23.02.2025, 22:30 ✶
Z jakiegoś przedziwnego, nie do końca znanego sobie powodu faktycznie nie miał jeszcze okazji zagrać kartą Lecznicy Dusz. Zresztą może nie było to aż tak dziwne? Nigdy nie sugerował i nie zamierzał sugerować, że jego dziewczyna jest wariatką. Wręcz przeciwnie. Był w stanie kąsać i gryźć każdego, kto próbował szastać tak parszywymi, godnymi pożałowania słowami. Nie zamierzał tolerować podobnych insynuacji, co zresztą miał przecież okazję udowodnić wcale nie tak dawno temu.
Tak, nie przejmował się chamskimi odzywkami rzucanymi w jego stronę. Być może czasami zdarzało się, że ktoś przeginał tak mocno, że wreszcie Greengrassowi pękała żyłka. Nie potrafił być tak niewzruszony jak twierdził, jednakże z uwagi na swoje doświadczenia był w stanie przyjąć na siebie znacznie więcej wyzwisk i złośliwości. Po prostu spływało to po nim jak woda po kaczce.
Sytuacja komplikowała się w chwilach takich jak ta w jaskini w Snowdonii, gdzie znaczna część zniewag, oskarżeń i pochopnie wysranych słów nie padła w jego stronę, tylko w stronę Yaxleyówny. Oczywiście, że się wtedy odpalił. Nie żałował tego nawet przez ułamek sekundy. Być może narobił sobie tym czarnego PRu, jednak w gruncie rzeczy jakoś niespecjalnie przejmował się tym, że byle chłystek w przyciasnych skórzanych spodniach gwarantujących mu ścisk jąder (może dlatego tamten zachowywał się jak pizda; już miał bardzo zgniecione malutkie orzeszki) mógł mu czymkolwiek zaszkodzić.
Bardzo dbał o swoją renomę. Był uprzejmy i respektowany, szanowany i poważany nie tylko stricte w medycznym środowisku. Poza tamtymi wszystkimi latami, gdy trochę igrali sobie wraz z Geraldine z kółka gospodyń wiejskich czystokrwistych pań domu, nie dostarczał gawiedzi zbyt wielu powodów do wyrażania niepochlebnych opinii na jego temat. Wręcz przeciwnie, oficjalnie zachowywał się raczej bez zarzutu.
Swoje najgorsze zachowania ewidentnie pozostawiał dla grona najbliższych mu ludzi, nieprawdaż? W tym momencie poniekąd tego dowodził, choć robił to raczej z przekory. Ironicznie, rozbawiony własnymi sugestiami, wcale nie nastawiony na konfrontację, potyczkę czy ciskanie w Geraldine gorzkimi słowami.
Ich obecne stosunki były naprawdę dobre. Niemalże tak dobre jak niegdyś. Na swój sposób właściwe. Zdecydowanie bardziej naturalne niż przez całe lato. A jednak wciąż miał pewne opory przed tym, aby tak po prostu podzielić się z nią tymi słowami, które pewnie powinny paść z jego ust w temacie prywatnej praktyki.
Mieli być ze sobą zupełnie szczerzy, prawda? Więc potrząsnął głową, nieznacznie unosząc dłoń, aby dać dziewczynie do zrozumienia, że nie chodzi o wysnuwane przez nią teorie. W głównej mierze nie tego się obawiał. Wiedział, że podołałby temu zadaniu. Znalazłby ludzi do współpracy i tak dalej. W dalszym ciągu wierzył we własne talenty i siły.
W końcu po prostu otworzył usta, uciekając wzrokiem na papiery i wzruszając ramionami, jakby to wcale nie było nic nieco zbyt gorzkiego do przełknięcia.
- Nie stać mnie, Geraldine, po prostu na ten moment mnie na to nie stać - i tyle, pozornie naprawdę banalnie prosta sprawa. - Jasne, mogę pójść z tym do rodziny. Ojciec na pewno sypnąłby galeonem. Mogę też złożyć wniosek o pożyczkę z Gringotta. Są różne opcje, ale... ...znasz mnie - kolejny raz wzruszył ramionami, stawiając trochę nazbyt zamaszysty podpis na papierze i nieco zbyt mocno przyciskając do niego czubek pióra.
