21.02.2025, 18:00 ✶
Zmarszczył czoło, spoglądając to na jedną, to na drugą kobietę. Wyraźnie oczekując jakiegokolwiek wyjaśnienia dotyczącego wydarzeń z Beltane, o których mówiły między sobą, bowiem o ile zdawał sobie sprawę z całego zamieszania, jakie wtedy wynikło, o tyle nie wiedział, co wydarzyło się wtedy w przypadku Geraldine. Nie rozmawiali o tym. Zresztą nie tylko o tym, od tygodnia pomijali całkiem sporo niewygodnych tematów. Mimo to nie pytał. W głębi duszy wiedział, że chyba wolał pozostawać we w miarę błogiej nieświadomości. Już i tak mierzył się ze stanowczo zbyt wieloma nowościami.
Zresztą nie było to aż takie znowu trudne do stwierdzenia, skoro dał się przekonać do tej wizyty. Gdyby był sobą, najpewniej nie miałoby to miejsca, bo raczej stanowczo oprotestowałby dzielenie się z kimkolwiek problemami tego typu. W dalszym ciągu upierałby się przy swoim, odpierając sugestie znalezienia pomocy z zewnątrz. Z drugiej strony, gdyby był zupełnie sobą zdecydowanie w ogóle nie potrzebowaliby tego wsparcia. Nie musieliby go szukać, bo w dalszym ciągu żyliby we względnie spokojny sposób.
No, jednak niektórych decyzji nie dało się cofnąć a niektórych faktów wygodnie pominąć. Aktualnie byli w zupełnie innym miejscu niż dwa lata temu. Nie tak złym jak półtora roku wstecz. Nie tak dramatycznym jak przez całe lato. Za to wcale nie łatwiejszym.
Zdecydowanie nie było mowy o tym, aby dał komukolwiek wejść mu do głowy. Świadomie zdecydowanie nie pozwoliłby na coś takiego. A prawdę mówiąc: na tym etapie i po wszystkim, co się wydarzyło, istniało bardzo znaczne prawdopodobieństwo, że i podświadomie wypierałby taką osobę z własnego umysłu. Nieważne, czy chciałaby mu zaszkodzić, czy wręcz przeciwnie - pomóc mu poradzić sobie z domniemanym przekleństwem.
Jeśli wcześniej wykazywał tendencje do bycia mentalnym głazem, obecnie najprawdopodobniej osiągał wyżyny w sztuce wyparcia. Nie w ten pozytywny sposób, o nie. Nie na zasadzie subtelnej mentalnej obrony przed kolejnymi ciosami. Nie wyrafinowanego nieuświadomionego talentu do oklumencji, o której uczeniu się zresztą nawet nigdy nie pomyślał. Nawet po sytuacji z dopplegangerem, jaka raczej powinna sprzyjać podobnym wnioskom. Nie.
Po doświadczeniach z demonem została mu wyłącznie naprawdę znaczna awersja do jakichkolwiek doświadczeń z magią mentalną. Yaxleyówna miała rację. Nie, to zdecydowanie nie było dla nich.
Nie od razu zwrócił uwagę na gest ze strony Geraldine. Dopiero po kilkunastu sekundach, może minucie, może trochę mniej, dostrzegł coś na kształt niewerbalnej inicjatywy? Zachęty, żeby odpowiedział tym samym? Wyciągnął ku niej rękę, powoli przesuwając palce po kanapie i wreszcie splatając je z jej własnymi. Bez patrzenia, bez słowa. A przecież podczas ich krótkiej rozmowy patrzył na nią zdecydowanie częściej niż na Florence czy (o dziwo) nawet na ścianę, sufit albo za okno. Tego wieczoru nie próbował podtrzymywać wrażenia dystansu, jaki powinien panować między nimi w związku z ich aktualną sytuacją. To byłoby na tyle idiotyczne zachowanie, że nawet on zdawał sobie z tego sprawę (a umówmy się - zdecydowanie nie był mistrzem introspekcji) i nie usiłował wmówić otoczeniu, że był tu zupełnie bez powodu.
Nie. Pojawili się w konkretnym celu. W związku z myślą, która raczej wykluczała narrację postępującej obojętności, całkowitego braku emocjonalnego zaangażowania, nie bycia uwikłanym (tak, to było uwikłanie - tego też był świadomy) w trudne do określenia układy.
