22.02.2025, 23:39 ✶
Nie zamierzałem stać ze zwieszoną głową, gdy ta przeklęta panna z wyższych sfer, udająca wielką łowczynię, miała czelność rzucać we mnie oskarżeniami. Tym bardziej nie zamierzałem milczeć. Gdy Geraldine na mnie naskoczyła, uderzając w moją godność, poczułem, jak coś we mnie pęka. Ambroise i Cornelius mogli tolerować jej kaprysy, jej chwiejne emocje, jej PMS - zapewne permanentny... Ale ja? Nie zamierzałem tego robić. Miałem dość. Miałem dość jej pretensjonalnych spojrzeń i bezczelności.
O nie... Nie, Geraldine Yaxley, wybrałaś sobie złego chłopca do bicia.
W moich oczach ta nieco podstarzała pannica była jedynie hipokrytką, która w każdej chwili mogła wrócić do swojego wygodnego życia, podczas, gdy ja od wielu lat musiałem stawiać czoła znacznie bardziej brutalnej rzeczywistości. Żyła w swoim małym, zamkniętym świecie, w którym tylko ona miała prawo do uczuć i tylko ona mogła być ofiarą. Wszyscy inni byli wyłącznie jej podnóżkami. Z tym, że mogła to stosować wobec moich przyjaciół, chociaż to też mnie wkurwiło. Jakim cudem uchodziło jej to płazem - nie wiem, bo wydawało mi się, że obaj nie dawali sobie wchodzić na głowę. No, cóż - najwyraźniej zmienili się przez te lata. Ja? Nie byłem jej podnóżkiem. Nie byłem nikim, kogo mogłaby lekceważyć.
- Fenwick.
Byłem niemiły? Powiedziałem coś na wyrost? Oceniłem cię za to, kim wyobrażam sobie, że jesteś, a nie za twoje prawdziwe ja? Ojej. Jak bardzo mi, kurwa, wszystko jedno.
Nie mogłem się powstrzymać - wybuchnąłem szorstkim, chamskim śmiechem. Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach.
Tak łatwo jej przyszło oceniać sytuację i wydawać wyroki, nie znając ani kawałka prawdziwej historii, że musiałem odpowiedzieć pięknym za nadobne. Nie miałem baczenia na to, jak mocno kąsam. To ona zaczęła tę konfrontację. To ona, z pełnym przekonaniem, zarzuciła mi, że porzuciłem przyjaciół, gdy wybuchła wojna. Jak mogła mieć czelność mówić mi takie rzeczy, gdy nie miała pojęcia o tym, co przeszedłem? O tym, że każda decyzja, którą musiałem podejmować, była walką o przetrwanie, gdy musiałem uciekać jak zbity pies, by chronić to, co dla mnie najcenniejsze.
Nie wiedziała o mnie zupełnie nic - o moich zmaganiach, o mojej walce. Nie miała pojęcia, kim byłem, dopóki jej się nie przedstawiłem. A teraz czuła się upoważniona do wydawania wyroków? Nie osądów - to od razu były wyroki.
Zachowywała się tak, jakby wszyscy wokół niej byli jedynie marionetkami na sznureczkach, które miały tańczyć w rytm jej widzimisię. Jakby miała prawo oceniać ludzi tylko dlatego, że urodziła się w odpowiedniej rodzinie, z której zrobiła sobie tarczę ochronną. Jakby miała jakiekolwiek pojęcie o mojej historii, o tym, co naprawdę przeżyłem. Znała mnie ledwie chwilę, a już miała czelność wyciągać wnioski. To jasne, że odpłaciłem się pięknym za nadobne, a to, co zobaczyłem w jej oczach, było dla mnie niezdrowo satysfakcjonujące.
- Gdybysz miała o mnie jakiekolwiek pojęcie, wiedziałabyś, sze nie spieldoliłem stąd dla siebie... - Zerknąłem na Ambroisa i Corneliusa, którzy stali z boku, ale w tej chwili nie obchodziło mnie, co myślą. Wróciłem wzrokiem do tej szmaty.
Geraldine mogła myśleć, że jest ponad wszystkimi, ale teraz stała przede mną. A ja nie byłem wszystkimi - w oczach magicznego społeczeństwa byłem nikim. Nie byłem Corneliusem, nie byłem Ambroisem. Nie zamierzałem się cofać ani giąć karku. Miałem głęboko gdzieś to, że jest kobietą. Skurwiel to skurwiel - nawet, jeśli chodzi w sukienkach. Nie mogłem już dłużej znieść jej obłudy.
