22.02.2025, 20:17 ✶
- Zamknięte drzwi może nie, ale gdybyś spróbowała wyjść razem z nimi - zaczął z tym samym błyskiem w oku, zerkając na nią równie bezczelnie, co porozumiewawczo - mamy sposoby, by pacyfikować pacjentów zanim odeślemy ich do Lecznicy Dusz - nie musiał tego sugerować, prawda?
Zrobił to dla podtrzymania absurdu prowadzonej rozmowy, ale wydawało mu się, że Rina raczej zdawała sobie z tego sprawę. Może nigdy tak o tym nie rozmawiali, jednak dla wielu osób obawiających się szpitala, takie wyobrażenie było raczej normą.
Oczywiście, w żadnym wypadku nie chciał jej stresować. Wręcz przeciwnie: niezmiernie podobała mu się lekkość prowadzonej przez nich rozmowy. To była naprawdę przyjemna odmiana od codzienności i tego, w jaki sposób ostatnio odnosili się do siebie przez większość czasu. Teraz było inaczej, niemal prawie tak jak kiedyś.
Choć dawniej raczej nie zwykła odwiedzać go w jego gabinecie w środku nocy. To było inne. To bez wątpienia była dla nich nie do końca chciana nowość. Co gorsza nie wydawało się, by którekolwiek z nich wiedziało, jak długo miałaby trwać i jak intensywnie się objawiać. Nie chciał bagatelizować lęków Yaxleyówny. Zamierzał być tu (i nie tylko tu; już to kiedyś powiedział) dla niej. Tyle tylko, że nie mógł tego robić przez cały czas, nawet jeśli w tej chwili starał się ignorować tę myśl.
Obecnie było miło. Wspólna praca szła im zadziwiająco lekko, zwłaszcza jak na to, że wykonywali raczej monotonne, nużące i powtarzalne czynności. Coś, co nigdy nie miało być fascynujące i co najchętniej wziąłby ze sobą do domu, żeby rzeczywiście móc wypić do tego szklaneczkę czy dwie szklaneczki whisky, czego nie mógł zrobić w szpitalu. Nawet mając tu co nieco, czego jeszcze nie zdążył spakować i zabrać ze sobą do Doliny Godryka, gdzie spędzał więcej czasu niż na Horyzontalnej.
- No, może nie przesadzajmy. Pół barku i nie pod biurkiem a w zamykanej szafce, więc - chciał powiedzieć, że nawet jeśli pragnęłaby to zrobić, raczej nie miałaby szans dokonać skoku i włamać się po butelkę, ale...
...no, właśnie. To była jego Rina. Oczywiście, że przynajmniej spróbowałaby to zrobić. Najpewniej by jej się powiodło. Szczególnie, jeśli wcześniej wypiłaby tę gorącą czekoladę, przed którą tak bardzo go ostrzegała, że aż nie mógł nie parsknąć, prawie przewracając oczami.
- Zapamiętam to sobie na przyszłość, zero czekolady - poruszył brwiami, uśmiechając się wcale nie tak ukradkowo. - Wrócę do ciebie, jeśli kiedyś postanowię poszerzyć zakres prywatnej praktyki - obiecał a może zagroził, jednocześnie ignorując wszelkie dodatkowe znaczenia tych słów, jak i to, że znowu mówili o czymś, co nie miało mieć miejsca.
Naprawdę zatrważająco łatwo było mu mówić o sprawach dotyczących nieistniejącej wspólnej przyszłości. Rzucać sugestiami, luźnymi tekstami, teoretyzować. W rzeczywistości pewnie nigdy nie miał otworzyć własnej praktyki innej niż ta świadczona po domach. Nie miał opuścić Munga, na awans też powoli przestawał liczyć, bo wypruwał sobie żyły a ten moment nie nadchodził.
A jednak przede wszystkim nie miał wrócić do dziewczyny. W ten czy w żaden sposób. Nie miał trzymać się blisko niej, nawet jeśli obecnie ich dystans ponownie nie istniał. Prowadzili lekką, może trochę zaczepną rozmowę. Cieszyli się swoim towarzystwem i ciszą dookoła nich. Deszczem i nocą za oknem. Było dobrze, ale na jak długo? Blady świt miał przynieść odpowiedź.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli - mruknął, znacząco zniżając głos i nadając mu już przesadnie charakterystyczną nutę brzmienia.
Nie wierzył w to, że mogła być po tym tak bardzo niewinna i nieświadoma rzuconej sugestii.
Tej, z którą ją zostawił, opuszczając pomieszczenie, żeby załatwić dosłownie dwie sprawy zanim zdążą wyjść na dach, aby zapalić. Wtedy już oboje w raczej nierzucający się w oczy sposób, bo w odpowiednich ubraniach.