Tak, kiedyś bez problemu nazywane miłością. Obecnie jakoś ciężko było uwierzyć w to, że nie komplikowaną przez jakiekolwiek inne zewnętrzne siły.
Ale wyjątkowo nie zamierzał z tym dyskutować. Przeciwnie. Zamiast być wyjątkowo przekonanym o swojej racji, aktywnym uczestnikiem rozmowy zadającym kolejne pytania i kwestionującym każdą odpowiedź, on był...
...no cóż...
...trudno było mu to teraz nazwać, szczególnie że nie zamierzał dopuszczać do siebie myśli, że mógł sprawiać wrażenie kogoś, kto naprawdę nie chciał tu być i dostrzegalnie nie czuł się komfortowo z koniecznością odbycia tej wizyty. W takiej a nie innej formie, w takim a nie innym celu, z taką a nie inną osobą.
Z całym niezaprzeczalnym szacunkiem i uznaniem, jaki miał do profesjonalizmu Florence; chodziło wyłącznie o to, że nie rozmawiał z... ...no cóż... ...z kimkolwiek odnośnie swoich wewnętrznych przeżyć. Nie miał tendencji do dzielenia się swoimi problemami. Spostrzeżeniami jak najbardziej, zwłaszcza wtedy, gdy nie dotyczyły jego samego. Ale nie własnymi trudnościami.
Miał w zwyczaju dusić to w sobie. Być może zbyt mocno, zdecydowanie niezdrowo, co najpewniej miało w przyszłości odbić się na jego zdrowiu. Wykitowaniu na serce czy coś w tym rodzaju. Choć usilnie starał się sprawiać zupełnie inne wrażenie, już teraz te ostatnie dwa lata wyraźnie się na nim odbiły. Może nie było to aż tak dostrzegalne na pierwszy przelotny rzut oka, ale gdzieniegdzie te jaśniejsze pasma w jego rozjaśnionych od słońca włosach wcale nie były wynikiem częstego przebywania na dworze. Nie musiał też już specjalnie mrużyć oczu, by w ich kącikach rysowała się pajęcza siateczka zmarszczek. Chwilowo dosyć drobnych, ale bez wątpienia przedwczesnych.
Choć czy aby na pewno? Dziś zdecydowanie czuł się staro. Stary i nieprzystosowany. Niechętny do dialogu.
Przy tym wszystkim, co działo się dookoła, cholernie trudno było mu nie wierzyć w to, że nie padła na nich żadna klątwa. Że nie zwalili jej sobie na głowę tamtą nieszczęsną wizytą w opuszczonym dworku. Że wszystko, co się działo było wynikiem przekory losu, ich własnych decyzji, przeświadczeń, zdrowych bądź też raczej niezdrowych tendencji...
...dosyć ciężko było tak po prostu zaakceptować, że hej, może to ja jestem moim największym problemem, być może w tym wypadku faktycznie zawsze chodziło o mnie, tu rzeczywiście jestem największą gwiazdą własnych dramatów. To nie było coś, co Ambroise chciałby do siebie dopuścić.
O słodka ironio, jednocześnie od półtora roku przyjmując całkiem zbieżną a nawet dużo bardziej przerysowaną narrację, według której jego dziewczyna miała być szczęśliwsza, spokojniejsza i zdecydowanie bezpieczniejsza bez niego. Bez jego zamierzchłych, pochopnie podejmowanych młodzieńczych decyzji, które wróciły z hukiem, wyraźnie dając o sobie znać w ostatnim czasie. Bez jego powiązań z ludźmi, z którymi nie chciał, żeby miała do czynienia. Bez całego tego chłamu. Po prostu bez niego.
Tak. W rzeczy samej, był to naprawdę solidny materiał do przepracowania na terapii. Zarówno tej dla niedoszłych małżeństw (w końcu nadal nie pozbył się symbolu własnej zaręczynowej porażki, kitrając go głęboko w szufladzie) par, czy to indywidualnej.
Tyle tylko, że nawet, gdyby korzystanie z wsparcia specjalistów w tym zakresie było choć trochę bardziej powszechne w ich środowisku. Nieco bardziej popularne, owiane mniej złą sławą, traktowane z mniejszą pogardą i wstrętem, to wciąż trudno byłoby powiedzieć, że Ambroise Greengrass dałby się zaciągnąć do gabinetu.
