23.02.2025, 13:07 ✶
Kiedy większość stworzonych przez ciebie relacji jest toksyczna do cna, spodziewasz się w takich chwilach potępienia, paniki, zgrzytania zębami. Zostania pchniętym na podłogę, bycia wyzywanym, szarpania za rękaw. Gróźb odejścia podpartych tym, że się najwyraźniej nie było dla niego wystarczającym. Wyrzutów z tym związanych - no bo jak to, jak to tak, jak się miało funkcjonować dalej w związku, kiedy się wiedziało, że w jakimś momencie ta miłość nie była wystarczająca, żeby się przebić przez ten głęboki smutek i mogła zostać stracona kiedy tylko spętają ją okrutne pasma śmierci. Nic takiego się nie stało. On już miał gotowe zdania do odbijania argumentów w tej kłótni. O tym jak mało czasu minęło. O tym jak jego życie stanowiło ruinę i potrzebował go więcej. O tym jak nie potrafił przestać myśleć w stary, wulgarny, często obrzydliwy sposób i kochał go, ale te piękne wieczory przy książkach, kiedy coraz mniej przeklinał i dawał się wytarmosić za policzki gdyby tylko Księżniczka tego chciała, to był jego Crow - ten za zamkniętymi drzwiami - a kiedy Laurenta nie było obok (co stanem preferowanym zdecydowanie nie było) wracał Crow, którego nie udało mu się ujarzmić. Ten szaleniec, ten... Ktoś zdolny do wyrządzania sobie i innym okropnej krzywdy i...
To nie nadeszło, ale jednocześnie w głowie pojawiła mu się definicja słownikowa bland. Jego serce waliło jak bęben, a rozgrzaną skóra twarzy wydawała się płonąć, kiedy dotykały jej miękkie wargi Laurenta. Działał, jak zawsze zresztą, bardzo instynktownie. Zmienił swoją pozycję tak, żeby Prewettowi było wygodniej i żeby się mógł na nim położyć. Przesuwał ręką wzdłuż jego boku, badając fakturę materiału piżamy. Było w takich strojach coś staromodnego, to zaś w połączeniu z delikatną urodą i bardzo charakterystycznym stylem bycia, tworzyło wyjątkowo spójny obrazek kogoś niewinnego do cna. Ale on przecież taki nie był - wręcz przeciwnie, należał do osób wyjątkowo wyuzdanych. Crow zastanawiał się więc czy Laurent o tym myślał. O tym, że ręka gładząca go delikatnie po plecach mogłaby zjechać niżej, zamieniając atmosferę tej sceny bezpowrotnie. Ale nie robił tego. Był zbyt zafiksowany na tym, jak bardzo odrealniona wydawała mu się ta reakcja.
- Laurent - zaczął, wyglądając o wiele mniej swobodnie niż kiedy był przez niego całowany. - Mmmh. Dlaczego nie jesteś na mnie zły? Dlaczego tego nie podważasz? - Tej miłości. Mówił o tym wcześniej, pytał go o to, czy mógł go dalej kochać. - Proszę powiedz że dalej chcesz mnie mieć. Że dalej jestem twój. Proszę. Jak jestem twój to czemu nie jesteś zły? - Bo jak ktoś był zły, jak go szarpał, jak się tam pojawiały gorzkie słowa, to mógł czuć się od tego źle, ale jakoś tak... Wiedział, że komuś zależało. Bo ludzie którym nie zależy nie krzyczeli. Potrafiliby przejść z taką katastrofą jak próba samobójcza do porządku dziennego bardzo szybko, jakby nic się nie stało, jakby mu właśnie powiedział, że musiał za niego zapłacić dwa galeony kary w bibliotece i udawał niewiniątko, a Laurent podchodził do tego ze spokojem - miał przecież oczy, uszy, mózg przetwarzający bodźce i wiedział jak Crow funkcjonował - na cudzy rachunek. Ale teraz... A gdyby się jednak zabił? A gdyby...? No bo płakał przed chwilą na wieść o tym, że Crow kogoś stracił, a teraz...
To nie nadeszło, ale jednocześnie w głowie pojawiła mu się definicja słownikowa bland. Jego serce waliło jak bęben, a rozgrzaną skóra twarzy wydawała się płonąć, kiedy dotykały jej miękkie wargi Laurenta. Działał, jak zawsze zresztą, bardzo instynktownie. Zmienił swoją pozycję tak, żeby Prewettowi było wygodniej i żeby się mógł na nim położyć. Przesuwał ręką wzdłuż jego boku, badając fakturę materiału piżamy. Było w takich strojach coś staromodnego, to zaś w połączeniu z delikatną urodą i bardzo charakterystycznym stylem bycia, tworzyło wyjątkowo spójny obrazek kogoś niewinnego do cna. Ale on przecież taki nie był - wręcz przeciwnie, należał do osób wyjątkowo wyuzdanych. Crow zastanawiał się więc czy Laurent o tym myślał. O tym, że ręka gładząca go delikatnie po plecach mogłaby zjechać niżej, zamieniając atmosferę tej sceny bezpowrotnie. Ale nie robił tego. Był zbyt zafiksowany na tym, jak bardzo odrealniona wydawała mu się ta reakcja.
- Laurent - zaczął, wyglądając o wiele mniej swobodnie niż kiedy był przez niego całowany. - Mmmh. Dlaczego nie jesteś na mnie zły? Dlaczego tego nie podważasz? - Tej miłości. Mówił o tym wcześniej, pytał go o to, czy mógł go dalej kochać. - Proszę powiedz że dalej chcesz mnie mieć. Że dalej jestem twój. Proszę. Jak jestem twój to czemu nie jesteś zły? - Bo jak ktoś był zły, jak go szarpał, jak się tam pojawiały gorzkie słowa, to mógł czuć się od tego źle, ale jakoś tak... Wiedział, że komuś zależało. Bo ludzie którym nie zależy nie krzyczeli. Potrafiliby przejść z taką katastrofą jak próba samobójcza do porządku dziennego bardzo szybko, jakby nic się nie stało, jakby mu właśnie powiedział, że musiał za niego zapłacić dwa galeony kary w bibliotece i udawał niewiniątko, a Laurent podchodził do tego ze spokojem - miał przecież oczy, uszy, mózg przetwarzający bodźce i wiedział jak Crow funkcjonował - na cudzy rachunek. Ale teraz... A gdyby się jednak zabił? A gdyby...? No bo płakał przed chwilą na wieść o tym, że Crow kogoś stracił, a teraz...
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.