Uniformy typowe dla uzdrowicieli z Munga na szczęście nie leżały po stronie szpitala. Choć może należałoby wysłowić się w trochę inny sposób. Zarząd rzeczywiście ustalał kroje czy kolory uzdrowicielskich strojów, odpowiadał za to, aby wszyscy nosili się w jednakowy sposób, by ich ubiór nie pozostawiał żadnych wątpliwości, z kim miało się do czynienia.
A jednak bardzo średnia sytuacja finansowa instytucji, braki kadrowe, ciągłe zmiany personelu, mnogość naprawdę bardzo wielu różnych osób przewijających się przez oddziały jako ich pracownicy... ...to wszystko raczej nie sprzyjało temu, aby szpital w jakikolwiek sposób brał na siebie zaopatrywanie pracowników w to, co mieli nosić w ramach pracy.
Ambroise bardzo mgliście pamiętał, że zaczynając karierę w Mungu rzeczywiście otrzymał jakieś fatałaszki, jednak nawet nie miał okazji stawić się na przymiarce. Po prostu wciśnięto mu coś, co zdaniem jakiejś mądrej głowy miało na niego pasować, po czym nazwano to dniem. Przydział został odhaczony. Należało w ogóle wspominać o tym, że Greengrass nigdy nawet nie próbował w nim paradować?
Od samego początku przeczuwając, co się świeci i jak to będzie wyglądać (to w końcu nie było jego pierwsze rodeo jako wysoki, raczej ponadprzeciętnie zbudowany człowiek pokaźnej postury) przezornie już wcześniej upewnił się, co do wymagań przyszłego pracodawcy i zaopatrzył się we właściwe ubrania. Nosił je od lat, całe szczęście mogąc pozwolić sobie na to, aby faktycznie dobrze na nim leżały.
Przymykając oko na to, że były w bardzo jasnym odcieniu zieleni, w niektórym oświetleniu wpadającym wręcz w żółć. Na odpowiednio jakościowym, dobrym i grubym materiale nie był to jeszcze zupełnie najgorszy rodzaj zieleni. Przynajmniej przez większość czasu, ale właśnie to oświetlenie czasami zmieniało cały odbiór. Żółty był naprawdę nietwarzowy kolorem, z którym Ambroise niestety nie mógł nic zrobić. Musiał z tym jakoś żyć.
Teraz kolejny raz mimowolnie czując narastające rozbawienie, gdy pomyślał o Geraldine w tym kolorze. Oboje na co dzień raczej nie mieli skłonności do korzystania z tak jasnej palety barw. Zobaczenie dziewczyny w czymś takim z pewnością miało być równie satysfakcjonujące, co jego obecne wyobrażenie na ten temat. Nie czekał zatem zbyt długo. Skoro sama dopominała się o swój fartuszek, zamierzał nie tylko tak po prostu jej go wręczyć.
Bez dalszego zawahania ruszył z miejsca, zmierzając w kierunku szafy stojącej w rogu pomieszczenia i sięgając na półkę. Teoretycznie po drodze mógł zaopatrzyć się w kitel stażysty, skoro Geraldine miała robić za jego asystentkę, ale wszyscy obecni stażyści byli znacznie niżsi i drobniejsi od jego dziewczyny. Za krótkie rękawy raziłyby bardziej niż użyczenie jej swojej własności.
Nie potrzebował się odzywać, prawda? Wystarczyło zrobić te trzy, może cztery kroki w jej stronę, przystając tuż za jej plecami. Przyglądając się odbiciom w oknie, spojrzał na Yaxleyównę w szybie, gładkim ruchem otulając jej ramiona kitlem. Resztę musiała zrobić sama. To nie wystarczyło, by go założyła, ale to nie miało znaczenia. Nie po to stanął tak blisko, nie po to sięgnął ku niej, nie po to narzucił na nią okrycie. Nie. Gdyby o to chodziło, po prostu by jej je podał.
- To dobrze - mruknął powoli z nieświadomie znacznie mocniej bijącym sercem, cały czas trzymając dłonie na przedramionach dziewczyny i bezwiednie nachylając się ustami w kierunku jej szyi. - Chyba nie jesteś z cukru - równie niespieszny pocałunek spoczął na linii szczęki Geraldine wraz z niemal niewyczuwalnym, bardzo subtelnym muśnięciem języka; smakowaniem w ramach standardów bezpieczeństwa, tak? - Nie jesteś - to wystarczyło, by wreszcie odsunął się o kilka centymetrów, rzucając jej spojrzenie w szybie pokrytej kroplami deszczu.
