. Tym z pocztówki. Z niemalże żenująco przesłodzonej wizji dorosłej przyszłości.
Wszyscy razem, bez wątpienia w większym gronie. Nie każdy osobno walczący ze swoimi (o ironio) demonami. Tymi, którym w istocie nie dało się tak po prostu upierdolić łba.
Bezmyślnie spojrzał na swoją rękę. Na dłoń Riny zamkniętą w jego dłoni. Dotykali się, splatali palce. Przeżyli naprawdę szczęśliwy poranek, wspaniałe godziny u swojego boku na randce. A teraz? Teraz chyba wszystko miało wrócić do nowej ponurej normy. Nie byli już razem. Na ręce jego ukochanej nie świecił kamyk ani złota obrączka. On też nigdy nie miał okazji jej założyć.
Nie zdążył przyjrzeć się dłoni przyjaciela, ale był niemal pewien, że po obrączce Fenwicka też nie było już śladu. Cornelius także nie nosił swojej podczas ich ostatniego spotkania.
Nowa rzeczywistość, drodzy państwo, nowa rzeczywistość rozminęła się z tym, co było chyba wyłącznie złudzeniami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down