23.02.2025, 18:49 ✶
Nie wiedział co sprawiło, że stał prosto, utrzymując tarczę, pomimo wszystkiego co działo się dookoła nich, nawet jeśli w głowie, jak przy zapętlonym gramofonie, leciało mu w kółko jedynie kurwa, kurwa, kurwa. Możliwe, że po prostu wiedział, że wyłącznie zachowanie zimnej krwi wybawi ich z tej sytuacji. Możliwe też było, że nikt kto wywodził się z rodziny lubującej się w hazardzie i nielegalnej działalności (a także ryzykowanych zdradach małżeńskich) nie mógł być do końca normalny i tym samym świetnie radził sobie w tego typu dzikich sytuacjach.
Pierwsze zaklęcie trafiło Kettleburna i Basilius musiał ardzo się powstrzymać, aby nie powiedzieć Puchonce, że ich profesor nie jest żadnym fantastycznym stworzeniem. Kolejne zaklęcie i... Różdżka niemal nie wypadła mu z ręki, kiedy ognisty pocisk uderzył w tarczę. Serce waliło mu jak oszalałe. Dłonie stały się nagle przeraźliwie zimne ze stresu chociaż całe ciało uderzyła fala gorąca. Nie miał pojęcia ile jeszcze utrzyma tarczę, jeśli i to zaklęcie nie trafiło, ale...
Udało się.
Nie odpowiedział od razu Reginie, przyglądając się w niedowierzaniu unieruchomionego ognistemu krabowi, aż wreszcie, gdy jasnym stało się, że byli bezpieczni, opuścił różdżkę i ciężko opadł na nieprzewrócone krzesło, czując jak adrenalina opuszcza jego ciało.
— Tak. Udało się – wymamrotał, przejeżdżając dłonią po twarzy. Zaśmiał się cicho. Żyli. Udało się! Na Matkę, żadne z nich nie skończyło w płomieniach. – Świetnie ci poszło – zwrócił się do Puchonki posyłając jej szczery uśmiech.
Reszta klasy, również powoli zaczynała rozumieć, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Niektórzy uczniowie nieśmiało podnieśli się ze swoich miejsc, część aby pomóc profesorowi w poszukiwaniu jego zguby, chociaż niektórzy wciąż postanowili pozostać ukryci. Ktoś nawet otrząsnął się z szoku na tyle szybko, aby zadać profesorowi jedno, bardzo ważne pytanie.
– Panie profesorze?
– Tak? – spytał kuśtykający czarodziej, wciąż rozglądając się za różdżką, której jak na złość nigdzie nie było.
– Możemy już iść? Musimy przygotować się do meczu.
Pierwsze zaklęcie trafiło Kettleburna i Basilius musiał ardzo się powstrzymać, aby nie powiedzieć Puchonce, że ich profesor nie jest żadnym fantastycznym stworzeniem. Kolejne zaklęcie i... Różdżka niemal nie wypadła mu z ręki, kiedy ognisty pocisk uderzył w tarczę. Serce waliło mu jak oszalałe. Dłonie stały się nagle przeraźliwie zimne ze stresu chociaż całe ciało uderzyła fala gorąca. Nie miał pojęcia ile jeszcze utrzyma tarczę, jeśli i to zaklęcie nie trafiło, ale...
Udało się.
Nie odpowiedział od razu Reginie, przyglądając się w niedowierzaniu unieruchomionego ognistemu krabowi, aż wreszcie, gdy jasnym stało się, że byli bezpieczni, opuścił różdżkę i ciężko opadł na nieprzewrócone krzesło, czując jak adrenalina opuszcza jego ciało.
— Tak. Udało się – wymamrotał, przejeżdżając dłonią po twarzy. Zaśmiał się cicho. Żyli. Udało się! Na Matkę, żadne z nich nie skończyło w płomieniach. – Świetnie ci poszło – zwrócił się do Puchonki posyłając jej szczery uśmiech.
Reszta klasy, również powoli zaczynała rozumieć, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Niektórzy uczniowie nieśmiało podnieśli się ze swoich miejsc, część aby pomóc profesorowi w poszukiwaniu jego zguby, chociaż niektórzy wciąż postanowili pozostać ukryci. Ktoś nawet otrząsnął się z szoku na tyle szybko, aby zadać profesorowi jedno, bardzo ważne pytanie.
– Panie profesorze?
– Tak? – spytał kuśtykający czarodziej, wciąż rozglądając się za różdżką, której jak na złość nigdzie nie było.
– Możemy już iść? Musimy przygotować się do meczu.