21.02.2025, 00:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
To nie było jednostronne. To nigdy nie miało takie być. Nawet jeśli naprawdę mocno starał się sprawiać wrażenie niewzruszonego i niechętnego robieniu wspólnych planów, przecież raz po raz sam także sięgał ku tym słowom. Sugerował istnienie jakiejś rzeczy, którą powinni (bo w końcu nic nie musieli) uwzględnić w swoich najbliższych posunięciach. Mówił o zajmowaniu się kolejnymi sprawami. To z jego ust padły słowa o konieczności zajęcia się stanem technicznym domu w Whitby i on zasugerował uwzględnienie ich wspólnego przyjaciela w tematach dotyczących Kniei. Tych, którymi również zajmowali się wspólnie.
Jak na osobę upierającą się przy swoim stanowisku, raz za razem naginał rzeczywistość. Mieli wrócić do swoich własnych zajęć, tak? Niechybnie musieli to zrobić, ale...
...gdy miało się naturalną skłonność do kwestionowania niemalże wszystkiego dookoła, zawsze dało się znaleźć jakieś ale, prawda? Jedno, drugie, trzecie, siódme. W tym momencie być może także jeszcze jedno, bo cokolwiek teraz robili, ich poczynania wcale nie wskazywały na to, że zaraz mieli kulturalnie się pożegnać. Kiwnąć głową, podać sobie ręce, być może posunąć się co najwyżej do przelotnego pocałunku w oba policzki. Rozejść się każde w swoją stronę. On do przerwanych zajęć, Rina do łóżka.
Tej nocy własnego, przez najbliższe dni zapewne także, ale później? Co miało być później. Za kilka tygodni? Za miesiąc? Za pół roku? Rok? Kolejne lata? Niby byli całkiem boleśnie otwarci w mówieniu o tym, że nie chcą i nie planują wiązać się z nikim innym, ale życie dostatecznie mocno udowadniało im, co robiło sobie z ludzkich założeń.
W tym momencie dłoń Riny dotykała jego policzka. Teraźniejszość należała do nich i tylko do nich. Zwłaszcza tutaj w tej ciszy. Z ciemnością i światłami miasta za oknem. Z kroplami deszczu błyszczącymi w blasku ulicznych latarni. Nawet w tym szpitalnym otoczeniu. W miejscu, które zazwyczaj nie przynosiło odprężenia, naprawdę łatwo było mu kolejny raz zatonąć w wyimaginowanej (nie)rzeczywistości.
Może to było głupie. Wręcz idiotyczne. Cholernie pochopne, a jednak nie cofnął się nawet odrobinę. Przylgnął zarośniętym policzkiem do miękkiej, ciepłej skóry Geraldine, pozwalając sobie na tę błogość, dopóki to ona nie podjęła decyzji o opuszczeniu palców. Spojrzał na nie wtedy, mrugając parokrotnie i usiłując powrócić do rzeczywistości.
Tak. Byli wyjątkowi. Wyjątkowo usrani. Wybitnie poplątani. Cholernie mocno chciał znaleźć rozwiązanie na to wszystko, ale ono chyba nie istniało. Florence mogła mieć rację, nawet jeśli tym razem wolałby nie musieć jej tego przyznać (nawet we własnej głowie). Mieli rozdrapywać swoje rany. Raz po raz. Raz za razem. Zawsze, na zawsze uwikłani. Do usranej śmierci.
Było w tym coś melodramatycznego, prawda? Ironia. Powinni wieść zupełnie inne życie. I poniekąd mieli trwać u swojego boku. Tyle tylko, że nie tak jak tego naprawdę chcieli. Tu nie było prostych rozwiązań. Dobrych zakończeń. Szczęśliwych nowych początków. Nieważne, co by zrobili i przed czym by się wstrzymywali.
Przynajmniej wyjaśnili sobie dziś choć część tego ciężaru. Kolejny fragment. Teraz mogli odetchnąć, powracając do rzeczywistości. Chcieli tego?
- Skoro już tu jesteś - zaczął, całkowicie celowo nadając swoim słowom taki a nie inny, lekko grożący, odrobinę zbyt cwany ton. - Znakomicie się składa. Wręcz wyśmienicie - oczywiście, że w wykorzystaniu tego słowa też był zupełnie świadomy, przypatrując się Geraldine, patrząc na nią z niepokojąco usatysfakcjonowanym błyskiem w oku i odchrząkując cicho. - Pomożesz mi - oznajmił bez chwili dalszego zawahania, po czym kiwnął głową, bardzo zadowolony z własnej inwencji twórczej, jaką się właśnie wykazywał.
