22.02.2025, 01:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 01:15 przez Julián Bletchley.)
Darował sobie dwie rzeczy: spojrzenia na ich twarze i próbę oceny, czy się z niego nabijały. Oczywiście, że się nabijały.
— Po pierwsze — zaczął. — Ja bym nikogo nie wyganiał widłami. Ja bym go nimi przegonił. A to różnica. Po drugie — wskazał widelcem na swoją żonę. — Nie chodzi o to, czy potrafią sobie poradzić, bo oczywiście, że potrafią. Nie wątpiłem w to ani przez sekundę. Ale od tego jest ojciec, żeby robić przesiew. To selekcja naturalna. Jak sobie ze mną nie poradzi, to znaczy, że nie nadaje się na chłopaka mojej córki.
Oparł się wygodniej na krześle wyraźnie z siebie zadowolony.
— Poza tym to praktyczne podejście. Nie mój problem, że nie mają odwagi.
Julian nie miał złudzeń co do swojej pierwszej córki. Alice nie przyjmowała adoratorów, bo nikt nie spełniał jej standardów. Była stanowcza, pewna siebie i doskonale wiedziała, kto — czy to partner, czy partnerka (tak, bo dlaczego właściwie nie? Kogo to krzywdziło? Nikogo, a ano właśnie) — mógłby być dla niej odpowiednią partią. Jo twierdziła, że nie przypominała sobie sytuacji, w której ktoś próbowałby poderwać którąś z ich córek w dziwnie spektakularny sposób. Julian też nie widział, ale to akurat niczego nie dowodziło. Może dlatego, że rzeczywiście nigdy nie było takiego przypadku. A może dlatego, że nigdy nie było świadków. Z czystej przekory uniósł brew, nachylając się lekko w stronę najstarszej z kobiet.
— Kochanie, a skąd wiesz, czy to nie zasługa paru ciał, które pochowałem w twoim ogródku warzywnym? Może ta żyzna gleba to moja zasługa — odparł. Tylko zartowal. Nie śmiałby zabić sałaty swojej żony, prawda? Prawda? A poza tym to był zawsze chujowy z przedmiotów przyrodniczych. Skąd miał wiedzieć, ze nie zabijało się ludzi dla użyźnienia gleby?
— Po pierwsze — zaczął. — Ja bym nikogo nie wyganiał widłami. Ja bym go nimi przegonił. A to różnica. Po drugie — wskazał widelcem na swoją żonę. — Nie chodzi o to, czy potrafią sobie poradzić, bo oczywiście, że potrafią. Nie wątpiłem w to ani przez sekundę. Ale od tego jest ojciec, żeby robić przesiew. To selekcja naturalna. Jak sobie ze mną nie poradzi, to znaczy, że nie nadaje się na chłopaka mojej córki.
Oparł się wygodniej na krześle wyraźnie z siebie zadowolony.
— Poza tym to praktyczne podejście. Nie mój problem, że nie mają odwagi.
Julian nie miał złudzeń co do swojej pierwszej córki. Alice nie przyjmowała adoratorów, bo nikt nie spełniał jej standardów. Była stanowcza, pewna siebie i doskonale wiedziała, kto — czy to partner, czy partnerka (tak, bo dlaczego właściwie nie? Kogo to krzywdziło? Nikogo, a ano właśnie) — mógłby być dla niej odpowiednią partią. Jo twierdziła, że nie przypominała sobie sytuacji, w której ktoś próbowałby poderwać którąś z ich córek w dziwnie spektakularny sposób. Julian też nie widział, ale to akurat niczego nie dowodziło. Może dlatego, że rzeczywiście nigdy nie było takiego przypadku. A może dlatego, że nigdy nie było świadków. Z czystej przekory uniósł brew, nachylając się lekko w stronę najstarszej z kobiet.
— Kochanie, a skąd wiesz, czy to nie zasługa paru ciał, które pochowałem w twoim ogródku warzywnym? Może ta żyzna gleba to moja zasługa — odparł. Tylko zartowal. Nie śmiałby zabić sałaty swojej żony, prawda? Prawda? A poza tym to był zawsze chujowy z przedmiotów przyrodniczych. Skąd miał wiedzieć, ze nie zabijało się ludzi dla użyźnienia gleby?