30.01.2023, 19:16 ✶
Fergus za nic nie potrafił sobie przypomnieć, by ojciec kiedykolwiek prowadził podobną rozmowę z jego starszą siostrę. Miała większą swobodę, nie musiała przejmować się różdżkarstwem, ani tym bardziej reprymendami na temat swojego zachowania i życiowych wyborów. Pewnie spory wpływ na tę sytuacje miał fakt, że urodziła się córką i – prędzej, czy później – miała zmienić nazwisko, nie zwracając sobą takiej uwagi na rodzinę. Fergus jako jedyny syn i jednocześnie najstarszy chłopak spośród kuzynów został z góry naznaczony na dziedzica Ollivanderów, czy tego chciał, czy nie. A zdecydowanie ta perspektywa mu się nie podobała. Ojciec miał w głowie swoją własną wizję na temat jego życia, która nijak nie współgrała z rzeczywistością. Każde najdrobniejsze przewinienie, odstępstwo od normy, od razu uruchamiało w nim tryb dyktatora, który nie rozumiał odmowy. I dwudziestosześciolatek spodziewał się tej rozmowy, planując przetrwać ją w milczeniu, wpuszczając jednym uchem, a wypuszczając drugim słowa swojego rodzica. Kiwając głową i udając posłuszeństwo, a także skruchę z powodu, jak on to ujął, braku odpowiedzialności za swoje czyny i pracę. Robotę, na której Fergusowi w ogóle nie zależało i do której chodził wyłącznie z obowiązku i przyzwyczajenia. Nawet jeśli zdarzały się momenty, że całkiem mu się podobała. Nie przyznałby tego jednak na głos, by jego ojciec nie triumfował.
Młodszy Ollivander czuł się, jak gdyby utknął na chyboczącej się łodzi pośrodku wzburzonego morza. W towarzystwie swojego zirytowanego życiem ojca i Elliotta Malfoya. To jeden z tych ludzi, z którymi nigdy nie zamieniłeś ani jednego słowa, ale wydaje Ci się, że go znasz. Elegancki, ułożony, urzędnik na jakimś wysokim stołku o (pewnie zupełnie z pozoru) idealnym życiu nadającym się do rubryki plotkarskiej w jakimś szmatławcu dla czarownic. Celebryta nie z własnego wyboru - którego zresztą ostatnim razem widział na zdjęciach w Proroku Codziennym, tuż obok brata Brenny na balu organizowanym przez Longbottomów. Tym, po którym Nora chodziła nie w sosie, ale nie wnikał, bo też nie chciała z nim na ten temat rozmawiać. Ile by dał, żeby ktoś przeszedł przez drzwi szpitalnej sali, uwalniając go od tej sytuacji.
- Tato, daj spokój – mruknął cicho, wciąż mając nieco zachrypnięty głos, przez co nie miał siły przebicia wobec dwóch dyskutujących ze sobą mężczyzn. Musiał jednak przyznać rację Malfoyowi, który twierdził, że nikt nie chciał tego słuchać. Gdyby nie był na swoim miejscu, pewnie też współczułby osobie na to skazanej.
- Zatem niech słuchają – odparł starszy Ollivander, zaciskając palce na metalowym zakończeniu łóżka Fergusa, aż mu zbielały knykcie. – Niech wiedzą, że bezmyślność nie popłaca i że leży tutaj z powodu własnej głupoty. Nic mu nie będzie, czym tu się martwić.
Zapaść się pod ziemię, czy wybuchnąć tak, że wysadzi wszystkie szyby w pomieszczeniu, uciszając tych dwóch na amen? Fergus już sam nie wiedział, co by wolał. Gdyby mógł, wstałby i wyszedł z tego pomieszczenia, pozostawiając ich samym sobie, ale dziś przerastał go nawet samodzielny spacer do łazienki.
