21.02.2025, 15:26 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Tym razem nie użył tego słowa, aby podkurwić Geraldine, choć doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo uwielbiała słyszeć je z jego ust. Teraz starał się rozluźnić atmosferę, jaka zapanowała między nimi. Wprowadzić odrobinę znajomego elementu w tą ciężką, ponurą, bardzo melancholijną aurę, która tak nagle zapanowała w pomieszczeniu.
To było niczym lekki kuksaniec w ramię. Drobne podszczypnięcie w pośladek. Nieduża zaczepka mająca na celu przekierowanie uwagi Riny na coś innego. Może niezbyt wysokich lotów, ale przecież i to nie było dla nich niczym szczególnym, prawda?
Może oboje byli dorosłymi ludźmi. Być może Ambroise starał się podtrzymać wrażenie poważnego, zdystansowanego, ze wszech miar profesjonalnego uzdrowiciela. Surowego, choć przy tym sprawiedliwego wykładowcy akademickiego. Człowieka z wyższych sfer, dumnego czystokrwistego czarodzieja i tak dalej, i tak dalej.
Jednak obcując z nim na co dzień w innych okolicznościach, nie tylko zawodowych, biznesowych czy tych oficjalnych towarzyskich, nie dało się nie zauważyć, że potrafił spuścić z tonu. Szczególnie przy Geraldine. Przy niej potrafił zachowywać się zupełnie inaczej. Na swój sposób dużo bardziej naturalnie, co czasami (kiedyś znacznie częściej niż obecnie) oznaczało odrobinę szczeniackie zagrywki.
Obecnie ich sytuacja nie była już tak jasna jak niegdyś. Może usiłował tego nie okazywać, jednak nadzwyczaj mocno starał się być ich głosem rozsądku, jakkolwiek ironicznie by to nie brzmiało, bo przecież, gdyby naprawdę nim był, już dawno by się od siebie odsunęli. Nie byliby tu teraz a on nie zaczepiałby jej tymi drobnymi słówkami.
Nie oferowałby także wymówek, dzięki którym mogli przedłużyć tę nieoczekiwaną (no, niespodziewaną dla niego) wizytę, jaką złożyła mu w samym środku nocy w jego gabinecie. Całe szczęście tutaj, nie zaś w jakimś innym pomieszczeniu, nie pośród pozostałych ludzi przebywających w szpitalu. Tu i teraz mógł pozwolić sobie na złożenie jej propozycji nie do odrzucenia.
W głębi duszy naprawdę licząc na to, że nie zamierzała jej odrzucić. Może starał się być racjonalny. Być może usiłował postępować zgodnie z tym, co deklarował. Mówienie o tym, że nie powinni, wręcz nie mogli posuwać się dalej i dalej. Dawać sobie nadziei, wyciągać ku sobie dłoni, chwytać się możliwości zmiany nastawienia i zaoferowania sobie drugiej szansy, gdy stracili pierwszą. To nie przychodziło mu łatwo. Nie odrzucał tego lekką ręką.
Tego wieczoru było to widoczne jak nigdy. Ale czy wcześniej już tego nie robił? Minął zaledwie tydzień. Aż tydzień, odkąd coś zaczęło się między nimi zmieniać. Siedem dni, tymczasem on miał wrażenie, że zdążył na nowo całkowicie zaplątać się w tym wszystkim. Nie we własnych uczuciach. One były jasne, nawet jeśli nie do końca zrozumiałe, bo powinny wygasnąć po tym wszystkim, co się stało.
Gubił się pomiędzy własnymi pragnieniami a tym, co uważał, że powinno być słuszne. W przestrzeni między zdrowym egoizmem a w teorii jeszcze zdrowszym rozsądkiem. Na płaszczyznach, po których nigdy nie sądził, że będzie się poruszać, jednak w tym momencie miał wrażenie, że z godziny na godzinę brnął przez nie coraz bardziej.
To była pustynia. Jałowa i nieprzyjazna. Pogrążona w półmroku zmierzchu trwającego już niemalże dwa lata. Na pograniczu piekącego słońca dnia i przeraźliwie chłodnej pustynnej nocy. Brodził po pas w ruchomym piasku, coraz bardziej się w nim zatapiając. Gdzieś tam w oddali widząc majaczącą oazę. Punkt przyciągający spojrzenie. Plamę barw. Zieleni i niebieskości. Tego konkretnego odcienia błękitu. Butelkowej zieleni mającej mu się kojarzyć z początkiem wczorajszego dnia.
