23.02.2025, 01:15 ✶
Chciałaby odpowiedzieć może Azkaban by nauczył cię respektu, ale zwyczajnie nie zdążyła. Gdy tylko nabrała powietrza w usta, poczuła nieprzyjemny uścisk w dołku, a potem świat wokół nich nagle stał się bardzo, bardzo mały, zawirował i sprawił, że zakręciło jej się w głowie. A potem wszystko potoczyło się tak szybko, że bez sensu było wracać do tego, co było przed chwilą.
- Napastnikowi nie dałabym szansy, żeby zbliżył się do mnie na odległość kroku - odparowała, bo przecież taka była prawda. To, że pozwoliła mu się zbliżyć do siebie na wyciągnięcie ręki było spowodowane tym, jak pojebana była ich relacja. Denerwował ją i to bardziej niż bardzo, lecz jednocześnie pociągał w taki sposób, w który pociąga talia kart, w której wiesz że jedna karta nie jest taka, jak powinna. I chociaż powinien być jej obojętny, powinna się wzdrygać, wzbraniać - to pozwalała mu na więcej, niż pozwalała komukolwiek innemu. Nie wiedział tego, bo przecież Roselyn Greengrass do tej pory nie była w żadnym stopniu na ustach magicznej socjety. Nie mógł wiedzieć, że nie pozwalała nikomu zbliżyć się do siebie na więcej niż dwa kroki - że liczyło się dla niej zupełnie co innego, niż fizyczność. Że gdy przekraczała granice to tylko po to, by dopiąć swego i sprawić, by dostała to, czego chciała. - Nie zmuszaj mnie, żebym pokazała zęby.
Prychnęła z oburzeniem, chociaż doceniała to, jak teatralnie się zachował. Nie dlatego, że wyśmiewał to, jak słaba była - widziała, że chce rozluźnić atmosferę i jednocześnie nie chciał jej urazić. Nie robił tego tak, by poczuła się jak dama, nie upadł na ziemię, lecz jednocześnie obrócił to wszystko w żart, tak... Jak jej brat. Na samo to porównanie wzdrygnęła się.
- Nawet jakbym złamała nogę, to wolałabym kuśtykać sama - odpowiedziała nieco wyniośle, lecz chyba każdy by się domyślił że kobieta jej postury nie dałaby rady skakać ze złamaną nogą dalej niż dziesięć metrów. Ba, gdyby doszło do takiego incydentu, to pewnie Roselyn śpiewałaby zupełnie inaczej, pokazując swoją prawdziwą twarz, lecz... Nie doszło do niego. Przeszła przez pień jakby robiła to od wczoraj, chociaż zachwiała się wyraźnie, i wylądowała cało po drugiej stronie. Na te kluby nie odpowiedziała - nie musiała. Wystarczyło że wzruszyła ramionami, bo co mu miała odpowiedzieć? Że ma wyższe idee w życiu, lepsze cele niż te, które tańczą w Kotle lub Fontannie? Że uważa się za lepszą, przydatniejszą niż te, które wyginają biodra do muzyki? - Jeżeli chciałeś, żeby to był romantyczny spacer, powinieneś nauczyć się innych słów. Proszę, przepraszam, czy mogłabyś...
Zakpiła, kręcąc głową. I pewnie by się odwróciła i wyszła na chamkę, gdyby nie ten błysk w jego oku, który sprawił, że na dłuższy moment zatrzymała spojrzenie na jego oczach. W jej własnych kryło się rozbawienie - mówiła jedno, lecz czuła drugie. To, że tak skakał i pyskował, że próbował a jednocześnie się obrażał, było dla niej przyjemną odmianą i nie potrafiła tego ukryć inaczej, niż za zasłoną z włosów, z czego po chwili skrzętnie skorzystała.
Gdy transmutował kurtkę w koc: nie zaimponował jej. Ale gdy stworzył bańkę wokół nich, która miała osłaniać ich przed wiatrem, spojrzała nań odrobinę przychylniej. Była wdzięczna za to, że o tym pomyślał: niewiele osób byłoby na to stać.
- Mało o mnie wiesz, Anthony - powiedziała, specjalnie wymawiając jego imię z nieznacznym przekąsem. I chociaż jej oczy świeciły się na widok słodkości, to najpierw chwyciła za butelkę. - Po pierwsze: najpierw truskawki. Jeżeli masz do wyboru czekoladę i truskawki: wybierz truskawki.
Lubiła słodycze, ale zdecydowanie wolała owoce. Co nie znaczyło, że nie sięgnie po ciastko. Chwyciła to z czekoladą, jakby to miało przeczyć temu, co powiedziała.
- Po drugie: mam nadzieję że nie wybrałeś zbyt słodkiego wina, bo od dobrobytu... - powinna dodać, że głowa boli. Ale pociągnęła łyk prosto z butelki, patrząc mu prosto w oczy. Nic nie mogło równać się naleśnikom od Flory, ale ciastka które przyniósł... Chwyciła za jedno tylko po to, żeby nie zauważył wahania w jej oczach. I chyba piła trochę za długo jak na "nie jestem damą" przystało".