- Pozostaje mi jedynie wyrazić panu współczucie, jeśli tylu członków pańskiej rodziny znajduje się w tym momencie w szpitalu – zauważył Ollivander, nie zastanawiając się nad własnymi słowami. Czy Fergus brzmiał tak samo, kiedy się z kimś kłócił? Zaczynał dostrzegać to podobieństwo i niezbyt mu się to podobało. Zwłaszcza że, choć tego już nie mógł do końca wiedzieć, dało się je też dostrzec w mimice twarzy, czy gestach, jeśli miało się do czynienia z nimi oboma, gdy znajdowali się w podobnym nastroju. Najwyraźniej syn zbyt wiele razy patrzył na awanturniczego ojca, by nie przejąć po nim kilku nieprzyjemnych sposobów zachowania.
Widział, że ojca praktycznie nosi od środka, zwłaszcza że zwracał się do niego w ten sposób ktoś o wiele od niego młodszy. A tego starszy Ollivander nie respektował, okazując szacunek wyłącznie względem własnego ojca i starszego brata. Prowadzenie tej rozmowy nie miało, przynajmniej zdaniem Fergusa, żadnego sensu. Niezależnie od wieku, Malfoy miał w tym wypadku o wiele więcej do powiedzenia, biorąc pod uwagę, że społecznie był o wiele wyżej rangą od zwykłych rzemieślników i sklepikarzy. A świat, w którym przyszło im żyć, był niezwykle hierarchiczny i nie dopuszczał do głosu byle kogo.
- Nadal uważam jednak, że wtrącanie się w moje metody wychowawcze…
- Nie sądzisz, że na wychowywanie mnie jest już trochę za późno? – zapytał Fergus, podpierając się na łokciach, by lepiej widzieć swojego ojca. Na jego twarzy pojawił się grymas, mieszanina irytacji i bólu wywołanego nagłym ruchem głowy. – Mój ojciec doskonale rozumie. Dziękuję za troskę, panie Malfoy – dodał jeszcze, odwracając wzrok na jasnowłosego mężczyznę. Liczył na to, że jego rodzic zaniecha dalszej dyskusji, ale najwyraźniej już zamierzał się do ponownego otwarcia ust. – Proszę, nic już więcej nie mów – dodał jeszcze w kierunku ojca. Normalnie pewnie po prostu kazałby mu się zamknąć, ale w obecności innej osoby po prostu mu nie wypadało. Hamował się, nie tylko z powodu wizyty Elliotta, ale też dlatego, że po prostu miał dosyć. Widział już w spojrzeniu Garricka, że nie da mu spokoju, stwierdzając po swojemu, że Fergus jest cwany wyłącznie na oczach innych ludzi. Może i miał w tym sporo racji, bo w innym wypadku już dawno rzuciłby to wszystko w cholerę.
- Wy czystokrwiści myślicie, że wszystko da się załatwić znajomościami i pieniędzmi – mruknął pan Ollivander, dość cicho, ale w pomieszczeniu było na tyle pusto, że jego głos odbił się echem. Fergus jęknął, chowając twarz w dłoniach, na co przy okazji syknął, bo ruch zranioną ręką przysporzył mu nieco bólu. Przegiął, naprawdę przegiął i chyba sam był tego świadom, bo zrzedła mu mina, czego jego syn akurat nie mógł dostrzec.
Młodszy Ollivander czuł się, jak gdyby utknął na chyboczącej się łodzi pośrodku wzburzonego morza. W towarzystwie swojego zirytowanego życiem ojca i Elliotta Malfoya. To jeden z tych ludzi, z którymi nigdy nie zamieniłeś ani jednego słowa, ale wydaje Ci się, że go znasz. Elegancki, ułożony, urzędnik na jakimś wysokim stołku o (pewnie zupełnie z pozoru) idealnym życiu nadającym się do rubryki plotkarskiej w jakimś szmatławcu dla czarownic. Celebryta nie z własnego wyboru - którego zresztą ostatnim razem widział na zdjęciach w Proroku Codziennym, tuż obok brata Brenny na balu organizowanym przez Longbottomów. Tym, po którym Nora chodziła nie w sosie, ale nie wnikał, bo też nie chciała z nim na ten temat rozmawiać. Ile by dał, żeby ktoś przeszedł przez drzwi szpitalnej sali, uwalniając go od tej sytuacji.
- Tato, daj spokój – mruknął cicho, wciąż mając nieco zachrypnięty głos, przez co nie miał siły przebicia wobec dwóch dyskutujących ze sobą mężczyzn. Musiał jednak przyznać rację Malfoyowi, który twierdził, że nikt nie chciał tego słuchać. Gdyby nie był na swoim miejscu, pewnie też współczułby osobie na to skazanej.