Ale czy to nie było wyłącznie złudzenie? Fatamorgana? Czy nie miał przekonać się o tym, docierając w tamto miejsce i zastając tam pustkę? Czy nie pozwalał sobie tak bardzo po prostu chcieć na nowo znaleźć się w tamtym świecie, że nie zważał na to, że tamte chwile nie mogły już wrócić?
Dawna rzeczywistość już nie istniała. Nie istniał tamten on. Dziewczyna obok niego też się zmieniła. Mogli chcieć być dla siebie tamtymi ludźmi, ale czy to nie byłoby wyłącznie udawanie? Myślenie życzeniowe? Karmienie się tymi złudzeniami, wizjami i niczym innym? Okłamywanie nie tylko siebie nawzajem, ale także siebie samych?
Przez ostatnie miesiące wydarzyło się naprawdę dużo. Nawet wizyta u Florence, o której przed chwilą rozmawiali, dała im to przecież do zrozumienia. Bulstrode mówiła wtedy o Beltane. O rytuałach, o innych kwestiach, o których Ambroise zupełnie nic nie wiedział, bo Rina mu o tym nie opowiadała. Nie podzieliła się z nim znaczną częścią tego jak wyglądało jej życie przez ostatnie półtora roku. On nie był lepszy. Też tego nie zrobił.
Mogli spędzić ze sobą ostatni tydzień. Siedem dni, podczas których całkiem łatwo przychodziło im bycie dawnymi ludźmi. A i wtedy występowały między nimi zgrzyty. Inne niż kiedykolwiek. Takie, o których niegdyś by nie pomyśleli. Kiedyś by ich między nimi nie było. Obecnie? Jak mieli ze sobą koegzystować, jak próbować tworzyć wspólne życie, skoro już nic o sobie nie wiedzieli? Nie sądził, by byli w stanie zacząć od nowa, bo to wymagałoby od nich...
...no, właśnie. Zaczęcia od nowa. Zupełnie od początku. Od zera, od punktu wyjścia. Jednakże jednocześnie mając to podskórne wrażenie, że cokolwiek robią, nie jest to zupełnie właściwe. W końcu już to kiedyś przeżywali. Poznawali się, docierali między sobą, poruszali trudne tematy. Powoli budowali wspólną rzeczywistość. To nie wyszło. Rozpadło się, mimo że oboje byli przekonani, że będzie na zawsze.
Nie sądził, aby mogli to teraz robić. Już zawsze, na zawsze byłyby między nimi te drobne rysy. Nieduże pęknięcia. Zalepione, ale w dalszym ciągu istniejące. Mogła mu tego nie mówić. Ba, mogła twierdzić, że jest inaczej, że są w stanie całkowicie odbudować nadkruszone zaufanie, żyć z tym, co się stało, ale czy tak byłoby naprawdę?
Nie obawiał się kontroli z jej strony. Tak jak teraz, mógł spróbować rozumieć większość lęków, jakie miała. Utwierdzać jego dziewczynę w tym, że nigdy o niej nie zapomni, bo jakże mógłby to zrobić. Za mocno ją kochał, żeby dać się złamać w ten sposób byle bytowi, byle nadnaturalnemu gównu.
Z tym mógł sobie radzić, wobec tego mógł wykształcić sobie cierpliwość. Wiedział to. Gdyby obiecał Geraldine, że nigdy jej tego nie wytknie, w istocie nigdy by tego nie zrobił. Wbrew pozorom umiał być troskliwy, potrafił być wyrozumiały, bardziej cierpliwy niż zazwyczaj. Nie wobec większości ludzi, ale w stosunku do niej już tak. Byli ze sobą przez tak wiele lat, że przychodziło mu to niemal instynktownie. Tak jak większość kompromisów.
Ale nie ten. Na ten jeden nie mógł sobie pozwolić. To było zbyt złożone, by mogli o tym rozmawiać tak spokojnie jak o lęku przed zapomnieniem, przed utratą wspomnień. Chodziło tu o naruszenie samych podstaw zaufania. O to, że nie przeżyłby sugerowania mu tego, że mógł jej nie ufać, że robił coś za jej plecami, że w każdej chwili mogło mu ponownie odpierdolić. Że gdyby kiedykolwiek powtórzyła się tamta sytuacja sprzed kilku lat, Geraldine miałaby święte prawo założyć, że ponownie postanowił ją porzucić. A on nie mógłby nic z tym zrobić.