Tylko on zdawał sobie sprawę z tego, ile go to teraz kosztowało. Ba, nawet nie tylko teraz, bowiem praktycznie nieustannie. Przez cały czas mając świadomość tego, że nic ich nie powinno już ze sobą łączyć, że cokolwiek teraz robili, to było wyłącznie odwlekanie nieuniknionego. Nie mogli żyć tak na dłuższą metę. Przeciągać momentu, w którym ich ścieżki ponownie się rozejdą.
Ten wieczór powinien być dla nich impulsem, aby wreszcie to zrobić. Jeśli nie tej nocy to kiedy? Żegnając się późnym popołudniem, mieli przed sobą wizję kilkunastu godzin rozłąki. Pierwszej osobno spędzanej nocy od chwili, w której trafili do Snowdonii. Przez tydzień budzili się i zasypiali u swojego boku. Nie rozdzielali się na dłużej niż kilka godzin, wracali do siebie, do domu, jakby w dalszym ciągu tam mieszkali. Tak jak dwa lata temu, tak jak przez niemal dekadę, podczas której orbitowali wokół siebie nawzajem.
Tej nocy powinni pozwolić rzeczywistości na powrót ich od siebie odepchnąć. Tymczasem kolejny raz udowodnili sobie coś zupełnie innego. Znaleźli pretekst, wymówkę do tego, żeby spojrzeć sobie twarzą w twarz. Nie wątpił, że nie pustą ani nie marną. Wiedział, że Geraldine nie próbowała go okłamać. Naprawdę się bała. Obawiała się tak mocno, że przełamała inne, dużo głębsze, wieloletnie lęki.
Zjawiła się u niego. Spędzili razem kilka chwil, prowadząc dłuższą i spokojniejszą rozmowę niż przez jakiekolwiek razy wcześniej. Uspokoiła się, on także nie był już dłużej zaniepokojony powodem jej nagłej wizyty. Teraz mogła odejść. Wymknąć się ze szpitala w taki sposób, w jaki pojawiła się w Mungu. Tym razem nie kończąc wizyty pocałunkiem, bo choć chciałby, by to zrobiła, lepiej byłoby, gdyby na powrót spróbowali się miarkować. Dystansować od siebie, nie lgnąć i nie dotykać.
A jednak zasugerował jej coś przeciwnego. Dał jej możliwość zostania tu na dłużej. Wymówkę do tego, by mogli pobyć ze sobą jeszcze przez chwilę. Przez kilka chwil, może nawet przez znaczną część nocy. Wbił spojrzenie w dziewczynę, unosząc brew. Niby nic nie musiała, ale nie bez powodu przedstawił jej tę ofertę w taki a nie inny sposób. Tak, aby była mu po prostu potrzebna. Jeszcze nie mówił, w jakim sensie czy celu. Na to mogła dopiero przyjść pora. Teraz po prostu oczekiwał na reakcję.
Jak na osobę upierającą się przy swoim stanowisku, raz za razem naginał rzeczywistość. Mieli wrócić do swoich własnych zajęć, tak? Niechybnie musieli to zrobić, ale...
...gdy miało się naturalną skłonność do kwestionowania niemalże wszystkiego dookoła, zawsze dało się znaleźć jakieś ale, prawda? Jedno, drugie, trzecie, siódme. W tym momencie być może także jeszcze jedno, bo cokolwiek teraz robili, ich poczynania wcale nie wskazywały na to, że zaraz mieli kulturalnie się pożegnać. Kiwnąć głową, podać sobie ręce, być może posunąć się co najwyżej do przelotnego pocałunku w oba policzki. Rozejść się każde w swoją stronę. On do przerwanych zajęć, Rina do łóżka.
Tej nocy własnego, przez najbliższe dni zapewne także, ale później? Co miało być później. Za kilka tygodni? Za miesiąc? Za pół roku? Rok? Kolejne lata? Niby byli całkiem boleśnie otwarci w mówieniu o tym, że nie chcą i nie planują wiązać się z nikim innym, ale życie dostatecznie mocno udowadniało im, co robiło sobie z ludzkich założeń.
W tym momencie dłoń Riny dotykała jego policzka. Teraźniejszość należała do nich i tylko do nich. Zwłaszcza tutaj w tej ciszy. Z ciemnością i światłami miasta za oknem. Z kroplami deszczu błyszczącymi w blasku ulicznych latarni. Nawet w tym szpitalnym otoczeniu. W miejscu, które zazwyczaj nie przynosiło odprężenia, naprawdę łatwo było mu kolejny raz zatonąć w wyimaginowanej (nie)rzeczywistości.
Może to było głupie. Wręcz idiotyczne. Cholernie pochopne, a jednak nie cofnął się nawet odrobinę. Przylgnął zarośniętym policzkiem do miękkiej, ciepłej skóry Geraldine, pozwalając sobie na tę błogość, dopóki to ona nie podjęła decyzji o opuszczeniu palców. Spojrzał na nie wtedy, mrugając parokrotnie i usiłując powrócić do rzeczywistości.