Lubił ten widok. Lubił ich razem. Kiedyś to przestało mieć sens?
Zrobił to dla podtrzymania absurdu prowadzonej rozmowy, ale wydawało mu się, że Rina raczej zdawała sobie z tego sprawę. Może nigdy tak o tym nie rozmawiali, jednak dla wielu osób obawiających się szpitala, takie wyobrażenie było raczej normą.
Oczywiście, w żadnym wypadku nie chciał jej stresować. Wręcz przeciwnie: niezmiernie podobała mu się lekkość prowadzonej przez nich rozmowy. To była naprawdę przyjemna odmiana od codzienności i tego, w jaki sposób ostatnio odnosili się do siebie przez większość czasu. Teraz było inaczej, niemal prawie tak jak kiedyś.
Choć dawniej raczej nie zwykła odwiedzać go w jego gabinecie w środku nocy. To było inne. To bez wątpienia była dla nich nie do końca chciana nowość. Co gorsza nie wydawało się, by którekolwiek z nich wiedziało, jak długo miałaby trwać i jak intensywnie się objawiać. Nie chciał bagatelizować lęków Yaxleyówny. Zamierzał być tu (i nie tylko tu; już to kiedyś powiedział) dla niej. Tyle tylko, że nie mógł tego robić przez cały czas, nawet jeśli w tej chwili starał się ignorować tę myśl.
Obecnie było miło. Wspólna praca szła im zadziwiająco lekko, zwłaszcza jak na to, że wykonywali raczej monotonne, nużące i powtarzalne czynności. Coś, co nigdy nie miało być fascynujące i co najchętniej wziąłby ze sobą do domu, żeby rzeczywiście móc wypić do tego szklaneczkę czy dwie szklaneczki whisky, czego nie mógł zrobić w szpitalu. Nawet mając tu co nieco, czego jeszcze nie zdążył spakować i zabrać ze sobą do Doliny Godryka, gdzie spędzał więcej czasu niż na Horyzontalnej.
- No, może nie przesadzajmy. Pół barku i nie pod biurkiem a w zamykanej szafce, więc - chciał powiedzieć, że nawet jeśli pragnęłaby to zrobić, raczej nie miałaby szans dokonać skoku i włamać się po butelkę, ale...
...no, właśnie. To była jego Rina. Oczywiście, że przynajmniej spróbowałaby to zrobić. Najpewniej by jej się powiodło. Szczególnie, jeśli wcześniej wypiłaby tę gorącą czekoladę, przed którą tak bardzo go ostrzegała, że aż nie mógł nie parsknąć, prawie przewracając oczami.
- Zapamiętam to sobie na przyszłość, zero czekolady - poruszył brwiami, uśmiechając się wcale nie tak ukradkowo. - Wrócę do ciebie, jeśli kiedyś postanowię poszerzyć zakres prywatnej praktyki - obiecał a może zagroził, jednocześnie ignorując wszelkie dodatkowe znaczenia tych słów, jak i to, że znowu mówili o czymś, co nie miało mieć miejsca.
Naprawdę zatrważająco łatwo było mu mówić o sprawach dotyczących nieistniejącej wspólnej przyszłości. Rzucać sugestiami, luźnymi tekstami, teoretyzować. W rzeczywistości pewnie nigdy nie miał otworzyć własnej praktyki innej niż ta świadczona po domach. Nie miał opuścić Munga, na awans też powoli przestawał liczyć, bo wypruwał sobie żyły a ten moment nie nadchodził.
A jednak przede wszystkim nie miał wrócić do dziewczyny. W ten czy w żaden sposób. Nie miał trzymać się blisko niej, nawet jeśli obecnie ich dystans ponownie nie istniał. Prowadzili lekką, może trochę zaczepną rozmowę. Cieszyli się swoim towarzystwem i ciszą dookoła nich. Deszczem i nocą za oknem. Było dobrze, ale na jak długo? Blady świt miał przynieść odpowiedź.
- Dobrze wiesz, co mam na myśli - mruknął, znacząco zniżając głos i nadając mu już przesadnie charakterystyczną nutę brzmienia.
Nie wierzył w to, że mogła być po tym tak bardzo niewinna i nieświadoma rzuconej sugestii.
Tej, z którą ją zostawił, opuszczając pomieszczenie, żeby załatwić dosłownie dwie sprawy zanim zdążą wyjść na dach, aby zapalić. Wtedy już oboje w raczej nierzucający się w oczy sposób, bo w odpowiednich ubraniach.
