22.02.2025, 18:10 ✶
Nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem. Czułem, jak w moim wnętrzu narasta gniew. Co gorsza - z każdym słowem Geraldine ten gniew przeradzał się w coś znacznie gorszego. Moja racjonalna część umysłu próbowała zapanować nad emocjami, ale z każdą chwilą stawało się to coraz trudniejsze. Przypominałem sobie wszystkie te lata, które spędziłem w wyobcowaniu, walcząc z problemami, które dla niej, jeśli istniały, były tylko częścią życia - wykonywanym zawodem. Ja byłem tam przez cały czas, w piekle, podczas, gdy ona bawiła się w buntowniczkę, z rodzinnym wsparciem na wyciągnięcie ręki. Ona po pracy wracała do domu - ja nie. Miała życie prywatne, bliskich i przyjaciół, których mogła widywać - ja nie. Zasypiała przy ukochanej osobie, która obdarzała ją troską, z którą o siebie nawzajem dbali - ja nie. Wiedziałem, że świat nie jest sprawiedliwy. Podjąłem swoje własne wybory, ale nie zamierzałem pozwolić obcej królewnie oceniać mnie przez swój wypaczony pryzmat. Nie musiała martwić się o płacenie rachunków, o to, skąd wziąć pieniądze na jedzenie. Jeśli brakło jej wody pitnej, to przez jej własne złe planowanie - nie przez to, że nie było jej na nią stać. Polerowała swoje nożyki, ostrzyła sztylety i bronie, kupione najpierw za rodowe galeony, nie mając pojęcia, co to znaczy walczyć o każdy dzień.
- Uśfiadom sobie jedno. - Spojrzałem na nią z ogniem w oczach. Zacisnąłem dłonie jeszcze mocniej, czując, jak gniew przekształca się w furie. Spojrzałem jej w oczy i wyrzuciłem z siebie słowa, które od dawna kłębiły się w moim umyśle. Nie były przeznaczone dla niej. Nie miały określonego adresata - po prostu czekały na właściwy moment, który właśnie nadszedł.
- To, s kim losmawiasz. - Powiedziałem, właściwie to sycząc - moje słowa były twarde jak stal, tnąc powietrze. W końcu, nie mogąc dłużej powstrzymać się przed reakcją, wybuchłem. Nie krzyczałem - uraz gardła mi to uniemożliwiał, ale miałem swoje sposoby modulacji głosu w taki sposób, żeby brzmiał wystarczająco wściekle.
Patrzyłem na nią. Z moich oczu bił gniew, który nie miał zamiaru zniknąć. Czułem, że te słowa musiały paść, musiały być usłyszane, aczkolwiek wątpiłem, że zostaną zrozumiane. Mimo to nie mogłem dłużej stać w cieniu jej ignorancji. Nie byłem jej chłopakiem ani kulturalnym przyjacielem. Ktoś musiał jej przypomnieć, że nie wszyscy mają takie przywileje, jakie ona dostała wraz ze swoim nazwiskiem. Nie wszyscy mogli sobie pozwolić na zabawę w buntowników, gdy życie stawiało przed nimi prawdziwe wyzwania.
- Od piętnasztu lat w dupie, poza Wyspami, miesząc się s gównem, o któlym takie upszywilejowane panienki, jak ty nie mają pojęcia. - Yaxley nie miała pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie, jak to jest być zmuszonym do stawienia czoła światu, który nie ma litości. Ciąłem językiem. To była jedyna rzecz, którą mogłem kontrolować w tym momencie, gdy w mojej piersi kumulował się gniew.
- Pozwól, sze ci coś uświadomię. Czas, szebyś w końcu zrozumiała, co to znaszy empatia. Nie wszyscy mają to szczęście, co ty. Nie wszyscy mogą liczyć na lodzinę, któla ich wspiela. Nie wszystkich szykują do popieldania po głuszy, a potem dają im pienionszki na bloń i gwarancję wspalcia. My inni, tacy jak ja, musimy ladzić sobie sami. Nie zamieszam znosić twoich pustych słów na ten temat, bo dla mnie nie jestesz lepsza. Nie jestesz autolytetem, jestesz poselem. - Zacisnąłem dłonie w pięści, tak mocno, że moje knykcie pobielały, a paznokcie wbiły mi się w skórę we wnętrzach dłoni, powodując ból, który w niczym nie mógł się równać z tym, co czułem w sercu.