Być może jednokrotnie tak. Dokładnie na tej samej zasadzie, na której tego wieczoru trafili do Florence. Z pewnością nie wyszłoby to od niego, ale dałby się przekonać, nawet wbrew sobie, mając przecież dobre intencje. Tyle tylko, że drugiego razu by już nie było.
Mimo medycznego podłoża, specjalistów z Lecznicy Dusz uważał raczej za podobny sort, co szarlatanów hipnotyzerów czy innych hochsztaplerów odstawiających mentalne mumbo jumbo. Będąc racjonalnym, odpowiedzialnym, zdrowym na umyśle (mhm), raczej powszechnie poważanym człowiekiem nie potrzebował czegoś takiego.
Prawdę mówiąc, podświadomie pewnie wolałby, żeby Florence wymamrotała kilka przypadkowych słów w obcym języku. Splunęła trzy raz przez lewe ramię, pogmerała chwilę butem w dywanie, machnęła różdżką, wcisnęła im po liściu w usta i nazwała to dniem, od którego klątwa już nie działa. Mogłaby mu nawet kazać nosić przy sobie kawałek stwardniałego kitu do parkietu. Pewnie by tego nie kwestionował. W końcu mimo wszystko uważał ją za wybitnego specjalistę w dziedzinie klątwołamania.
Ale terapia?
Lepiej, że tego nie zasugerowała.
Tym bardziej, że już i tak uważał tę wizytę za całkowicie niepotrzebną, nieprzydatną i nie będącą niczym więcej niż wyciąganiem swoich brudów na wierzch. Nie potrzebował iść do innego specjalisty, by ten dał mu te same doświadczenia.
Jeśli ta więź była w istocie wyłącznie miłością to chyba po prostu nie potrafił kochać we właściwy sposób. Tak, aby wszystko samo się układało. Tak, by było właściwie.
Jeśli ta więź była w istocie wyłącznie miłością to w tym momencie miał wrażenie bycia największym sabotażystą nie tylko własnego szczęścia, ale przede wszystkim szczęścia osoby, którą kochał. A to było naprawdę parszywe uczucie.
O zgrozo, choć zazwyczaj brał odpowiedzialność za swoje czyny, tym razem wolałby, by to była klątwa. Bo z klątwą zazwyczaj dało się cokolwiek zrobić. Ze sobą? No nie, nawet jeśli już kiedyś przecież starał się to zrobić.
Teraz nie podejmując już tej walki. Milcząc, może trochę dostrzegalnie uciekając myślami, odrobinę zwieszając głowę, wykrzywiając wargi w rozgoryczonym grymasie na kształt gorzkiego półuśmiechu. Bycie swoją własną klątwą było męczące.
Zresztą nie było to aż takie znowu trudne do stwierdzenia, skoro dał się przekonać do tej wizyty. Gdyby był sobą, najpewniej nie miałoby to miejsca, bo raczej stanowczo oprotestowałby dzielenie się z kimkolwiek problemami tego typu. W dalszym ciągu upierałby się przy swoim, odpierając sugestie znalezienia pomocy z zewnątrz. Z drugiej strony, gdyby był zupełnie sobą zdecydowanie w ogóle nie potrzebowaliby tego wsparcia. Nie musieliby go szukać, bo w dalszym ciągu żyliby we względnie spokojny sposób.
No, jednak niektórych decyzji nie dało się cofnąć a niektórych faktów wygodnie pominąć. Aktualnie byli w zupełnie innym miejscu niż dwa lata temu. Nie tak złym jak półtora roku wstecz. Nie tak dramatycznym jak przez całe lato. Za to wcale nie łatwiejszym.
Zdecydowanie nie było mowy o tym, aby dał komukolwiek wejść mu do głowy. Świadomie zdecydowanie nie pozwoliłby na coś takiego. A prawdę mówiąc: na tym etapie i po wszystkim, co się wydarzyło, istniało bardzo znaczne prawdopodobieństwo, że i podświadomie wypierałby taką osobę z własnego umysłu. Nieważne, czy chciałaby mu zaszkodzić, czy wręcz przeciwnie - pomóc mu poradzić sobie z domniemanym przekleństwem.
Jeśli wcześniej wykazywał tendencje do bycia mentalnym głazem, obecnie najprawdopodobniej osiągał wyżyny w sztuce wyparcia. Nie w ten pozytywny sposób, o nie. Nie na zasadzie subtelnej mentalnej obrony przed kolejnymi ciosami. Nie wyrafinowanego nieuświadomionego talentu do oklumencji, o której uczeniu się zresztą nawet nigdy nie pomyślał. Nawet po sytuacji z dopplegangerem, jaka raczej powinna sprzyjać podobnym wnioskom. Nie.
