• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 … 11 Dalej »
[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems

[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
22.02.2025, 02:02  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 02:16 przez Benjy Fenwick.)  
Ambroise jak Ambroise - nie traktowałem jego zachowania jako nic specjalnego. Przynajmniej od momentu, w którym bez zbędnych słów potwierdziliśmy sobie nasz status. Skoro nadal traktował mnie jak brata, ja traktowałem go jak mojego, to odrobina napięć nie była niczym niecodziennym. Mógł się na mnie boczyć. Najważniejsze, że pod tymi grobowymi minami, które strzelał, nadal mieliśmy nić porozumienia.
Nie przejmowałem się także zbytnio zachowaniem Ambrosii... Przepraszam - Geraldine. Geraldine Yaxley, chociaż Ambrosia zdecydowanie bardziej by pasowała, jak na moje oko. Po co komplikować sobie życie? Cóż, Roise zawsze miał skłonność do wybierania kobiet, które idealnie wpisywały się w jego wizję świata... I Geraldine była tego doskonałym zaprzeczeniem. Właściwie to wydawało mi się to zabawne, bo znałem Roise’a na wylot. Było w tym coś dostatecznie narcystycznego, żeby mogło funkcjonować. Świadomość, że Roise w końcu znalazł swoją damską wersję, tylko z innymi pasjami, bawiła mnie do łez.
Tak czy inaczej - nie ruszał mnie jej bojowy nastrój. Znałem ten typ człowieka. Kojarzyłem ją jeszcze ze szkolnych lat, w zasadzie to chyba najlepiej z naszej trójki, bo miałem z nią najwięcej interakcji - szczególnie podczas gry w Quidditcha na tych samych pozycjach, jej temperament był mi dobrze znany. Strzelała gromami z oczu i ciskała kąśliwe komentarze, ale zamiast złości, odczuwałem raczej rozbawienie. Ponadto spoglądałem na nią z pewnym zrozumieniem. W końcu sam od piętnastu lat byłem osobą, która potrafiła wpaść w bojowy nastrój. Zdarzały się dni, kiedy i ja ciskałem chamskimi komentarzami, zwłaszcza, gdy coś nie szło po mojej myśli. Dlatego nie miałem zamiaru oceniać jej zbyt surowo. To po prostu była jej natura, wiedziałem, że nie ma sensu się fochać. Pochodzila z rodu, który zawsze kładł nacisk na emocje, niekoniecznie na logikę. Jeśli miałbym być szczery, pewnie sam bym się wkurwił, gdyby ktoś uznał mnie za demona w chwili, gdy wchodziłem do mieszkania z moją partnerką, z rękami na jej ciele i myślami krążącymi wokół zupełnie innych spraw. Nie mniej demonicznych, ale w stosunku do partnerki, nie do sąsiadów. Poza tym, jeśli chciałaby mi zrobić krzywdę, to już by to zrobiła.
Jednak było coś, z czym się nie zgadzałem. To, że jej zachowanie mogło być uzasadnione przez przeszłość czy cechy charakteru, nie oznaczało, że musiała być tak nadmiernie pewna siebie. Nigdy nie miałbym w sobie aż tyle brawury - lekko mówiąc, nie używając dosadniejszych określeń na tak idiotyczne pomysły - by poprosić potencjalne demony czy opętanych o grzeczne stawienie się przede mną w jakimś dogodnym miejscu o szesnastej trzydzieści trzy w środę szóstego września roku pańskiego siedemdziesiątego drugiego. To byłby debilizm. Najwidoczniej nie dla wszystkich. Ja wiedziałem, że w konfrontacji z czymś tak nieprzewidywalnym, jak ci, którzy zostali opanowani przez siły nieznające litości, nie było miejsca na uprzedzenia o swoich zamiarach ani na grzeczności. Gdyby takie istoty miały się w ogóle ujawnić pod wpływem wymuszenia, to w sposób, którego nikt nie mógłby przewidzieć. Zaskoczenie było kluczem. Nie zamierzałem ułatwiać im sprawy, dając im czas na przygotowanie się na spotkanie. W takich sytuacjach liczyła się tylko szybka reakcja i instynkt, a nie jakieś naiwne zasady dobrego wychowania. Szybka akcja weryfikacja na klatce schodowej - soreczka, ale tak, to była najrozsądniejsza opcja.
Ku jej fartowi, nie miałem zdolności czytania myśli, więc nie zacząłem opowiadać o swoim punkcie widzenia.
- Wobesz tego, gdy znajdziemy się w szalonie, baldzo chętnie poszłucham, jak waszym zdaniem wygląda ta wyjątkowo udana walka sz demonem. - Skomentowałem z cieniem bezczelności. Nie mogłem się doczekać, żeby posłuchać o ich heroicznych czynach, bo przecież każdy wie, jak łatwo pokonać potwora, gdy ma się w zapasie kilka magicznych zaklęć, nóż i odrobinę szczęścia.
Spojrzałem na Geraldine, czując, jak w moich ciemnobrązowych oczach zbiera się gniew. Mogła sobie darować ten komentarz. Zachowała się jak panienka czystej krwi, której wszystko to nie dotyczy, która może sobie pozwolić na durne pytania, podczas, gdy świat wokół nas płonął. Nie spodziewałem się tego po niej. Twarz mi stężała, przez chwilę milczałem, zastanawiając się, jak to ująć. Ciemniejące oczy wpatrywały się w nią z narastającą frustracją. Nie oczekiwałem, że, jako uprzywilejowana osoba ze środowiska czystokrwistych czarodziejów o dość konserwatywnych poglądach, zrozumie, ale miałem nadzieję, że dostrzegała rzeczywistość, w której się znaleźliśmy. Nadzieja matką głupich? W końcu, po chwili wahania, zdecydowałem się odpowiedzieć.