- Zatem niech słuchają – odparł starszy Ollivander, zaciskając palce na metalowym zakończeniu łóżka Fergusa, aż mu zbielały knykcie. – Niech wiedzą, że bezmyślność nie popłaca i że leży tutaj z powodu własnej głupoty. Nic mu nie będzie, czym tu się martwić.
Zapaść się pod ziemię, czy wybuchnąć tak, że wysadzi wszystkie szyby w pomieszczeniu, uciszając tych dwóch na amen? Fergus już sam nie wiedział, co by wolał. Gdyby mógł, wstałby i wyszedł z tego pomieszczenia, pozostawiając ich samym sobie, ale dziś przerastał go nawet samodzielny spacer do łazienki.
- Pozostaje mi jedynie wyrazić panu współczucie, jeśli tylu członków pańskiej rodziny znajduje się w tym momencie w szpitalu – zauważył Ollivander, nie zastanawiając się nad własnymi słowami. Czy Fergus brzmiał tak samo, kiedy się z kimś kłócił? Zaczynał dostrzegać to podobieństwo i niezbyt mu się to podobało. Zwłaszcza że, choć tego już nie mógł do końca wiedzieć, dało się je też dostrzec w mimice twarzy, czy gestach, jeśli miało się do czynienia z nimi oboma, gdy znajdowali się w podobnym nastroju. Najwyraźniej syn zbyt wiele razy patrzył na awanturniczego ojca, by nie przejąć po nim kilku nieprzyjemnych sposobów zachowania.
Widział, że ojca praktycznie nosi od środka, zwłaszcza że zwracał się do niego w ten sposób ktoś o wiele od niego młodszy. A tego starszy Ollivander nie respektował, okazując szacunek wyłącznie względem własnego ojca i starszego brata. Prowadzenie tej rozmowy nie miało, przynajmniej zdaniem Fergusa, żadnego sensu. Niezależnie od wieku, Malfoy miał w tym wypadku o wiele więcej do powiedzenia, biorąc pod uwagę, że społecznie był o wiele wyżej rangą od zwykłych rzemieślników i sklepikarzy. A świat, w którym przyszło im żyć, był niezwykle hierarchiczny i nie dopuszczał do głosu byle kogo.
- Nadal uważam jednak, że wtrącanie się w moje metody wychowawcze…
- Nie sądzisz, że na wychowywanie mnie jest już trochę za późno? – zapytał Fergus, podpierając się na łokciach, by lepiej widzieć swojego ojca. Na jego twarzy pojawił się grymas, mieszanina irytacji i bólu wywołanego nagłym ruchem głowy. – Mój ojciec doskonale rozumie. Dziękuję za troskę, panie Malfoy – dodał jeszcze, odwracając wzrok na jasnowłosego mężczyznę. Liczył na to, że jego rodzic zaniecha dalszej dyskusji, ale najwyraźniej już zamierzał się do ponownego otwarcia ust. – Proszę, nic już więcej nie mów – dodał jeszcze w kierunku ojca. Normalnie pewnie po prostu kazałby mu się zamknąć, ale w obecności innej osoby po prostu mu nie wypadało. Hamował się, nie tylko z powodu wizyty Elliotta, ale też dlatego, że po prostu miał dosyć. Widział już w spojrzeniu Garricka, że nie da mu spokoju, stwierdzając po swojemu, że Fergus jest cwany wyłącznie na oczach innych ludzi. Może i miał w tym sporo racji, bo w innym wypadku już dawno rzuciłby to wszystko w cholerę.
- Wy czystokrwiści myślicie, że wszystko da się załatwić znajomościami i pieniędzmi – mruknął pan Ollivander, dość cicho, ale w pomieszczeniu było na tyle pusto, że jego głos odbił się echem. Fergus jęknął, chowając twarz w dłoniach, na co przy okazji syknął, bo ruch zranioną ręką przysporzył mu nieco bólu. Przegiął, naprawdę przegiął i chyba sam był tego świadom, bo zrzedła mu mina, czego jego syn akurat nie mógł dostrzec.