Po doświadczeniach z demonem została mu wyłącznie naprawdę znaczna awersja do jakichkolwiek doświadczeń z magią mentalną. Yaxleyówna miała rację. Nie, to zdecydowanie nie było dla nich.
Nie od razu zwrócił uwagę na gest ze strony Geraldine. Dopiero po kilkunastu sekundach, może minucie, może trochę mniej, dostrzegł coś na kształt niewerbalnej inicjatywy? Zachęty, żeby odpowiedział tym samym? Wyciągnął ku niej rękę, powoli przesuwając palce po kanapie i wreszcie splatając je z jej własnymi. Bez patrzenia, bez słowa. A przecież podczas ich krótkiej rozmowy patrzył na nią zdecydowanie częściej niż na Florence czy (o dziwo) nawet na ścianę, sufit albo za okno. Tego wieczoru nie próbował podtrzymywać wrażenia dystansu, jaki powinien panować między nimi w związku z ich aktualną sytuacją. To byłoby na tyle idiotyczne zachowanie, że nawet on zdawał sobie z tego sprawę (a umówmy się - zdecydowanie nie był mistrzem introspekcji) i nie usiłował wmówić otoczeniu, że był tu zupełnie bez powodu.
Nie. Pojawili się w konkretnym celu. W związku z myślą, która raczej wykluczała narrację postępującej obojętności, całkowitego braku emocjonalnego zaangażowania, nie bycia uwikłanym (tak, to było uwikłanie - tego też był świadomy) w trudne do określenia układy.
Tak, kiedyś bez problemu nazywane miłością. Obecnie jakoś ciężko było uwierzyć w to, że nie komplikowaną przez jakiekolwiek inne zewnętrzne siły.
Ale wyjątkowo nie zamierzał z tym dyskutować. Przeciwnie. Zamiast być wyjątkowo przekonanym o swojej racji, aktywnym uczestnikiem rozmowy zadającym kolejne pytania i kwestionującym każdą odpowiedź, on był...
...no cóż...
...trudno było mu to teraz nazwać, szczególnie że nie zamierzał dopuszczać do siebie myśli, że mógł sprawiać wrażenie kogoś, kto naprawdę nie chciał tu być i dostrzegalnie nie czuł się komfortowo z koniecznością odbycia tej wizyty. W takiej a nie innej formie, w takim a nie innym celu, z taką a nie inną osobą.
Z całym niezaprzeczalnym szacunkiem i uznaniem, jaki miał do profesjonalizmu Florence; chodziło wyłącznie o to, że nie rozmawiał z... ...no cóż... ...z kimkolwiek odnośnie swoich wewnętrznych przeżyć. Nie miał tendencji do dzielenia się swoimi problemami. Spostrzeżeniami jak najbardziej, zwłaszcza wtedy, gdy nie dotyczyły jego samego. Ale nie własnymi trudnościami.
Miał w zwyczaju dusić to w sobie. Być może zbyt mocno, zdecydowanie niezdrowo, co najpewniej miało w przyszłości odbić się na jego zdrowiu. Wykitowaniu na serce czy coś w tym rodzaju. Choć usilnie starał się sprawiać zupełnie inne wrażenie, już teraz te ostatnie dwa lata wyraźnie się na nim odbiły. Może nie było to aż tak dostrzegalne na pierwszy przelotny rzut oka, ale gdzieniegdzie te jaśniejsze pasma w jego rozjaśnionych od słońca włosach wcale nie były wynikiem częstego przebywania na dworze. Nie musiał też już specjalnie mrużyć oczu, by w ich kącikach rysowała się pajęcza siateczka zmarszczek. Chwilowo dosyć drobnych, ale bez wątpienia przedwczesnych.
Choć czy aby na pewno? Dziś zdecydowanie czuł się staro. Stary i nieprzystosowany. Niechętny do dialogu.
Przy tym wszystkim, co działo się dookoła, cholernie trudno było mu nie wierzyć w to, że nie padła na nich żadna klątwa. Że nie zwalili jej sobie na głowę tamtą nieszczęsną wizytą w opuszczonym dworku. Że wszystko, co się działo było wynikiem przekory losu, ich własnych decyzji, przeświadczeń, zdrowych bądź też raczej niezdrowych tendencji...