Prędzej czy później pojawiłyby się między nimi znaczne zgrzyty. Oczekiwania. Pierwsze żądania porzucenia dawnych założeń. Zmiany dawnych ustaleń. Mogli rozmawiać o noszeniu jej jako futrzanego kołnierza po Nokturnie czy po Ścieżkach, ale gdyby od niego tego zażądała, zasłaniając się obawami przed powtórką historii, lękiem przed porzuceniem...
...czy byłby w stanie posunąć się do aż takich kompromisów? Aż tak mocnego działania wbrew sobie? Karmienia własnych najbardziej głębokich lęków przed tym, że mógłby ją wciągnąć w coś, co ściągnęłoby na nich tragedię? Zaangażować Geraldine w coś, co mogłoby ją zabić? Coś, przed czym chciał ją bronić a sam by ją na to naraził? Stając się twórcą własnej tragedii?
Zapętlił się w tym wszystkim. Pogubił się. Nie był w stanie nie lgnąć do niej, gdy była tuż obok niego. Nie potrafił o niej nie myśleć wtedy, kiedy była poza jego zasięgiem. Jednocześnie chciał i nie chciał tej drugiej szansy. Chciał i nie chciał tego, co z pozoru mieli na wyciągnięcie ręki, bo przecież w dalszym ciągu się kochali.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał, ale świadomość, że nie było dla nich powrotu do przeszłości. Że musieliby zbudować sobie wszystko zupełnie na nowo. Że nie miałby już aż tyle do powiedzenia w zakresie tego, gdzie stawiał granicę, bo sam dał dziewczynie prawo do ich przesuwania. To było dla niego zbyt wiele.
Sam dał jej bicz na siebie, sam go sobie ukręcił, ale jednocześnie to nie tylko on miałby ponieść konsekwencje. Odczuć ciosy. Nie rozumiała tego, prawda? W dalszym ciągu nie mieli tu zgodności a ich obecna rzeczywistość nie sprzyjała spokojowi ducha. Wręcz przeciwnie.
Najrozsądniej było uciąć to już w tej chwili. Przełknąć gorycz, przeżyć odkładany w kółko moment pożegnania. Pozwolić sobie na tępy, ale jednocześnie piekący ból rozstania (ot, kolejny paradoks), żeby później nie musieć mierzyć się z tym, z czym nawet oni musieliby się zmierzyć, bo nie byłoby odwrotu.
A jednak znów to sobie robili. On to robił. Uśmiechnął się do niej nieznacznie, wzruszając ramionami.
- Tak i najprawdopodobniej tak - stwierdził tak po prostu, jednocześnie nie mogąc powstrzymać nagłego błysku w oku na dźwięk kolejnych słów Riny. - Doskonale - kiwnął głową, powoli podnosząc się z miejsca w celu podejścia do parapetu.
Tego, na którym prócz mokrych listów leżały też sterty papierzysk. Naprawdę całkiem pokaźne. Na tyle, że nie miał zamiaru przenosić ich ręcznie, wyciągając różdżkę, odchrząkując i machając nią w celu przelewitowania ich na podłogę przy krześle dziewczyny.
- Potrzebuję poprzybijać pieczątki w zaznaczonych miejscach. Nie wszędzie są w tych samych, więc zrobienie tego przy pomocy magii jest dosyć podstępne - odezwał się, kryjąc uśmiech pod nosem. - To nic takiego. Nie ma tam żadnych wrażliwych danych, więc nie musisz przejmować się, że trafisz na coś, co cię zaskoczy - nie to, żeby sądził, aby miała się tym przejąć, ale wolał uprzedzić Yaxleyównę, że nie miało to być zbyt fascynujące zajęcie.
Zero ciekawych informacji. Sto procent siedzenia na podłodze (bo przy biurku byłoby im dosyć ciasno) i uderzania pieczątką w kartkę, którą później on by podpisywał. Długi, naprawdę długi biurokratyczny wieczór. A właściwie to noc. Najnudniejsza wspólna noc w ich dotychczasowym życiu. Ale sama się na to pisała, nie?