Moje chaotyczne stawały się coraz bardziej wściekłe. Czułem, jak krew pulsowała mi w skroniach. Mój umysł wypełniał się obrazami ostatnich lat - wspomnieniami brudnymi ulicami, pustymi twarzami, a przede wszystkim tym, co zostawiłem za sobą. Każde kolejne wspomnienie było przypomnieniem o tym, jak wiele musiałem znieść, jak wiele poświęcić. Nie po to, żeby oceniała mnie jakaś wredna pizda z bogatej rodziny mającej się za alfy i omegi łowiectwa.
- Moszesz naraszać życie, ale sawsze ktoś pszybędzie s odsieczą. Chcesz medyka, masz medyka. Od dzieciaka bawiłaś się w surwiwal. Nie masz pojęcia, co znaczy prawdziwa walka i brak moszliwości powlotu, kiedy wszystko w tobie wyje o szansę, szeby być tam, ale jesteś tu... Więc pszestań udawać, że wiesz, o szym mówisz. Moszesz bawić się w buntowniszkę, mając za sobą tatusia i lodzinkę łowców, któla zapewnia ci wszystko, co tylko chcesz... Szyjesz swoim szyciem. Wlacasz do mieszkanka, któle pewnie kupił ci tatuś, i polelujesz swoje zabaweszki, kupione... Niech zgadnę... Najpielw za lodowe galeony, mimo, sze upielasz się, sze jesteś taka samodzielna. Podszas, gdy ja walczę o przetlwanie. Ja... Jestem... Sam... - Mój głos przeszedł w syk, a każde słowo było nasączone gniewem, który narastał we mnie przez lata.
- A ty? Czujesz się upowaszniona, więc powiedz mi, gdzie byłaś? Jak mogłasz byś w Wielkiej Blytanii i nie pomóc? Walszysz z demonami, ale nie mogłaś zadbaś o bliskich? Kryjesz się za kitlem swojego chłopaka, zjadając obiadki s pszyjasiółmi, któlych zawiodłaś lównie mocno, co ja. Jestesz hipoklytką, która myśli, se mosze oceniaś innych, nie znając ich historii. - Byłem wściekły i przez to brutalnie szczery - wszystko, co powiedziałem, było prawdą. Nie mogłem znieść jej arogancji, zachowywania się tak, jakby życie było dla niej grą. Pierdoleni zawodowi łowcy - zawsze czuli się lepsi, podczas, gdy w rzeczywistości wszystko dostali w pakiecie z urodzeniem. Gniew, który we mnie drzemał, kumulując się razem z wyrzutami sumienia, w końcu znalazł ujście. Miałem w dupie reakcję innych. Nie zamierzałem giąć karku przed nikim - zwłaszcza osobami tak oderwanymi od rzeczywistości, które nawet mnie nie znały.
- Uśfiadom sobie jedno. - Spojrzałem na nią z ogniem w oczach. Zacisnąłem dłonie jeszcze mocniej, czując, jak gniew przekształca się w furie. Spojrzałem jej w oczy i wyrzuciłem z siebie słowa, które od dawna kłębiły się w moim umyśle. Nie były przeznaczone dla niej. Nie miały określonego adresata - po prostu czekały na właściwy moment, który właśnie nadszedł.
- To, s kim losmawiasz. - Powiedziałem, właściwie to sycząc - moje słowa były twarde jak stal, tnąc powietrze. W końcu, nie mogąc dłużej powstrzymać się przed reakcją, wybuchłem. Nie krzyczałem - uraz gardła mi to uniemożliwiał, ale miałem swoje sposoby modulacji głosu w taki sposób, żeby brzmiał wystarczająco wściekle.
Patrzyłem na nią. Z moich oczu bił gniew, który nie miał zamiaru zniknąć. Czułem, że te słowa musiały paść, musiały być usłyszane, aczkolwiek wątpiłem, że zostaną zrozumiane. Mimo to nie mogłem dłużej stać w cieniu jej ignorancji. Nie byłem jej chłopakiem ani kulturalnym przyjacielem. Ktoś musiał jej przypomnieć, że nie wszyscy mają takie przywileje, jakie ona dostała wraz ze swoim nazwiskiem. Nie wszyscy mogli sobie pozwolić na zabawę w buntowników, gdy życie stawiało przed nimi prawdziwe wyzwania.