...dosyć ciężko było tak po prostu zaakceptować, że hej, może to ja jestem moim największym problemem, być może w tym wypadku faktycznie zawsze chodziło o mnie, tu rzeczywiście jestem największą gwiazdą własnych dramatów. To nie było coś, co Ambroise chciałby do siebie dopuścić.
O słodka ironio, jednocześnie od półtora roku przyjmując całkiem zbieżną a nawet dużo bardziej przerysowaną narrację, według której jego dziewczyna miała być szczęśliwsza, spokojniejsza i zdecydowanie bezpieczniejsza bez niego. Bez jego zamierzchłych, pochopnie podejmowanych młodzieńczych decyzji, które wróciły z hukiem, wyraźnie dając o sobie znać w ostatnim czasie. Bez jego powiązań z ludźmi, z którymi nie chciał, żeby miała do czynienia. Bez całego tego chłamu. Po prostu bez niego.
Tak. W rzeczy samej, był to naprawdę solidny materiał do przepracowania na terapii. Zarówno tej dla niedoszłych małżeństw (w końcu nadal nie pozbył się symbolu własnej zaręczynowej porażki, kitrając go głęboko w szufladzie) par, czy to indywidualnej.
Tyle tylko, że nawet, gdyby korzystanie z wsparcia specjalistów w tym zakresie było choć trochę bardziej powszechne w ich środowisku. Nieco bardziej popularne, owiane mniej złą sławą, traktowane z mniejszą pogardą i wstrętem, to wciąż trudno byłoby powiedzieć, że Ambroise Greengrass dałby się zaciągnąć do gabinetu.
Być może jednokrotnie tak. Dokładnie na tej samej zasadzie, na której tego wieczoru trafili do Florence. Z pewnością nie wyszłoby to od niego, ale dałby się przekonać, nawet wbrew sobie, mając przecież dobre intencje. Tyle tylko, że drugiego razu by już nie było.
Mimo medycznego podłoża, specjalistów z Lecznicy Dusz uważał raczej za podobny sort, co szarlatanów hipnotyzerów czy innych hochsztaplerów odstawiających mentalne mumbo jumbo. Będąc racjonalnym, odpowiedzialnym, zdrowym na umyśle (mhm), raczej powszechnie poważanym człowiekiem nie potrzebował czegoś takiego.
Prawdę mówiąc, podświadomie pewnie wolałby, żeby Florence wymamrotała kilka przypadkowych słów w obcym języku. Splunęła trzy raz przez lewe ramię, pogmerała chwilę butem w dywanie, machnęła różdżką, wcisnęła im po liściu w usta i nazwała to dniem, od którego klątwa już nie działa. Mogłaby mu nawet kazać nosić przy sobie kawałek stwardniałego kitu do parkietu. Pewnie by tego nie kwestionował. W końcu mimo wszystko uważał ją za wybitnego specjalistę w dziedzinie klątwołamania.
Ale terapia?
Lepiej, że tego nie zasugerowała.
Tym bardziej, że już i tak uważał tę wizytę za całkowicie niepotrzebną, nieprzydatną i nie będącą niczym więcej niż wyciąganiem swoich brudów na wierzch. Nie potrzebował iść do innego specjalisty, by ten dał mu te same doświadczenia.
Jeśli ta więź była w istocie wyłącznie miłością to chyba po prostu nie potrafił kochać we właściwy sposób. Tak, aby wszystko samo się układało. Tak, by było właściwie.
Jeśli ta więź była w istocie wyłącznie miłością to w tym momencie miał wrażenie bycia największym sabotażystą nie tylko własnego szczęścia, ale przede wszystkim szczęścia osoby, którą kochał. A to było naprawdę parszywe uczucie.
O zgrozo, choć zazwyczaj brał odpowiedzialność za swoje czyny, tym razem wolałby, by to była klątwa. Bo z klątwą zazwyczaj dało się cokolwiek zrobić. Ze sobą? No nie, nawet jeśli już kiedyś przecież starał się to zrobić.
Teraz nie podejmując już tej walki. Milcząc, może trochę dostrzegalnie uciekając myślami, odrobinę zwieszając głowę, wykrzywiając wargi w rozgoryczonym grymasie na kształt gorzkiego półuśmiechu. Bycie swoją własną klątwą było męczące.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down