Translokacja (I) - lewitacja pierwszego stosiku
Translokacja (I) - lewitacja drugiego stosiku
To było niczym lekki kuksaniec w ramię. Drobne podszczypnięcie w pośladek. Nieduża zaczepka mająca na celu przekierowanie uwagi Riny na coś innego. Może niezbyt wysokich lotów, ale przecież i to nie było dla nich niczym szczególnym, prawda?
Może oboje byli dorosłymi ludźmi. Być może Ambroise starał się podtrzymać wrażenie poważnego, zdystansowanego, ze wszech miar profesjonalnego uzdrowiciela. Surowego, choć przy tym sprawiedliwego wykładowcy akademickiego. Człowieka z wyższych sfer, dumnego czystokrwistego czarodzieja i tak dalej, i tak dalej.
Jednak obcując z nim na co dzień w innych okolicznościach, nie tylko zawodowych, biznesowych czy tych oficjalnych towarzyskich, nie dało się nie zauważyć, że potrafił spuścić z tonu. Szczególnie przy Geraldine. Przy niej potrafił zachowywać się zupełnie inaczej. Na swój sposób dużo bardziej naturalnie, co czasami (kiedyś znacznie częściej niż obecnie) oznaczało odrobinę szczeniackie zagrywki.
Obecnie ich sytuacja nie była już tak jasna jak niegdyś. Może usiłował tego nie okazywać, jednak nadzwyczaj mocno starał się być ich głosem rozsądku, jakkolwiek ironicznie by to nie brzmiało, bo przecież, gdyby naprawdę nim był, już dawno by się od siebie odsunęli. Nie byliby tu teraz a on nie zaczepiałby jej tymi drobnymi słówkami.
Nie oferowałby także wymówek, dzięki którym mogli przedłużyć tę nieoczekiwaną (no, niespodziewaną dla niego) wizytę, jaką złożyła mu w samym środku nocy w jego gabinecie. Całe szczęście tutaj, nie zaś w jakimś innym pomieszczeniu, nie pośród pozostałych ludzi przebywających w szpitalu. Tu i teraz mógł pozwolić sobie na złożenie jej propozycji nie do odrzucenia.
W głębi duszy naprawdę licząc na to, że nie zamierzała jej odrzucić. Może starał się być racjonalny. Być może usiłował postępować zgodnie z tym, co deklarował. Mówienie o tym, że nie powinni, wręcz nie mogli posuwać się dalej i dalej. Dawać sobie nadziei, wyciągać ku sobie dłoni, chwytać się możliwości zmiany nastawienia i zaoferowania sobie drugiej szansy, gdy stracili pierwszą. To nie przychodziło mu łatwo. Nie odrzucał tego lekką ręką.
Tego wieczoru było to widoczne jak nigdy. Ale czy wcześniej już tego nie robił? Minął zaledwie tydzień. Aż tydzień, odkąd coś zaczęło się między nimi zmieniać. Siedem dni, tymczasem on miał wrażenie, że zdążył na nowo całkowicie zaplątać się w tym wszystkim. Nie we własnych uczuciach. One były jasne, nawet jeśli nie do końca zrozumiałe, bo powinny wygasnąć po tym wszystkim, co się stało.
Gubił się pomiędzy własnymi pragnieniami a tym, co uważał, że powinno być słuszne. W przestrzeni między zdrowym egoizmem a w teorii jeszcze zdrowszym rozsądkiem. Na płaszczyznach, po których nigdy nie sądził, że będzie się poruszać, jednak w tym momencie miał wrażenie, że z godziny na godzinę brnął przez nie coraz bardziej.
To była pustynia. Jałowa i nieprzyjazna. Pogrążona w półmroku zmierzchu trwającego już niemalże dwa lata. Na pograniczu piekącego słońca dnia i przeraźliwie chłodnej pustynnej nocy. Brodził po pas w ruchomym piasku, coraz bardziej się w nim zatapiając. Gdzieś tam w oddali widząc majaczącą oazę. Punkt przyciągający spojrzenie. Plamę barw. Zieleni i niebieskości. Tego konkretnego odcienia błękitu. Butelkowej zieleni mającej mu się kojarzyć z początkiem wczorajszego dnia.