- Co byś powiedział na zamknięcie oczu? - zapytała nagle, poważniejąc. Wzrok, którym obdarzyła Anthonyego, nie mógł się równać z żadnym innym. Zamknij oczy, wypij łyk i.... nie słuchaj mnie.
- Napastnikowi nie dałabym szansy, żeby zbliżył się do mnie na odległość kroku - odparowała, bo przecież taka była prawda. To, że pozwoliła mu się zbliżyć do siebie na wyciągnięcie ręki było spowodowane tym, jak pojebana była ich relacja. Denerwował ją i to bardziej niż bardzo, lecz jednocześnie pociągał w taki sposób, w który pociąga talia kart, w której wiesz że jedna karta nie jest taka, jak powinna. I chociaż powinien być jej obojętny, powinna się wzdrygać, wzbraniać - to pozwalała mu na więcej, niż pozwalała komukolwiek innemu. Nie wiedział tego, bo przecież Roselyn Greengrass do tej pory nie była w żadnym stopniu na ustach magicznej socjety. Nie mógł wiedzieć, że nie pozwalała nikomu zbliżyć się do siebie na więcej niż dwa kroki - że liczyło się dla niej zupełnie co innego, niż fizyczność. Że gdy przekraczała granice to tylko po to, by dopiąć swego i sprawić, by dostała to, czego chciała. - Nie zmuszaj mnie, żebym pokazała zęby.
Prychnęła z oburzeniem, chociaż doceniała to, jak teatralnie się zachował. Nie dlatego, że wyśmiewał to, jak słaba była - widziała, że chce rozluźnić atmosferę i jednocześnie nie chciał jej urazić. Nie robił tego tak, by poczuła się jak dama, nie upadł na ziemię, lecz jednocześnie obrócił to wszystko w żart, tak... Jak jej brat. Na samo to porównanie wzdrygnęła się.
- Nawet jakbym złamała nogę, to wolałabym kuśtykać sama - odpowiedziała nieco wyniośle, lecz chyba każdy by się domyślił że kobieta jej postury nie dałaby rady skakać ze złamaną nogą dalej niż dziesięć metrów. Ba, gdyby doszło do takiego incydentu, to pewnie Roselyn śpiewałaby zupełnie inaczej, pokazując swoją prawdziwą twarz, lecz... Nie doszło do niego. Przeszła przez pień jakby robiła to od wczoraj, chociaż zachwiała się wyraźnie, i wylądowała cało po drugiej stronie. Na te kluby nie odpowiedziała - nie musiała. Wystarczyło że wzruszyła ramionami, bo co mu miała odpowiedzieć? Że ma wyższe idee w życiu, lepsze cele niż te, które tańczą w Kotle lub Fontannie? Że uważa się za lepszą, przydatniejszą niż te, które wyginają biodra do muzyki? - Jeżeli chciałeś, żeby to był romantyczny spacer, powinieneś nauczyć się innych słów. Proszę, przepraszam, czy mogłabyś...
Zakpiła, kręcąc głową. I pewnie by się odwróciła i wyszła na chamkę, gdyby nie ten błysk w jego oku, który sprawił, że na dłuższy moment zatrzymała spojrzenie na jego oczach. W jej własnych kryło się rozbawienie - mówiła jedno, lecz czuła drugie. To, że tak skakał i pyskował, że próbował a jednocześnie się obrażał, było dla niej przyjemną odmianą i nie potrafiła tego ukryć inaczej, niż za zasłoną z włosów, z czego po chwili skrzętnie skorzystała.
Gdy transmutował kurtkę w koc: nie zaimponował jej. Ale gdy stworzył bańkę wokół nich, która miała osłaniać ich przed wiatrem, spojrzała nań odrobinę przychylniej. Była wdzięczna za to, że o tym pomyślał: niewiele osób byłoby na to stać.
- Mało o mnie wiesz, Anthony - powiedziała, specjalnie wymawiając jego imię z nieznacznym przekąsem. I chociaż jej oczy świeciły się na widok słodkości, to najpierw chwyciła za butelkę. - Po pierwsze: najpierw truskawki. Jeżeli masz do wyboru czekoladę i truskawki: wybierz truskawki.
Lubiła słodycze, ale zdecydowanie wolała owoce. Co nie znaczyło, że nie sięgnie po ciastko. Chwyciła to z czekoladą, jakby to miało przeczyć temu, co powiedziała.
- Po drugie: mam nadzieję że nie wybrałeś zbyt słodkiego wina, bo od dobrobytu... - powinna dodać, że głowa boli. Ale pociągnęła łyk prosto z butelki, patrząc mu prosto w oczy. Nic nie mogło równać się naleśnikom od Flory, ale ciastka które przyniósł... Chwyciła za jedno tylko po to, żeby nie zauważył wahania w jej oczach. I chyba piła trochę za długo jak na "nie jestem damą" przystało".
- Co byś powiedział na zamknięcie oczu? - zapytała nagle, poważniejąc. Wzrok, którym obdarzyła Anthonyego, nie mógł się równać z żadnym innym. Zamknij oczy, wypij łyk i.... nie słuchaj mnie.