- Od piętnasztu lat w dupie, poza Wyspami, miesząc się s gównem, o któlym takie upszywilejowane panienki, jak ty nie mają pojęcia. - Yaxley nie miała pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie, jak to jest być zmuszonym do stawienia czoła światu, który nie ma litości. Ciąłem językiem. To była jedyna rzecz, którą mogłem kontrolować w tym momencie, gdy w mojej piersi kumulował się gniew.
- Pozwól, sze ci coś uświadomię. Czas, szebyś w końcu zrozumiała, co to znaszy empatia. Nie wszyscy mają to szczęście, co ty. Nie wszyscy mogą liczyć na lodzinę, któla ich wspiela. Nie wszystkich szykują do popieldania po głuszy, a potem dają im pienionszki na bloń i gwarancję wspalcia. My inni, tacy jak ja, musimy ladzić sobie sami. Nie zamieszam znosić twoich pustych słów na ten temat, bo dla mnie nie jestesz lepsza. Nie jestesz autolytetem, jestesz poselem. - Zacisnąłem dłonie w pięści, tak mocno, że moje knykcie pobielały, a paznokcie wbiły mi się w skórę we wnętrzach dłoni, powodując ból, który w niczym nie mógł się równać z tym, co czułem w sercu.
Moje chaotyczne stawały się coraz bardziej wściekłe. Czułem, jak krew pulsowała mi w skroniach. Mój umysł wypełniał się obrazami ostatnich lat - wspomnieniami brudnymi ulicami, pustymi twarzami, a przede wszystkim tym, co zostawiłem za sobą. Każde kolejne wspomnienie było przypomnieniem o tym, jak wiele musiałem znieść, jak wiele poświęcić. Nie po to, żeby oceniała mnie jakaś wredna pizda z bogatej rodziny mającej się za alfy i omegi łowiectwa.
- Moszesz naraszać życie, ale sawsze ktoś pszybędzie s odsieczą. Chcesz medyka, masz medyka. Od dzieciaka bawiłaś się w surwiwal. Nie masz pojęcia, co znaczy prawdziwa walka i brak moszliwości powlotu, kiedy wszystko w tobie wyje o szansę, szeby być tam, ale jesteś tu... Więc pszestań udawać, że wiesz, o szym mówisz. Moszesz bawić się w buntowniszkę, mając za sobą tatusia i lodzinkę łowców, któla zapewnia ci wszystko, co tylko chcesz... Szyjesz swoim szyciem. Wlacasz do mieszkanka, któle pewnie kupił ci tatuś, i polelujesz swoje zabaweszki, kupione... Niech zgadnę... Najpielw za lodowe galeony, mimo, sze upielasz się, sze jesteś taka samodzielna. Podszas, gdy ja walczę o przetlwanie. Ja... Jestem... Sam... - Mój głos przeszedł w syk, a każde słowo było nasączone gniewem, który narastał we mnie przez lata.
- A ty? Czujesz się upowaszniona, więc powiedz mi, gdzie byłaś? Jak mogłasz byś w Wielkiej Blytanii i nie pomóc? Walszysz z demonami, ale nie mogłaś zadbaś o bliskich? Kryjesz się za kitlem swojego chłopaka, zjadając obiadki s pszyjasiółmi, któlych zawiodłaś lównie mocno, co ja. Jestesz hipoklytką, która myśli, se mosze oceniaś innych, nie znając ich historii. - Byłem wściekły i przez to brutalnie szczery - wszystko, co powiedziałem, było prawdą. Nie mogłem znieść jej arogancji, zachowywania się tak, jakby życie było dla niej grą. Pierdoleni zawodowi łowcy - zawsze czuli się lepsi, podczas, gdy w rzeczywistości wszystko dostali w pakiecie z urodzeniem. Gniew, który we mnie drzemał, kumulując się razem z wyrzutami sumienia, w końcu znalazł ujście. Miałem w dupie reakcję innych. Nie zamierzałem giąć karku przed nikim - zwłaszcza osobami tak oderwanymi od rzeczywistości, które nawet mnie nie znały.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)