Ale czy to nie było wyłącznie złudzenie? Fatamorgana? Czy nie miał przekonać się o tym, docierając w tamto miejsce i zastając tam pustkę? Czy nie pozwalał sobie tak bardzo po prostu chcieć na nowo znaleźć się w tamtym świecie, że nie zważał na to, że tamte chwile nie mogły już wrócić?
Dawna rzeczywistość już nie istniała. Nie istniał tamten on. Dziewczyna obok niego też się zmieniła. Mogli chcieć być dla siebie tamtymi ludźmi, ale czy to nie byłoby wyłącznie udawanie? Myślenie życzeniowe? Karmienie się tymi złudzeniami, wizjami i niczym innym? Okłamywanie nie tylko siebie nawzajem, ale także siebie samych?
Przez ostatnie miesiące wydarzyło się naprawdę dużo. Nawet wizyta u Florence, o której przed chwilą rozmawiali, dała im to przecież do zrozumienia. Bulstrode mówiła wtedy o Beltane. O rytuałach, o innych kwestiach, o których Ambroise zupełnie nic nie wiedział, bo Rina mu o tym nie opowiadała. Nie podzieliła się z nim znaczną częścią tego jak wyglądało jej życie przez ostatnie półtora roku. On nie był lepszy. Też tego nie zrobił.
Mogli spędzić ze sobą ostatni tydzień. Siedem dni, podczas których całkiem łatwo przychodziło im bycie dawnymi ludźmi. A i wtedy występowały między nimi zgrzyty. Inne niż kiedykolwiek. Takie, o których niegdyś by nie pomyśleli. Kiedyś by ich między nimi nie było. Obecnie? Jak mieli ze sobą koegzystować, jak próbować tworzyć wspólne życie, skoro już nic o sobie nie wiedzieli? Nie sądził, by byli w stanie zacząć od nowa, bo to wymagałoby od nich...
...no, właśnie. Zaczęcia od nowa. Zupełnie od początku. Od zera, od punktu wyjścia. Jednakże jednocześnie mając to podskórne wrażenie, że cokolwiek robią, nie jest to zupełnie właściwe. W końcu już to kiedyś przeżywali. Poznawali się, docierali między sobą, poruszali trudne tematy. Powoli budowali wspólną rzeczywistość. To nie wyszło. Rozpadło się, mimo że oboje byli przekonani, że będzie na zawsze.
Nie sądził, aby mogli to teraz robić. Już zawsze, na zawsze byłyby między nimi te drobne rysy. Nieduże pęknięcia. Zalepione, ale w dalszym ciągu istniejące. Mogła mu tego nie mówić. Ba, mogła twierdzić, że jest inaczej, że są w stanie całkowicie odbudować nadkruszone zaufanie, żyć z tym, co się stało, ale czy tak byłoby naprawdę?
Nie obawiał się kontroli z jej strony. Tak jak teraz, mógł spróbować rozumieć większość lęków, jakie miała. Utwierdzać jego dziewczynę w tym, że nigdy o niej nie zapomni, bo jakże mógłby to zrobić. Za mocno ją kochał, żeby dać się złamać w ten sposób byle bytowi, byle nadnaturalnemu gównu.
Z tym mógł sobie radzić, wobec tego mógł wykształcić sobie cierpliwość. Wiedział to. Gdyby obiecał Geraldine, że nigdy jej tego nie wytknie, w istocie nigdy by tego nie zrobił. Wbrew pozorom umiał być troskliwy, potrafił być wyrozumiały, bardziej cierpliwy niż zazwyczaj. Nie wobec większości ludzi, ale w stosunku do niej już tak. Byli ze sobą przez tak wiele lat, że przychodziło mu to niemal instynktownie. Tak jak większość kompromisów.
Ale nie ten. Na ten jeden nie mógł sobie pozwolić. To było zbyt złożone, by mogli o tym rozmawiać tak spokojnie jak o lęku przed zapomnieniem, przed utratą wspomnień. Chodziło tu o naruszenie samych podstaw zaufania. O to, że nie przeżyłby sugerowania mu tego, że mógł jej nie ufać, że robił coś za jej plecami, że w każdej chwili mogło mu ponownie odpierdolić. Że gdyby kiedykolwiek powtórzyła się tamta sytuacja sprzed kilku lat, Geraldine miałaby święte prawo założyć, że ponownie postanowił ją porzucić. A on nie mógłby nic z tym zrobić.
