21.02.2025, 22:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:53 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Słysząc słowa padające z ust dziewczyny, nie potrafił powstrzymać wyjątkowo zadowolonego uśmieszku, jaki mimowolnie wypełznął mu na wargi. Bezwiednie drgnęły mu kąciki ust. Podświadomie zabłyszczały mu oczy. Tak. Być może jeszcze moment wcześniej w pomieszczeniu panowała naprawdę ciężka i posępna, bardzo melancholijna atmosfera, jednak chyba powoli stawało się to przeszłością.
Teraźniejszość wyglądała inaczej. Miała pikantno-słodkawy posmak rozbawienia. Wywoływała łobuzerski błysk w oczach. To jedno mrugnięcie okiem w kierunku Geraldine, stłumiony przypływ rozbawienia, może nawet cichego śmiechu, który sam cisnął mu się do gardła. Zgadza się, wrabiał ją. Całkiem bezczelnie angażował Yaxleyównę w jedną z jego ulubionych czynności. Nie potrafiąc nie wyglądać przy tym jak knuj. To było silniejsze od niego.
Bardzo nieznacznie rozłożył ręce, wzruszając ramionami i być może przez to odrobinę zbyt mocno się rozpraszając. Na tyle, że pierwsza kupka dokumentów nie doleciała we właściwe miejsce. Uderzyła o podłogę kilkanaście centymetrów od właściwego punktu, sunąc po niej i obijając się o nogi krzesła zajmowanego przez panienkę Yaxley.
Roise nie potrafił być z tego jednak tak bardzo niezadowolony, aby jakkolwiek to skomentować. Wręcz przeciwnie. Wmanipulowanie jego ponętnej pojętnej pomocnicy w tę czynność w dalszym ciągu trochę zbyt mocno go bawiło. Być może było wyłącznie naprawdę niską i godną politowania zagrywką, żeby zatrzymać ją przy sobie jeszcze na co najmniej dwie czy trzy godziny. W zależności od tego jak sprawna i zaangażowana by była. A jednak w tym momencie nie patrzył na to w takich kategoriach.
Może nie przyznałby tego na głos, ale gdzieś w głębi duszy na swój sposób cieszył się z tego obrotu spraw. Być może w dalszym ciągu niepokoiły i martwiły go lęki Geraldine, zdecydowanie nie zamierzał ich jej wytykać, wyśmiewać rzekomego braku rozsądku, bezpodstawności założeń, że kiedykolwiek mógłby o niej zapomnieć. A jednak ze wszystkich scenariuszy, jakie mogły się wydarzyć w związku z tym, ten był chyba najlepszy.
Pierwszy raz od dawna obrócił się na ich korzyść. A była to zasługa tej całej szczerości, jaka padła z ust dziewczyny. Przełamania się zarówno pod względem niechęci do wizyt w Mungu, jak i mówienia o czymś, co mogło zostać uważane za słabość. Choć przecież wiedziała. Powinna wiedzieć, prawda? Musiała.
Chwile takie jak ta udowadniały, że jeszcze nie wszystkie granice zostały przez nich przekroczone. Nawet jeśli niektóre pochopnie wypowiedziane słowa, jakie zdążyły paść między nimi podczas pierwszej (zdecydowanie najostrzejszej) kłótni uderzyły w same podstawy tego, czym kiedyś byli. Nie wyśmiałby jej. Nie zrobiłby tego.
Za to teraz? Teraz w dalszym ciągu się uśmiechał. Zwłaszcza słysząc to pytanie. Oj, zdecydowanie się wkopała, desperacko poszukując sposobu na to, żeby uczynić przydzielone jej zadanie nieco bardziej ciekawym. Uroczo, naprawdę uroczo naiwne podejście. Zupełnie tak, jakby biurokracja mogła być trochę przyjemniejsza.
Parsknął pod nosem, po czym odchrzaknął.
Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, zupełnie nieświadomie drapiąc się przy tym brodą w obojczyk. Zginając szyję, przejeżdżając podbródkiem po materiale służbowego uniformu i w skupieniu starając się powrócić myślami do wyglądu tych gównianych papierów, w które całkowicie świadomie wkopał dziewczynę. Usiłował przypomnieć sobie, co się w nich dokładnie znajdowało, choć teoretycznie wcale nie musiał tego robić. Wystarczyłaby jakaś mniej lub bardziej ogólnikowa odpowiedź, zwłaszcza że za chwilę i tak mieli przekonać się o tym w praktyce.
Mimo to, to był jego pierwszy dyżur w pracy po tygodniu urlopu. Niby niewiele. W przeszłości zdarzało mu się brać znacznie dłuższe wolne. Może nie wtedy, kiedy był singlem. Wtedy raczej kumulował te wszystkie dni wolne, nie wykorzystując ich praktycznie z żadnej okazji. Bez okazji tym bardziej nie.
Mung miał na tyle duże braki kadrowe, że przez dłuższy czas nie tylko uchodziło mu to na sucho, lecz było wręcz niezmiernie mile widziane. Nikt nie gonił go o to, aby na siłę nie przychodził do pracy, zwłaszcza, że był jednym z najbardziej aktywnych uzdrowicieli w tej instytucji. Praktycznie nie odmawiał dodatkowych dyżurów, nadgodzin czy nagłych zamian.
To poniekąd uległo zmianie na wiele lat. Być może nie z dnia na dzień. Potrzebował czasu, aby przyzwyczaić się do tego, że nie był już całkowicie sam. Nie od razu wyzbył się pracoholicznych czy po prostu kawalerskich nawyków. Nie dało się jednak ukryć, że gdy zaczęli ze sobą być, miał całkiem sporo wolnego do wykorzystania. Skrzętnie zbieranego przez czas, gdy nie czuł potrzeby, aby z niego korzystać.
To uległo zmianie. Może nie do końca ku zadowoleniu otoczenia przywykłego do tego, że Ambroise Greengrass raczej nie zwykł odmawiać zmian w szpitalu. Jednakże bez wątpienia w związku z jego własnym szczęściem. Tym prawdziwym. Może nieoczekiwanym, być może zaskakującym, ale upragnionym.
Miał dom, do którego chciał, nie zaś musiał (abstrahując od tego, że nic nie musiał) wracać. W późniejszych latach niemalże coś na kształt rodziny zmierzającej ku jednemu. Ku ich idealnej przyszłości, ku szczęściu, jakie osiągnęli na tyle, żeby móc przelewać je dalej.
Teraz wrócił do punktu wyjścia. Do momentu, w którym tydzień urlopu był dla niego niemal zbytkiem wolnego. Czasem, po którym miał problem odnaleźć się w swoich standardowych zajęciach, choć zdecydowanie nie powinno tak być. Był jednak cholernie rozproszony. Obecność Geraldine bez wątpienia wyłącznie dodatkowo nie pozwalała mu skupić się na myśleniu.
W końcu wzruszył ramionami, postanawiając nie ukrywać dłużej tego, że...
- Tak właściwie to nie wiem. To są bardzo stare papiery - tak, angażował ją w coś, co nawet nie było szczególnie pilne i w tym momencie zdecydowanie się do tego przyznawał; jednocześnie lewitując do niej drugą kupkę dokumentów, tym razem już znacznie zgrabniej stawiając ją tuż obok dziewczyny, która zdążyła usiąść na podłodze.
- Sekunda - uniósł dłoń, szukając wzrokiem wspomnianej pieczątki i nie jednego a dwóch piór, żeby zabrać je z biurka.
W końcu nie zamierzał siedzieć przy nim jak pan i władca gabinetu, pozwalając dziewczynie samej rozkładać się na podłodze. Bez chwili zastanowienia przysiadł tuż na przeciwko niej, wychylając się, żeby podać jej oba przedmioty. Odruchowo niemal nastawiając się przy tym do pocałunku, ale w ostatniej chwili cofając głowę. Mieli się od siebie dystansować, czyż nie?
Zaczynali dziś.
Stłumił westchnienie.
- Tak właściwie... ...w sumie... ...to zależy, czy czujesz się na siłach. Mogłabyś przy okazji co nieco przepisać. Kilka osób z pewnością odczułoby ulgę - stwierdził po chwili, znowu uśmiechając się pod nosem.
Tak, medyczne pismo robiło swoje, ale nie wszyscy jego współpracownicy potrafili radzić sobie z hieroglifami tego typu. Bez wątpienia nie zaszkodziłoby co nieco poprawić.
Teraźniejszość wyglądała inaczej. Miała pikantno-słodkawy posmak rozbawienia. Wywoływała łobuzerski błysk w oczach. To jedno mrugnięcie okiem w kierunku Geraldine, stłumiony przypływ rozbawienia, może nawet cichego śmiechu, który sam cisnął mu się do gardła. Zgadza się, wrabiał ją. Całkiem bezczelnie angażował Yaxleyównę w jedną z jego ulubionych czynności. Nie potrafiąc nie wyglądać przy tym jak knuj. To było silniejsze od niego.
Bardzo nieznacznie rozłożył ręce, wzruszając ramionami i być może przez to odrobinę zbyt mocno się rozpraszając. Na tyle, że pierwsza kupka dokumentów nie doleciała we właściwe miejsce. Uderzyła o podłogę kilkanaście centymetrów od właściwego punktu, sunąc po niej i obijając się o nogi krzesła zajmowanego przez panienkę Yaxley.
Roise nie potrafił być z tego jednak tak bardzo niezadowolony, aby jakkolwiek to skomentować. Wręcz przeciwnie. Wmanipulowanie jego ponętnej pojętnej pomocnicy w tę czynność w dalszym ciągu trochę zbyt mocno go bawiło. Być może było wyłącznie naprawdę niską i godną politowania zagrywką, żeby zatrzymać ją przy sobie jeszcze na co najmniej dwie czy trzy godziny. W zależności od tego jak sprawna i zaangażowana by była. A jednak w tym momencie nie patrzył na to w takich kategoriach.
Może nie przyznałby tego na głos, ale gdzieś w głębi duszy na swój sposób cieszył się z tego obrotu spraw. Być może w dalszym ciągu niepokoiły i martwiły go lęki Geraldine, zdecydowanie nie zamierzał ich jej wytykać, wyśmiewać rzekomego braku rozsądku, bezpodstawności założeń, że kiedykolwiek mógłby o niej zapomnieć. A jednak ze wszystkich scenariuszy, jakie mogły się wydarzyć w związku z tym, ten był chyba najlepszy.
Pierwszy raz od dawna obrócił się na ich korzyść. A była to zasługa tej całej szczerości, jaka padła z ust dziewczyny. Przełamania się zarówno pod względem niechęci do wizyt w Mungu, jak i mówienia o czymś, co mogło zostać uważane za słabość. Choć przecież wiedziała. Powinna wiedzieć, prawda? Musiała.
Chwile takie jak ta udowadniały, że jeszcze nie wszystkie granice zostały przez nich przekroczone. Nawet jeśli niektóre pochopnie wypowiedziane słowa, jakie zdążyły paść między nimi podczas pierwszej (zdecydowanie najostrzejszej) kłótni uderzyły w same podstawy tego, czym kiedyś byli. Nie wyśmiałby jej. Nie zrobiłby tego.
Za to teraz? Teraz w dalszym ciągu się uśmiechał. Zwłaszcza słysząc to pytanie. Oj, zdecydowanie się wkopała, desperacko poszukując sposobu na to, żeby uczynić przydzielone jej zadanie nieco bardziej ciekawym. Uroczo, naprawdę uroczo naiwne podejście. Zupełnie tak, jakby biurokracja mogła być trochę przyjemniejsza.
Parsknął pod nosem, po czym odchrzaknął.
Zastanawiał się przez dłuższą chwilę, zupełnie nieświadomie drapiąc się przy tym brodą w obojczyk. Zginając szyję, przejeżdżając podbródkiem po materiale służbowego uniformu i w skupieniu starając się powrócić myślami do wyglądu tych gównianych papierów, w które całkowicie świadomie wkopał dziewczynę. Usiłował przypomnieć sobie, co się w nich dokładnie znajdowało, choć teoretycznie wcale nie musiał tego robić. Wystarczyłaby jakaś mniej lub bardziej ogólnikowa odpowiedź, zwłaszcza że za chwilę i tak mieli przekonać się o tym w praktyce.
Mimo to, to był jego pierwszy dyżur w pracy po tygodniu urlopu. Niby niewiele. W przeszłości zdarzało mu się brać znacznie dłuższe wolne. Może nie wtedy, kiedy był singlem. Wtedy raczej kumulował te wszystkie dni wolne, nie wykorzystując ich praktycznie z żadnej okazji. Bez okazji tym bardziej nie.
Mung miał na tyle duże braki kadrowe, że przez dłuższy czas nie tylko uchodziło mu to na sucho, lecz było wręcz niezmiernie mile widziane. Nikt nie gonił go o to, aby na siłę nie przychodził do pracy, zwłaszcza, że był jednym z najbardziej aktywnych uzdrowicieli w tej instytucji. Praktycznie nie odmawiał dodatkowych dyżurów, nadgodzin czy nagłych zamian.
To poniekąd uległo zmianie na wiele lat. Być może nie z dnia na dzień. Potrzebował czasu, aby przyzwyczaić się do tego, że nie był już całkowicie sam. Nie od razu wyzbył się pracoholicznych czy po prostu kawalerskich nawyków. Nie dało się jednak ukryć, że gdy zaczęli ze sobą być, miał całkiem sporo wolnego do wykorzystania. Skrzętnie zbieranego przez czas, gdy nie czuł potrzeby, aby z niego korzystać.
To uległo zmianie. Może nie do końca ku zadowoleniu otoczenia przywykłego do tego, że Ambroise Greengrass raczej nie zwykł odmawiać zmian w szpitalu. Jednakże bez wątpienia w związku z jego własnym szczęściem. Tym prawdziwym. Może nieoczekiwanym, być może zaskakującym, ale upragnionym.
Miał dom, do którego chciał, nie zaś musiał (abstrahując od tego, że nic nie musiał) wracać. W późniejszych latach niemalże coś na kształt rodziny zmierzającej ku jednemu. Ku ich idealnej przyszłości, ku szczęściu, jakie osiągnęli na tyle, żeby móc przelewać je dalej.
Teraz wrócił do punktu wyjścia. Do momentu, w którym tydzień urlopu był dla niego niemal zbytkiem wolnego. Czasem, po którym miał problem odnaleźć się w swoich standardowych zajęciach, choć zdecydowanie nie powinno tak być. Był jednak cholernie rozproszony. Obecność Geraldine bez wątpienia wyłącznie dodatkowo nie pozwalała mu skupić się na myśleniu.
W końcu wzruszył ramionami, postanawiając nie ukrywać dłużej tego, że...
- Tak właściwie to nie wiem. To są bardzo stare papiery - tak, angażował ją w coś, co nawet nie było szczególnie pilne i w tym momencie zdecydowanie się do tego przyznawał; jednocześnie lewitując do niej drugą kupkę dokumentów, tym razem już znacznie zgrabniej stawiając ją tuż obok dziewczyny, która zdążyła usiąść na podłodze.
- Sekunda - uniósł dłoń, szukając wzrokiem wspomnianej pieczątki i nie jednego a dwóch piór, żeby zabrać je z biurka.
W końcu nie zamierzał siedzieć przy nim jak pan i władca gabinetu, pozwalając dziewczynie samej rozkładać się na podłodze. Bez chwili zastanowienia przysiadł tuż na przeciwko niej, wychylając się, żeby podać jej oba przedmioty. Odruchowo niemal nastawiając się przy tym do pocałunku, ale w ostatniej chwili cofając głowę. Mieli się od siebie dystansować, czyż nie?
Zaczynali dziś.
Stłumił westchnienie.
- Tak właściwie... ...w sumie... ...to zależy, czy czujesz się na siłach. Mogłabyś przy okazji co nieco przepisać. Kilka osób z pewnością odczułoby ulgę - stwierdził po chwili, znowu uśmiechając się pod nosem.
Tak, medyczne pismo robiło swoje, ale nie wszyscy jego współpracownicy potrafili radzić sobie z hieroglifami tego typu. Bez wątpienia nie zaszkodziłoby co nieco poprawić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down