Tak. Byli wyjątkowi. Wyjątkowo usrani. Wybitnie poplątani. Cholernie mocno chciał znaleźć rozwiązanie na to wszystko, ale ono chyba nie istniało. Florence mogła mieć rację, nawet jeśli tym razem wolałby nie musieć jej tego przyznać (nawet we własnej głowie). Mieli rozdrapywać swoje rany. Raz po raz. Raz za razem. Zawsze, na zawsze uwikłani. Do usranej śmierci.
Było w tym coś melodramatycznego, prawda? Ironia. Powinni wieść zupełnie inne życie. I poniekąd mieli trwać u swojego boku. Tyle tylko, że nie tak jak tego naprawdę chcieli. Tu nie było prostych rozwiązań. Dobrych zakończeń. Szczęśliwych nowych początków. Nieważne, co by zrobili i przed czym by się wstrzymywali.
Przynajmniej wyjaśnili sobie dziś choć część tego ciężaru. Kolejny fragment. Teraz mogli odetchnąć, powracając do rzeczywistości. Chcieli tego?
- Skoro już tu jesteś - zaczął, całkowicie celowo nadając swoim słowom taki a nie inny, lekko grożący, odrobinę zbyt cwany ton. - Znakomicie się składa. Wręcz wyśmienicie - oczywiście, że w wykorzystaniu tego słowa też był zupełnie świadomy, przypatrując się Geraldine, patrząc na nią z niepokojąco usatysfakcjonowanym błyskiem w oku i odchrząkując cicho. - Pomożesz mi - oznajmił bez chwili dalszego zawahania, po czym kiwnął głową, bardzo zadowolony z własnej inwencji twórczej, jaką się właśnie wykazywał.
Tylko on zdawał sobie sprawę z tego, ile go to teraz kosztowało. Ba, nawet nie tylko teraz, bowiem praktycznie nieustannie. Przez cały czas mając świadomość tego, że nic ich nie powinno już ze sobą łączyć, że cokolwiek teraz robili, to było wyłącznie odwlekanie nieuniknionego. Nie mogli żyć tak na dłuższą metę. Przeciągać momentu, w którym ich ścieżki ponownie się rozejdą.
Ten wieczór powinien być dla nich impulsem, aby wreszcie to zrobić. Jeśli nie tej nocy to kiedy? Żegnając się późnym popołudniem, mieli przed sobą wizję kilkunastu godzin rozłąki. Pierwszej osobno spędzanej nocy od chwili, w której trafili do Snowdonii. Przez tydzień budzili się i zasypiali u swojego boku. Nie rozdzielali się na dłużej niż kilka godzin, wracali do siebie, do domu, jakby w dalszym ciągu tam mieszkali. Tak jak dwa lata temu, tak jak przez niemal dekadę, podczas której orbitowali wokół siebie nawzajem.
Tej nocy powinni pozwolić rzeczywistości na powrót ich od siebie odepchnąć. Tymczasem kolejny raz udowodnili sobie coś zupełnie innego. Znaleźli pretekst, wymówkę do tego, żeby spojrzeć sobie twarzą w twarz. Nie wątpił, że nie pustą ani nie marną. Wiedział, że Geraldine nie próbowała go okłamać. Naprawdę się bała. Obawiała się tak mocno, że przełamała inne, dużo głębsze, wieloletnie lęki.
Zjawiła się u niego. Spędzili razem kilka chwil, prowadząc dłuższą i spokojniejszą rozmowę niż przez jakiekolwiek razy wcześniej. Uspokoiła się, on także nie był już dłużej zaniepokojony powodem jej nagłej wizyty. Teraz mogła odejść. Wymknąć się ze szpitala w taki sposób, w jaki pojawiła się w Mungu. Tym razem nie kończąc wizyty pocałunkiem, bo choć chciałby, by to zrobiła, lepiej byłoby, gdyby na powrót spróbowali się miarkować. Dystansować od siebie, nie lgnąć i nie dotykać.
A jednak zasugerował jej coś przeciwnego. Dał jej możliwość zostania tu na dłużej. Wymówkę do tego, by mogli pobyć ze sobą jeszcze przez chwilę. Przez kilka chwil, może nawet przez znaczną część nocy. Wbił spojrzenie w dziewczynę, unosząc brew. Niby nic nie musiała, ale nie bez powodu przedstawił jej tę ofertę w taki a nie inny sposób. Tak, aby była mu po prostu potrzebna. Jeszcze nie mówił, w jakim sensie czy celu. Na to mogła dopiero przyjść pora. Teraz po prostu oczekiwał na reakcję.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down