Prędzej czy później pojawiłyby się między nimi znaczne zgrzyty. Oczekiwania. Pierwsze żądania porzucenia dawnych założeń. Zmiany dawnych ustaleń. Mogli rozmawiać o noszeniu jej jako futrzanego kołnierza po Nokturnie czy po Ścieżkach, ale gdyby od niego tego zażądała, zasłaniając się obawami przed powtórką historii, lękiem przed porzuceniem...
...czy byłby w stanie posunąć się do aż takich kompromisów? Aż tak mocnego działania wbrew sobie? Karmienia własnych najbardziej głębokich lęków przed tym, że mógłby ją wciągnąć w coś, co ściągnęłoby na nich tragedię? Zaangażować Geraldine w coś, co mogłoby ją zabić? Coś, przed czym chciał ją bronić a sam by ją na to naraził? Stając się twórcą własnej tragedii?
Zapętlił się w tym wszystkim. Pogubił się. Nie był w stanie nie lgnąć do niej, gdy była tuż obok niego. Nie potrafił o niej nie myśleć wtedy, kiedy była poza jego zasięgiem. Jednocześnie chciał i nie chciał tej drugiej szansy. Chciał i nie chciał tego, co z pozoru mieli na wyciągnięcie ręki, bo przecież w dalszym ciągu się kochali.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał, ale świadomość, że nie było dla nich powrotu do przeszłości. Że musieliby zbudować sobie wszystko zupełnie na nowo. Że nie miałby już aż tyle do powiedzenia w zakresie tego, gdzie stawiał granicę, bo sam dał dziewczynie prawo do ich przesuwania. To było dla niego zbyt wiele.
Sam dał jej bicz na siebie, sam go sobie ukręcił, ale jednocześnie to nie tylko on miałby ponieść konsekwencje. Odczuć ciosy. Nie rozumiała tego, prawda? W dalszym ciągu nie mieli tu zgodności a ich obecna rzeczywistość nie sprzyjała spokojowi ducha. Wręcz przeciwnie.
Najrozsądniej było uciąć to już w tej chwili. Przełknąć gorycz, przeżyć odkładany w kółko moment pożegnania. Pozwolić sobie na tępy, ale jednocześnie piekący ból rozstania (ot, kolejny paradoks), żeby później nie musieć mierzyć się z tym, z czym nawet oni musieliby się zmierzyć, bo nie byłoby odwrotu.
A jednak znów to sobie robili. On to robił. Uśmiechnął się do niej nieznacznie, wzruszając ramionami.
- Tak i najprawdopodobniej tak - stwierdził tak po prostu, jednocześnie nie mogąc powstrzymać nagłego błysku w oku na dźwięk kolejnych słów Riny. - Doskonale - kiwnął głową, powoli podnosząc się z miejsca w celu podejścia do parapetu.
Tego, na którym prócz mokrych listów leżały też sterty papierzysk. Naprawdę całkiem pokaźne. Na tyle, że nie miał zamiaru przenosić ich ręcznie, wyciągając różdżkę, odchrząkując i machając nią w celu przelewitowania ich na podłogę przy krześle dziewczyny.
- Potrzebuję poprzybijać pieczątki w zaznaczonych miejscach. Nie wszędzie są w tych samych, więc zrobienie tego przy pomocy magii jest dosyć podstępne - odezwał się, kryjąc uśmiech pod nosem. - To nic takiego. Nie ma tam żadnych wrażliwych danych, więc nie musisz przejmować się, że trafisz na coś, co cię zaskoczy - nie to, żeby sądził, aby miała się tym przejąć, ale wolał uprzedzić Yaxleyównę, że nie miało to być zbyt fascynujące zajęcie.
Zero ciekawych informacji. Sto procent siedzenia na podłodze (bo przy biurku byłoby im dosyć ciasno) i uderzania pieczątką w kartkę, którą później on by podpisywał. Długi, naprawdę długi biurokratyczny wieczór. A właściwie to noc. Najnudniejsza wspólna noc w ich dotychczasowym życiu. Ale sama się na to pisała, nie?
Translokacja (I) - lewitacja pierwszego stosiku
Rzut O 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Translokacja (I) - lewitacja drugiego stosiku
Rzut O 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down