- Nie, nie mam siły szplawić, sze wszystko będzie lepiej. Nikt s nas nie ma. Mogę splóbować pszekonać ich do wyjazdu, ale jeśli to szię nie uda, tesz nie zamieszam być bielny. - Stwierdziłem. Nie czułem potrzeby mówienia, że w takim wypadku nie było miejsca na sentymenty. Niektórzy musieli być gotowi na wszystko, bo byli na gorszej pozycji, natomiast każdy z nas musiał wziąć odpowiedzialność za swoje decyzje.
Ja na przykład podjąłem decyzję, która zaważyła na całym moim życiu. Zaryzykowałem wszystko dla Alice. Wiedziałem, że to, co robię, jest skrajnie kontrowersyjne, ale nie mogłem się powstrzymać. Uciekłem z nią z kraju, zostawiając za sobą nie tylko dom, ale także wszelkie więzi, które były dla mnie ważne. Wtedy byłem młody i zakochany. W moim sercu tliła się nadzieja, że znajdziemy nowe miejsce, gdzie nikt nie oceni nas przez pryzmat przeszłości. Tyle, że zapłaciłem za to wysoką cenę. Wydziedziczono mnie. W oczach społeczności, stałem się zdrajcą krwi, uznany za zakałę i karalucha w oczach rodziny, która od pokoleń nienawidziła mugoli. Mój ojciec, człowiek o zimnym sercu, najchętniej by mnie zabił, gdyby mógł. W moim rodzinnym domu nie było miejsca dla kogoś takiego jak ja.
Spojrzałem na Ambroise'a i uśmiechnąłem się gorzko, wiedząc, że on rozumiał. Tak, Alice była błędem - na zawsze zmieniła bieg mojego życia. Nic innego nim nie było. Straciłem ją, ale dzięki niej zyskałem znacznie więcej. Przede wszystkim nie byłem już takim posranym bufonem, jakim byłem w młodości, ślepo podążając za oczekiwaniami rodziny. Wspomnienie imienia byłej żony nadal wywoływało u mnie mieszane uczucia, ale wiedziałem, że nawet w tym pierdolniku, który zgotowała mi w życiu, stałem się silniejszy.
- Jak widzisz, jeśli sytuacja sztanie się zbyt powaszna, mogę splóbować pszekierować uwagę pszynajmniej kilku aglesolów na siebie. - Skomentowałem sucho - to była moja ostateczna odpowiedź na tamto durne pytanie. Wiele lat temu wyszedłem z błędnego założenia, które mi wmówiono: „w tej chwili musisz myśleć o sobie i o tym, co możesz zrobić, aby przeżyć”, ale czasy się zmieniły. Tamta decyzja zdefiniowała mnie na nowo. W końcu nauczyłem się, co to znaczy podejmować ryzyko, co to znaczy walczyć o to, co się kocha.
Obróciłem się w stronę Corneliusa, słysząc go za plecami, a na mojej twarzy zagościł swobodny uśmiech.
- Tak, chodźmy do salonu. - Kiwnąłem głową. Wymijając Corio, wszedłem do salonu, gdzie praktycznie od razu rozsiadłem się na fotelu, zajmując go w poprzek, z nogami wygodnie uniesionymi w górę. Chwyciłem butelkę stojącą obok stolika i dolałem sobie alkoholu do szklanki, bo Cornelius, jak zwykle, zgodnie ze swoją przesadną kulturą picia, nalał za mało. Dziś byłem jego głosem rozsądku, więc poprawiłem to małe niedopatrzenie również w reszcie szklanek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2417), Benjy Fenwick (7013), Cornelius Lestrange (2164), Geraldine Greengrass-Yaxley (6198)




Wiadomości w tym wątku
[06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Cornelius Lestrange - 20.02.2025, 14:15
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 20.02.2025, 16:26
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 20.02.2025, 21:53
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 20.02.2025, 23:19
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Cornelius Lestrange - 21.02.2025, 20:17
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 22.02.2025, 02:02
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.02.2025, 16:09
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 22.02.2025, 18:10
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.02.2025, 19:37
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 22.02.2025, 23:39
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.02.2025, 01:14
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 24.02.2025, 23:39
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.02.2025, 11:09
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 25.02.2025, 17:30
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.02.2025, 00:56
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 26.02.2025, 20:27
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.02.2025, 16:00
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 01.03.2025, 16:17
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Cornelius Lestrange - 12.03.2025, 22:42
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 14.03.2025, 04:22
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.03.2025, 12:43
RE: [06.09.72] Calm down, abort the mission. Houston, I have so many problems - przez Benjy Fenwick - 18.03.2025, 23:02

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa