22.02.2025, 04:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2025, 04:53 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Pytanie, jakie zadała mu Geraldine było równie trafne, co nie do końca uzasadnione. Niestety nie tak działała szpitalna biurokracja. Nie dało się aż tak łatwo zagubić dokumentów. Nawet tych, które nie były pilne. Niestety trafiając do niego na tyle niedawno, że wszyscy zainteresowani nadal o nich pamiętali.
- Niestety nie w tym przypadku - pokręcił głową, spoglądając na dwie kupki dokumentów na podłodze, z których jedna w dalszym ciągu była naprawdę ładnie ułożona, natomiast druga przechyliła się niczym papierowa wersja Krzywej Wieży, gotowa zaraz całkowicie się rozlecieć.
O tak, zdecydowanie chciałby przyjąć narrację podsuwaną mu w tej chwili przez Geraldine, jednakże nie wchodziło to w grę. W tym wypadku bycie szanowanym, godnym zaufania uzdrowicielem nie było darem, lecz przekleństwem. W innym wypadku te wszystkie papierzyska trafiłyby w ręce kogoś innego. Dotyczyły bowiem, tak jak już zdążył napomknąć, całkowicie nudnych i nużących biurokratycznych spraw. Nie zawierały żadnych ciekawych informacji. Nie były związane z historiami chorób czy z jakimikolwiek ciekawostkami dotyczącymi interesujących przypadków medycznych. Nie. Polegały w dużej mierze na rzuceniu na nie okiem, wypełnieniu rubryk, przybiciu pieczątki we właściwym miejscu i złożeniu zamaszystego podpisu.
Otrzymał je w spadku po nie jednym a dwóch odchodzących uzdrowicielach. Warto dodać, że tuż przed samym urlopem, gdy przy okazji mierzył się również z dużo gorszymi problemami niż to, co zrobić z nie do końca chcianymi godzinami, jakie miał przeznaczyć na zajmowanie się tym pierdolnikiem.
Mimo to zdążył już zająć się pierwszą połową tematu. Teraz wystarczyło wszystko podstemplować pieczątką i podpisać. Gdzieniegdzie może przepisać trochę czyściej, ale niestety nie wyglądało na to, aby udało mu się wrobić Rinę jeszcze w to. Tu niestety nie zadziałał na nią jego urok osobisty. A niewątpliwie szkoda, bo mimo wszystko, on nie wątpił, że dałaby radę.
Potrafiła go rozczytać. To, że często zgrywała osobę, która musiała nieźle się natrudzić, nagłowić i namęczyć, aby rozszyfrować to, co jej napisał nie oznaczało, że w rzeczywistości nie umiała tego zrobić. Po prostu nie chciała przyznać się do tego faktu. Takie było jego osobiste doświadczenie w tej kwestii.
Kiedy bowiem naprawdę chciała zrozumieć karteczkę, jaką jej zostawił, robiła to zaledwie w przeciągu kilku sekund. Ułamek minuty. Mrugnięcie okiem. W przeszłości parokrotnie sam ją na tym przyłapał. Mogła twierdzić, co chciała. Jego zdaniem to była pewna forma odwetu za podejście, które on miewał w związku z jej walijskim akcentem.
Tak, doskonale ją wtedy rozumiał. Może nie każde jedne słowo. Być może nie zawsze był w stanie wszystkie powtórzyć, zachowując właściwy szyk zdania i tak dalej. Czasami odruchowo, raczej automatycznie uzupełniał luki w miejscach, w których za bardzo piała. No, bo faflunieniem nie dało się tego nazwać, choćby nawet chciał. A jednak nieodmiennie potrafiłby być tłumaczem z wkurwionego na ludzki.
Po tylu wspólnych latach trudno byłoby, aby nim nie był. Choć teraz doszło do tego coś jeszcze innego. Ta bardzo ostrożna, nie do końca przekonująca myśl przypominająca mu o tym, że tak właściwie to rozumieli się jeszcze przed tym, gdy zaczęli spędzać ze sobą niemal każdą wolną chwilę jako przyjaciele. Przed tym, zanim się pożarli (a nawet wtedy doskonale ją rozumiał). Tak właściwie to sam nie był w stanie powiedzieć, od kiedy mu to przychodziło.
Tak po prostu było. To nie miało się zmienić. Nie sądził, aby kiedykolwiek było w stanie. Kolejna rzecz, z którą zwyczajnie należało żyć. Tym razem będąca raczej pomocą niż przeszkodą, co nie zmieniało faktu, że dobrze wiedział, że w tym momencie nie chciała mu tego przepisywać. On uważał ją za cudotwórcę w tym zakresie.
Nie nie potrafiła, nie chciała. To była na tyle znaczna różnica, że słysząc tę odzywkę, Ambroise (poważny uzdrowiciel, tak? renomowany) bezmyślnie otworzył usta...
...pokazując Geraldine język. Nie czubek języka. Cały, bezczelnie wyciągnięty ku niej jęzor, jednocześnie unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową.
- Popisałabyś tyle i w takim tempie - rzucił bez zająknięcia, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie, nie popisałaby; nie bez powodu przecież kiedyś zrezygnowała z pracy przy biurku, mimo to kontynuował. - Wtedy mogłabyś się doktoryzować - tak, całkowicie celowo użył tego określenia, o czym świadczył błysk w jego oku - na temat tego, co jest pismem a co hieroglifami. Tymczasem może faktycznie masz rację. Przybijaj - tak, tu też nie bez powodu zakończył wypowiedź w taki a nie inny sposób.
W końcu lubiła bić, nie? Więc jak najbardziej mogła przybijać pieczątkę do dokumentów, podczas gdy on miał zajmować się całą resztą. W tym momencie wyglądając jeszcze na całkiem rozpogodzonego możliwością robienia tego razem. Siedząc wspólnie na podłodze gabinetu w samym środku naprawdę cichej londyńskiej nocy i sięgając ku pierwszej stercie papierów.
Bardzo szybko rezygnując przy tym z siedzenia po turecku, tylko wyciągając nogi w rozkroku z wolną przestrzenią na kartki układane pomiędzy nimi. Pochylając się w kierunku podłogi i skrobiąc piórem po dokumentach. Jednym, drugim, trzecim...
...może nie był to idealny wieczór, ale stał się jakiś lepszy. Wciąż skrajnie nudny, jednak na swój sposób znacznie spokojniejszy niż na samym początku czy w momencie, w którym Geraldine niespodziewanie wpadła do jego gabinetu, wywołując u niego niemalże miniaturowy zawał serca. Teraz było jakoś lepiej.
Na tyle dobrze, że ponownie przestał zwracać uwagę na to, jak bardzo się obecnie zapominali. Znów łamał swoje postanowienia. Kolejny raz odkładał nieuniknione. Ponownie znalazł wymówkę ku temu, aby nie musieć być tą osobą, która nakazałaby im obojgu powrót do szarej rzeczywistości. Tej, w której nie mogliby już spędzać razem czasu. Nawet w ten sposób.
Nawet w obliczu widm nękających już nie tylko samą Knieję. Mieli wspólnie zajmować się tą kwestią. Nie dało się tego podważyć, nie można było tego ukryć, jednak wszystko wyglądało tak, jakby jednocześnie już nigdy nie mogli przy tym powrócić do dawnych lat. Do czasów poszukiwania odpowiedzi na inną, nieco mniej makabryczną, ale wciąż nękającą ich kwestię.
Wtedy zajmowali się tym tylko we dwoje. Tylko ich to dotyczyło. Spędzali razem czas, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Niemalże tak jak teraz w tej chwili. W przypadku nowego problemu mieli wokół siebie innych ludzi. Osoby, z którymi należało, by współpracowali. To nie mogło wyglądać już w ten sposób...
...a jemu obecnie ciężko było całkowicie bez żalu stwierdzić, że tak miało być lepiej. Nie miało. W głębi duszy tęsknił za takimi chwilami. Może nie za problemami, których zazwyczaj dotyczyły, ale za tą wspólną ciszą i spokojem. Za powolnym, ciepłym spojrzeniem, jakie posłał w kierunku Yaxleyówny, nie przejmując się tym, co właśnie robi, tylko zwyczajnie na nią patrząc. Miękko, dosyć czule, uśmiechając się pod nosem.
- Potrzebujesz czegoś? Poza możliwością ucieczki, jasna sprawa - spytał pierwszy raz od dłuższej chwili, przecierając powieki wierzchem dłoni i przeciągając się na podłodze. - Herbaty, kawy, soku, ziołowego naparu? - Opcje były naprawdę przeróżne. - W bufecie mają też na pewno całkiem niezłe kanapki. Mogę ci coś załatwić - zasugerował.
Ot, przywileje nocnej zmiany. Mimo zamknięcia ostatniego piętra przed interesantami, personel nadal miał tam dostęp. Tak samo jak do dachu, który choć pewnie wilgotny i pokryty deszczem, też pozostawał dostępny.
- A może chcesz zapalić? - No, właśnie.
To chyba było najistotniejsze pytanie. Tym bardziej, że o tej porze swobodnie mogli się tam przewietrzyć bez zwracania na siebie aż takiej uwagi.
- Dam ci coś na wierzch i przyczepię ci plakietkę - zaoferował, uśmiechając się pod nosem. - Może wtedy poczujesz, że umiesz czytać hieroglify - tak, to była żelazna logika, niezmiernie.
- Niestety nie w tym przypadku - pokręcił głową, spoglądając na dwie kupki dokumentów na podłodze, z których jedna w dalszym ciągu była naprawdę ładnie ułożona, natomiast druga przechyliła się niczym papierowa wersja Krzywej Wieży, gotowa zaraz całkowicie się rozlecieć.
O tak, zdecydowanie chciałby przyjąć narrację podsuwaną mu w tej chwili przez Geraldine, jednakże nie wchodziło to w grę. W tym wypadku bycie szanowanym, godnym zaufania uzdrowicielem nie było darem, lecz przekleństwem. W innym wypadku te wszystkie papierzyska trafiłyby w ręce kogoś innego. Dotyczyły bowiem, tak jak już zdążył napomknąć, całkowicie nudnych i nużących biurokratycznych spraw. Nie zawierały żadnych ciekawych informacji. Nie były związane z historiami chorób czy z jakimikolwiek ciekawostkami dotyczącymi interesujących przypadków medycznych. Nie. Polegały w dużej mierze na rzuceniu na nie okiem, wypełnieniu rubryk, przybiciu pieczątki we właściwym miejscu i złożeniu zamaszystego podpisu.
Otrzymał je w spadku po nie jednym a dwóch odchodzących uzdrowicielach. Warto dodać, że tuż przed samym urlopem, gdy przy okazji mierzył się również z dużo gorszymi problemami niż to, co zrobić z nie do końca chcianymi godzinami, jakie miał przeznaczyć na zajmowanie się tym pierdolnikiem.
Mimo to zdążył już zająć się pierwszą połową tematu. Teraz wystarczyło wszystko podstemplować pieczątką i podpisać. Gdzieniegdzie może przepisać trochę czyściej, ale niestety nie wyglądało na to, aby udało mu się wrobić Rinę jeszcze w to. Tu niestety nie zadziałał na nią jego urok osobisty. A niewątpliwie szkoda, bo mimo wszystko, on nie wątpił, że dałaby radę.
Potrafiła go rozczytać. To, że często zgrywała osobę, która musiała nieźle się natrudzić, nagłowić i namęczyć, aby rozszyfrować to, co jej napisał nie oznaczało, że w rzeczywistości nie umiała tego zrobić. Po prostu nie chciała przyznać się do tego faktu. Takie było jego osobiste doświadczenie w tej kwestii.
Kiedy bowiem naprawdę chciała zrozumieć karteczkę, jaką jej zostawił, robiła to zaledwie w przeciągu kilku sekund. Ułamek minuty. Mrugnięcie okiem. W przeszłości parokrotnie sam ją na tym przyłapał. Mogła twierdzić, co chciała. Jego zdaniem to była pewna forma odwetu za podejście, które on miewał w związku z jej walijskim akcentem.
Tak, doskonale ją wtedy rozumiał. Może nie każde jedne słowo. Być może nie zawsze był w stanie wszystkie powtórzyć, zachowując właściwy szyk zdania i tak dalej. Czasami odruchowo, raczej automatycznie uzupełniał luki w miejscach, w których za bardzo piała. No, bo faflunieniem nie dało się tego nazwać, choćby nawet chciał. A jednak nieodmiennie potrafiłby być tłumaczem z wkurwionego na ludzki.
Po tylu wspólnych latach trudno byłoby, aby nim nie był. Choć teraz doszło do tego coś jeszcze innego. Ta bardzo ostrożna, nie do końca przekonująca myśl przypominająca mu o tym, że tak właściwie to rozumieli się jeszcze przed tym, gdy zaczęli spędzać ze sobą niemal każdą wolną chwilę jako przyjaciele. Przed tym, zanim się pożarli (a nawet wtedy doskonale ją rozumiał). Tak właściwie to sam nie był w stanie powiedzieć, od kiedy mu to przychodziło.
Tak po prostu było. To nie miało się zmienić. Nie sądził, aby kiedykolwiek było w stanie. Kolejna rzecz, z którą zwyczajnie należało żyć. Tym razem będąca raczej pomocą niż przeszkodą, co nie zmieniało faktu, że dobrze wiedział, że w tym momencie nie chciała mu tego przepisywać. On uważał ją za cudotwórcę w tym zakresie.
Nie nie potrafiła, nie chciała. To była na tyle znaczna różnica, że słysząc tę odzywkę, Ambroise (poważny uzdrowiciel, tak? renomowany) bezmyślnie otworzył usta...
...pokazując Geraldine język. Nie czubek języka. Cały, bezczelnie wyciągnięty ku niej jęzor, jednocześnie unosząc wzrok w kierunku sufitu i kręcąc głową.
- Popisałabyś tyle i w takim tempie - rzucił bez zająknięcia, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie, nie popisałaby; nie bez powodu przecież kiedyś zrezygnowała z pracy przy biurku, mimo to kontynuował. - Wtedy mogłabyś się doktoryzować - tak, całkowicie celowo użył tego określenia, o czym świadczył błysk w jego oku - na temat tego, co jest pismem a co hieroglifami. Tymczasem może faktycznie masz rację. Przybijaj - tak, tu też nie bez powodu zakończył wypowiedź w taki a nie inny sposób.
W końcu lubiła bić, nie? Więc jak najbardziej mogła przybijać pieczątkę do dokumentów, podczas gdy on miał zajmować się całą resztą. W tym momencie wyglądając jeszcze na całkiem rozpogodzonego możliwością robienia tego razem. Siedząc wspólnie na podłodze gabinetu w samym środku naprawdę cichej londyńskiej nocy i sięgając ku pierwszej stercie papierów.
Bardzo szybko rezygnując przy tym z siedzenia po turecku, tylko wyciągając nogi w rozkroku z wolną przestrzenią na kartki układane pomiędzy nimi. Pochylając się w kierunku podłogi i skrobiąc piórem po dokumentach. Jednym, drugim, trzecim...
...może nie był to idealny wieczór, ale stał się jakiś lepszy. Wciąż skrajnie nudny, jednak na swój sposób znacznie spokojniejszy niż na samym początku czy w momencie, w którym Geraldine niespodziewanie wpadła do jego gabinetu, wywołując u niego niemalże miniaturowy zawał serca. Teraz było jakoś lepiej.
Na tyle dobrze, że ponownie przestał zwracać uwagę na to, jak bardzo się obecnie zapominali. Znów łamał swoje postanowienia. Kolejny raz odkładał nieuniknione. Ponownie znalazł wymówkę ku temu, aby nie musieć być tą osobą, która nakazałaby im obojgu powrót do szarej rzeczywistości. Tej, w której nie mogliby już spędzać razem czasu. Nawet w ten sposób.
Nawet w obliczu widm nękających już nie tylko samą Knieję. Mieli wspólnie zajmować się tą kwestią. Nie dało się tego podważyć, nie można było tego ukryć, jednak wszystko wyglądało tak, jakby jednocześnie już nigdy nie mogli przy tym powrócić do dawnych lat. Do czasów poszukiwania odpowiedzi na inną, nieco mniej makabryczną, ale wciąż nękającą ich kwestię.
Wtedy zajmowali się tym tylko we dwoje. Tylko ich to dotyczyło. Spędzali razem czas, coraz bardziej się do siebie zbliżając. Niemalże tak jak teraz w tej chwili. W przypadku nowego problemu mieli wokół siebie innych ludzi. Osoby, z którymi należało, by współpracowali. To nie mogło wyglądać już w ten sposób...
...a jemu obecnie ciężko było całkowicie bez żalu stwierdzić, że tak miało być lepiej. Nie miało. W głębi duszy tęsknił za takimi chwilami. Może nie za problemami, których zazwyczaj dotyczyły, ale za tą wspólną ciszą i spokojem. Za powolnym, ciepłym spojrzeniem, jakie posłał w kierunku Yaxleyówny, nie przejmując się tym, co właśnie robi, tylko zwyczajnie na nią patrząc. Miękko, dosyć czule, uśmiechając się pod nosem.
- Potrzebujesz czegoś? Poza możliwością ucieczki, jasna sprawa - spytał pierwszy raz od dłuższej chwili, przecierając powieki wierzchem dłoni i przeciągając się na podłodze. - Herbaty, kawy, soku, ziołowego naparu? - Opcje były naprawdę przeróżne. - W bufecie mają też na pewno całkiem niezłe kanapki. Mogę ci coś załatwić - zasugerował.
Ot, przywileje nocnej zmiany. Mimo zamknięcia ostatniego piętra przed interesantami, personel nadal miał tam dostęp. Tak samo jak do dachu, który choć pewnie wilgotny i pokryty deszczem, też pozostawał dostępny.
- A może chcesz zapalić? - No, właśnie.
To chyba było najistotniejsze pytanie. Tym bardziej, że o tej porze swobodnie mogli się tam przewietrzyć bez zwracania na siebie aż takiej uwagi.
- Dam ci coś na wierzch i przyczepię ci plakietkę - zaoferował, uśmiechając się pod nosem. - Może wtedy poczujesz, że umiesz czytać hieroglify - tak, to była żelazna logika, niezmiernie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down