21.02.2025, 23:34 ✶
Niezrozumienie własnych uczuć było ciężkie, ale Laurent udowadniał mu, że istniało coś o wiele cięższego niż to. Poczucie winy rosło w nim jak rak. Chyba nic w obliczu tego co mu ofiarowano, nie rozgrzeszy go za te wszystkie słowa, jakie powiedział do innych, za te wszystkie paskudne czyny i gesty, za to... Za to co się działo. Ten chłopak był spełnieniem jego marzeń. Niby gdzieś z tyłu głowy ze snu budziła się logika - że mógł być ideałem, ale przecież pojawił się w ciężkim momencie jego życia i nikt nie powinien oczekiwać od niego, że sobie nagle to życie w pełni poukłada w miesiąc, ale przecież bardzo często mówił rzeczy pozbawione jakiegokolwiek polotu, nie potrafiłby być jakimś arystokratycznym bibliotekarzem, czy kogokolwiek ktoś pokroju Laurenta mógł sobie wyśnić. Był za to naprawdę skrzywdzonym, ale i okrutnym człowiekiem z niewyparzonym językiem. Raz milczał zupełnie, raz mówił rzeczy, których żałował na następny dzień i nie mógł pogodzić się z wymiarem własnej głupoty.
Chyba nie istniał większy samolub od niego jeżeli wiedząc to wszystko, wciąż śmiał leżeć obok i zwierzać się z żalu towarzyszącego śmierci swojego idealnego kochanka. Kochanka, który go jednocześnie kochał i go nie chciał. Nic dziwnego w sumie. Jak się go za dobrze znało i rozumiało procesy zachodzące w tym niemal pustym łbie, to jak człowiek miał zaprzepaścić dla niego całe swoje życie? On nie dawał stabilności, bo się nigdzie nie czuł jak w domu.
Chociaż... może przy nim...
Kiedy prosił go o powrót, wciąż nie potrafił nazwać tego domu ich domem, ale to miejsce było ostoją chwil pełnych spokoju i coraz głębszego zrozumienia. To było miejsce, w którym nie trzeba było aż tak udawać, kryć się, bronić, bo Laurent czuł się tam swobodnie i wszystko wyglądało inaczej. Nie miał takich sztywnych pleców, nie zadzierał podbródka. Oboje pokazywali swoją bardziej ludzką twarz.
- Kochasz mnie... - powtórzył po nim - kiedy jestem tak paskudnym człowiekiem. - Musiał to wysyczeć przez zaciśnięte zęby. - Laurent, moja szyja, ja... - Znów uciekał spojrzeniem tak, żeby patrzeć gdzieś... gdziekolwiek tylko nie w jego oczy. - Nie wiem nawet jak i co miałbym ci o tym powiedzieć. Obiecałem ci absolutnie kurwa wszystko - załkał, na moment zasłaniając twarz ręką, przez co jego słowa były jeszcze bardziej niewyraźne - ale ja jestem takim pustym śmieciem. - Bezużytecznym śmieciem, dodałby, ale to słowo było zbyt długie, żeby w ogóle podjął się jego wymówienia. - Dlaczego... Ja... Nie umiem sobie wyobrazić tygodnia, w którym do ciebie nie wracam, więc nie wiem... Ale on nie zasługiwał na śmierć - plątał się już sam w tym wszystkim - był dobrym człowiekiem, ratował innych ludzi. Zawsze się dla innych poświęcał, ale i tak wiem, że umarł samotnie. - I to zakończenie wyjątkowo mu się nie podobało. - Mówię prawdę, kiedy ci paplam o tym, że cię wybrałem. Ale jak to z tym zestawiam to... Czy ty mi wierzysz?
Chyba nie istniał większy samolub od niego jeżeli wiedząc to wszystko, wciąż śmiał leżeć obok i zwierzać się z żalu towarzyszącego śmierci swojego idealnego kochanka. Kochanka, który go jednocześnie kochał i go nie chciał. Nic dziwnego w sumie. Jak się go za dobrze znało i rozumiało procesy zachodzące w tym niemal pustym łbie, to jak człowiek miał zaprzepaścić dla niego całe swoje życie? On nie dawał stabilności, bo się nigdzie nie czuł jak w domu.
Chociaż... może przy nim...
Kiedy prosił go o powrót, wciąż nie potrafił nazwać tego domu ich domem, ale to miejsce było ostoją chwil pełnych spokoju i coraz głębszego zrozumienia. To było miejsce, w którym nie trzeba było aż tak udawać, kryć się, bronić, bo Laurent czuł się tam swobodnie i wszystko wyglądało inaczej. Nie miał takich sztywnych pleców, nie zadzierał podbródka. Oboje pokazywali swoją bardziej ludzką twarz.
- Kochasz mnie... - powtórzył po nim - kiedy jestem tak paskudnym człowiekiem. - Musiał to wysyczeć przez zaciśnięte zęby. - Laurent, moja szyja, ja... - Znów uciekał spojrzeniem tak, żeby patrzeć gdzieś... gdziekolwiek tylko nie w jego oczy. - Nie wiem nawet jak i co miałbym ci o tym powiedzieć. Obiecałem ci absolutnie kurwa wszystko - załkał, na moment zasłaniając twarz ręką, przez co jego słowa były jeszcze bardziej niewyraźne - ale ja jestem takim pustym śmieciem. - Bezużytecznym śmieciem, dodałby, ale to słowo było zbyt długie, żeby w ogóle podjął się jego wymówienia. - Dlaczego... Ja... Nie umiem sobie wyobrazić tygodnia, w którym do ciebie nie wracam, więc nie wiem... Ale on nie zasługiwał na śmierć - plątał się już sam w tym wszystkim - był dobrym człowiekiem, ratował innych ludzi. Zawsze się dla innych poświęcał, ale i tak wiem, że umarł samotnie. - I to zakończenie wyjątkowo mu się nie podobało. - Mówię prawdę, kiedy ci paplam o tym, że cię wybrałem. Ale jak to z tym zestawiam to... Czy ty mi wierzysz?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.