Uniformy typowe dla uzdrowicieli z Munga na szczęście nie leżały po stronie szpitala. Choć może należałoby wysłowić się w trochę inny sposób. Zarząd rzeczywiście ustalał kroje czy kolory uzdrowicielskich strojów, odpowiadał za to, aby wszyscy nosili się w jednakowy sposób, by ich ubiór nie pozostawiał żadnych wątpliwości, z kim miało się do czynienia.
A jednak bardzo średnia sytuacja finansowa instytucji, braki kadrowe, ciągłe zmiany personelu, mnogość naprawdę bardzo wielu różnych osób przewijających się przez oddziały jako ich pracownicy... ...to wszystko raczej nie sprzyjało temu, aby szpital w jakikolwiek sposób brał na siebie zaopatrywanie pracowników w to, co mieli nosić w ramach pracy.
Ambroise bardzo mgliście pamiętał, że zaczynając karierę w Mungu rzeczywiście otrzymał jakieś fatałaszki, jednak nawet nie miał okazji stawić się na przymiarce. Po prostu wciśnięto mu coś, co zdaniem jakiejś mądrej głowy miało na niego pasować, po czym nazwano to dniem. Przydział został odhaczony. Należało w ogóle wspominać o tym, że Greengrass nigdy nawet nie próbował w nim paradować?
Od samego początku przeczuwając, co się świeci i jak to będzie wyglądać (to w końcu nie było jego pierwsze rodeo jako wysoki, raczej ponadprzeciętnie zbudowany człowiek pokaźnej postury) przezornie już wcześniej upewnił się, co do wymagań przyszłego pracodawcy i zaopatrzył się we właściwe ubrania. Nosił je od lat, całe szczęście mogąc pozwolić sobie na to, aby faktycznie dobrze na nim leżały.
Przymykając oko na to, że były w bardzo jasnym odcieniu zieleni, w niektórym oświetleniu wpadającym wręcz w żółć. Na odpowiednio jakościowym, dobrym i grubym materiale nie był to jeszcze zupełnie najgorszy rodzaj zieleni. Przynajmniej przez większość czasu, ale właśnie to oświetlenie czasami zmieniało cały odbiór. Żółty był naprawdę nietwarzowy kolorem, z którym Ambroise niestety nie mógł nic zrobić. Musiał z tym jakoś żyć.
Teraz kolejny raz mimowolnie czując narastające rozbawienie, gdy pomyślał o Geraldine w tym kolorze. Oboje na co dzień raczej nie mieli skłonności do korzystania z tak jasnej palety barw. Zobaczenie dziewczyny w czymś takim z pewnością miało być równie satysfakcjonujące, co jego obecne wyobrażenie na ten temat. Nie czekał zatem zbyt długo. Skoro sama dopominała się o swój fartuszek, zamierzał nie tylko tak po prostu jej go wręczyć.
Bez dalszego zawahania ruszył z miejsca, zmierzając w kierunku szafy stojącej w rogu pomieszczenia i sięgając na półkę. Teoretycznie po drodze mógł zaopatrzyć się w kitel stażysty, skoro Geraldine miała robić za jego asystentkę, ale wszyscy obecni stażyści byli znacznie niżsi i drobniejsi od jego dziewczyny. Za krótkie rękawy raziłyby bardziej niż użyczenie jej swojej własności.
Nie potrzebował się odzywać, prawda? Wystarczyło zrobić te trzy, może cztery kroki w jej stronę, przystając tuż za jej plecami. Przyglądając się odbiciom w oknie, spojrzał na Yaxleyównę w szybie, gładkim ruchem otulając jej ramiona kitlem. Resztę musiała zrobić sama. To nie wystarczyło, by go założyła, ale to nie miało znaczenia. Nie po to stanął tak blisko, nie po to sięgnął ku niej, nie po to narzucił na nią okrycie. Nie. Gdyby o to chodziło, po prostu by jej je podał.
- To dobrze - mruknął powoli z nieświadomie znacznie mocniej bijącym sercem, cały czas trzymając dłonie na przedramionach dziewczyny i bezwiednie nachylając się ustami w kierunku jej szyi. - Chyba nie jesteś z cukru - równie niespieszny pocałunek spoczął na linii szczęki Geraldine wraz z niemal niewyczuwalnym, bardzo subtelnym muśnięciem języka; smakowaniem w ramach standardów bezpieczeństwa, tak? - Nie jesteś - to wystarczyło, by wreszcie odsunął się o kilka centymetrów, rzucając jej spojrzenie w szybie pokrytej kroplami deszczu.
Lubił ten widok. Lubił ich razem. Kiedyś to przestało mieć sens?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down