- Spieldoliłem stąd, bo moja szona była w ciąszy. Musiałem zająś się nią, bo sama nie miałaby szans. Nie wyjechałaby stąd. Zalsznęliby ją, bo była szlamą, ale co ty moszesz o tym wiedzieć? Stoisz tu i myślisz, że wiesz, jak to jest być mną? - Zaśmiałem się szorstko, prowokując ją jeszcze bardziej.
Ból, który towarzyszył mi od tamtej pory, znów uderzył w serce. Sprawił, że żołądek ścisnął mi się w supeł. Przegięła. Nie wiedziała, jak się czujesz, gdy twoja żona traci dziecko. Jak to jest, gdy wszystko, co budowaliście, zaczyna się łamać. Oddaliliśmy się od siebie z Alice, a teraz nie mieliśmy już nic wspólnego. Nigdy nie była ze mną szczera, ale mieliśmy swój moment wiary...
Odrzucając te wspomnienia, spojrzałem na Geraldine. W moim wzroku było coś, co zwiastowało nadciągający kataklizm. Tragikomedię w trzech aktach. Zignorowałem pozostałe pytania - dostatecznie mnie sprowokowała.
W pewnym sensie dostała swoje równouprawnienie...
Ignorując Corneliusa i Ambroise'a, rzuciłem się na nią, próbując ją zaskoczyć - wyraźnie nieudolnie, bo miała ten sam pomysł na rozładowanie napięcia. W tej samej chwili, gdy ona rzuciła się na mnie, ja również ruszyłem w jej stronę, ignorując resztę towarzystwa. Nie zrobiłem uniku. Zamiast tego, z całej siły natarłem na nią, chcąc przepchnąć ją z drogi. Całym ciężarem ciała spróbowałem zmieść ją na przeciwną ścianę, złapać ją za przedramiona i uderzyć jej plecami o drzwi. To był moment... Poczułem, jak nasze ciała zderzają się ze sobą... W tej chwili nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, by wyładować całą swoją wściekłość. Nie obchodziło mnie, co będzie dalej. W tej sytuacji liczyło się tylko to, by pokazać pannicy, że nie jestem jej podnóżkiem. Nie dbałem o nic, tylko o to, by pokazać jej, że nie jestem jej zabawką, że nie zamierzam być jej ofiarą. Nie jestem nikim, kogo można lekceważyć i poniżać.
Niezależnie od tego, kto kogo posłał na co, od razu próbowałem złapać kobietę za kucyk i uderzyć jej głową o ścianę albo o drzwi. Czołem albo tyłem głowy - nieistotne. Chciałem, żeby zabolało.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - na przepchnięcie się z Geraldine / kto kogo przytula do czego
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - na złapanie za włosy / udane to próba uderzenia, nieudane - nie
O nie... Nie, Geraldine Yaxley, wybrałaś sobie złego chłopca do bicia.
W moich oczach ta nieco podstarzała pannica była jedynie hipokrytką, która w każdej chwili mogła wrócić do swojego wygodnego życia, podczas, gdy ja od wielu lat musiałem stawiać czoła znacznie bardziej brutalnej rzeczywistości. Żyła w swoim małym, zamkniętym świecie, w którym tylko ona miała prawo do uczuć i tylko ona mogła być ofiarą. Wszyscy inni byli wyłącznie jej podnóżkami. Z tym, że mogła to stosować wobec moich przyjaciół, chociaż to też mnie wkurwiło. Jakim cudem uchodziło jej to płazem - nie wiem, bo wydawało mi się, że obaj nie dawali sobie wchodzić na głowę. No, cóż - najwyraźniej zmienili się przez te lata. Ja? Nie byłem jej podnóżkiem. Nie byłem nikim, kogo mogłaby lekceważyć.
- Fenwick.
Byłem niemiły? Powiedziałem coś na wyrost? Oceniłem cię za to, kim wyobrażam sobie, że jesteś, a nie za twoje prawdziwe ja? Ojej. Jak bardzo mi, kurwa, wszystko jedno.
Nie mogłem się powstrzymać - wybuchnąłem szorstkim, chamskim śmiechem. Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach.
Tak łatwo jej przyszło oceniać sytuację i wydawać wyroki, nie znając ani kawałka prawdziwej historii, że musiałem odpowiedzieć pięknym za nadobne. Nie miałem baczenia na to, jak mocno kąsam. To ona zaczęła tę konfrontację. To ona, z pełnym przekonaniem, zarzuciła mi, że porzuciłem przyjaciół, gdy wybuchła wojna. Jak mogła mieć czelność mówić mi takie rzeczy, gdy nie miała pojęcia o tym, co przeszedłem? O tym, że każda decyzja, którą musiałem podejmować, była walką o przetrwanie, gdy musiałem uciekać jak zbity pies, by chronić to, co dla mnie najcenniejsze.
Nie wiedziała o mnie zupełnie nic - o moich zmaganiach, o mojej walce. Nie miała pojęcia, kim byłem, dopóki jej się nie przedstawiłem. A teraz czuła się upoważniona do wydawania wyroków? Nie osądów - to od razu były wyroki.
Zachowywała się tak, jakby wszyscy wokół niej byli jedynie marionetkami na sznureczkach, które miały tańczyć w rytm jej widzimisię. Jakby miała prawo oceniać ludzi tylko dlatego, że urodziła się w odpowiedniej rodzinie, z której zrobiła sobie tarczę ochronną. Jakby miała jakiekolwiek pojęcie o mojej historii, o tym, co naprawdę przeżyłem. Znała mnie ledwie chwilę, a już miała czelność wyciągać wnioski. To jasne, że odpłaciłem się pięknym za nadobne, a to, co zobaczyłem w jej oczach, było dla mnie niezdrowo satysfakcjonujące.
- Gdybysz miała o mnie jakiekolwiek pojęcie, wiedziałabyś, sze nie spieldoliłem stąd dla siebie... - Zerknąłem na Ambroisa i Corneliusa, którzy stali z boku, ale w tej chwili nie obchodziło mnie, co myślą. Wróciłem wzrokiem do tej szmaty.
Geraldine mogła myśleć, że jest ponad wszystkimi, ale teraz stała przede mną. A ja nie byłem wszystkimi - w oczach magicznego społeczeństwa byłem nikim. Nie byłem Corneliusem, nie byłem Ambroisem. Nie zamierzałem się cofać ani giąć karku. Miałem głęboko gdzieś to, że jest kobietą. Skurwiel to skurwiel - nawet, jeśli chodzi w sukienkach. Nie mogłem już dłużej znieść jej obłudy.
- Spieldoliłem stąd, bo moja szona była w ciąszy. Musiałem zająś się nią, bo sama nie miałaby szans. Nie wyjechałaby stąd. Zalsznęliby ją, bo była szlamą, ale co ty moszesz o tym wiedzieć? Stoisz tu i myślisz, że wiesz, jak to jest być mną? - Zaśmiałem się szorstko, prowokując ją jeszcze bardziej.
Ból, który towarzyszył mi od tamtej pory, znów uderzył w serce. Sprawił, że żołądek ścisnął mi się w supeł. Przegięła. Nie wiedziała, jak się czujesz, gdy twoja żona traci dziecko. Jak to jest, gdy wszystko, co budowaliście, zaczyna się łamać. Oddaliliśmy się od siebie z Alice, a teraz nie mieliśmy już nic wspólnego. Nigdy nie była ze mną szczera, ale mieliśmy swój moment wiary...
Odrzucając te wspomnienia, spojrzałem na Geraldine. W moim wzroku było coś, co zwiastowało nadciągający kataklizm. Tragikomedię w trzech aktach. Zignorowałem pozostałe pytania - dostatecznie mnie sprowokowała.
AKT PIERWSZY - nie musisz być facetem, żebym traktował cię jak chuja
W pewnym sensie dostała swoje równouprawnienie...
Ignorując Corneliusa i Ambroise'a, rzuciłem się na nią, próbując ją zaskoczyć - wyraźnie nieudolnie, bo miała ten sam pomysł na rozładowanie napięcia. W tej samej chwili, gdy ona rzuciła się na mnie, ja również ruszyłem w jej stronę, ignorując resztę towarzystwa. Nie zrobiłem uniku. Zamiast tego, z całej siły natarłem na nią, chcąc przepchnąć ją z drogi. Całym ciężarem ciała spróbowałem zmieść ją na przeciwną ścianę, złapać ją za przedramiona i uderzyć jej plecami o drzwi. To był moment... Poczułem, jak nasze ciała zderzają się ze sobą... W tej chwili nie myślałem o niczym innym, tylko o tym, by wyładować całą swoją wściekłość. Nie obchodziło mnie, co będzie dalej. W tej sytuacji liczyło się tylko to, by pokazać pannicy, że nie jestem jej podnóżkiem. Nie dbałem o nic, tylko o to, by pokazać jej, że nie jestem jej zabawką, że nie zamierzam być jej ofiarą. Nie jestem nikim, kogo można lekceważyć i poniżać.
Niezależnie od tego, kto kogo posłał na co, od razu próbowałem złapać kobietę za kucyk i uderzyć jej głową o ścianę albo o drzwi. Czołem albo tyłem głowy - nieistotne. Chciałem, żeby zabolało.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - na przepchnięcie się z Geraldine / kto kogo przytula do czego
Rzut PO 1d100 - 35
Slaby sukces...
Slaby sukces...
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - na złapanie za włosy / udane to próba uderzenia, nieudane - nie
Rzut PO 1d100 - 49
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)