Tyle w temacie. Naprawdę nie chciał o tym dyskutować ani dłużej tego ciągnąć. W tym momencie na tyle mocno nadwyrężył własny budżet, że potrzebował czasu, aby go odbudować. Przez lata ładował pieniądze naprzemiennie to w dom w Whitby, to w nieswoje mieszkanie przy Horyzontalnej, przy okazji wspierając też przyjaciół i mimo wszystko będąc w stanie odłożyć naprawdę sporo knuta. Na tyle dużo, aby być w stanie dwukrotnie podejść do kupna absurdalnie drogiego pierścionka zaręczynowego.
Tyle tylko, że z zaręczyn wyszło jedno wielkie bagno. Później musiał pożegnać się z jedną i drugą nieruchomością, mimo to w dalszym ciągu płacąc za wszelkie rachunki i podatki dotyczące Piaskownicy. Utrzymując długoterminowy wynajem przy Pokątnej, później decydując się na kupno dużego mieszkania przy Horyzontalnej. Na remont domku w Dolinie Godryka. Niby na rodowym terenie, ale niechętnie korzystał z rodzinnych zasobów finansowych. Wolał być niezależny, żyć na własny rachunek, nie uzależniając się od innych.
W żadnym wypadku nie był biedny. Był zamożny, naprawdę zamożny. Na tyle, aby wieść bardzo dostatnie życie. Tyle tylko, że nie na tyle, by od ręki zacząć otwierać prywatną praktykę. Nie w Londynie a mimo wszystko to było miejsce, z którym nieodmiennie wiązał ścieżkę kariery zawodowej. Mógłby to robić jeszcze gdzieś nad morzem. Kiedyś to też była opcja. Obecnie? Nie.
Brakowało mu tego. Czasów, gdy wszystko było znacznie łatwiejsze. Kiedy gesty takie jak objęcie się ramionami nie wywoływały u nich niczego prócz chęci, by posunąć się dalej, kradnąc sobie więcej niż ten jeden pocałunek, przed którym się powstrzymali. Niegdyś nawet by o tym nie pomyśleli. Nawet, gdyby ona się cofnęła, on ująłby jej podbródek w palce i zamknąłby usta dziewczyny. Teraz tego nie zrobił. Pozwolił, by odsunęli się od siebie, podejmując decyzję o wyjściu na papierosa. Nic więcej.
- Obiecuję cię nie zgubić - zapewnił, uśmiechając się pod nosem. - Jesteś przy mnie bezpieczna. Żaden inny uzdrowiciel cię przy mnie nie zje - dodał na rozluźnienie atmosfery, zamykając za nimi drzwi i kierując swoje kroki we właściwą stronę.
Faktycznie pilnując przy tym tego, aby nie zgubić swojej przeuroczej asystentki. Nie tracąc przy tym zbyt wiele czasu, bo tak czy siak po niecałych pięciu minutach wreszcie stanęli na dachu.
- Hm? - Rzucił całkiem zachęcająco, wyciągając ku Geraldine jego własną papierośnicę, by nie psuć wieczornego klimatu smrodem jej mugolskich fajek.
Tak, tak. Może ostatnio o tym nie mówił, ale nadal ich nie cierpiał. To nie miało ulec zmianie.
Wpatrywał się w rozpościerający się przed nim Londyn. Miasto, które w ciągu dnia tętniło życiem teraz wydawało się być niemal opustoszałe. Uśpione i pogrążone w głębokiej niemal nieprzeniknionej ciszy.
Roise wziął głęboki oddech, czując jak chłodne powietrze przenika do jego płuc a mżawka wdziera mu się nawet za kołnierz. Patrząc na pulsujące światła Londynu, zaciągnął się papierosem, powoli wypuszczając dym w mrok nocy.
Ulice, które w ciągu dnia były pełne ludzi, teraz wydawały się opustoszałe. Jedynie sporadyczne przejeżdżające samochody zakłócały tę niemal nieprzeniknioną ciszę. Towarzyszył im chlupot wody rozbryzgującej się pod kołami. Każda poruszona kałuża odbijała światło latarni, tworząc na ulicach migoczące plamy.
Stojąc tak w milczeniu trudno było nie zwrócić uwagi na pewien paradoks. Oto znajdowali się w mieście, które nigdy nie zasypia, a jednak potrafi być tak ciche, że niemal bezgłośne. Ogarnięte niemal jednostajnym szumem.
Powietrze było chłodne, choć raczej rześkie aniżeli mroźne. Niosło ze sobą odrobinę całkiem przyjemnego orzeźwienia. Woda w dalszym ciągu spływała po krawędziach dachu tworząc małe strumyczki, które znikały w ciemności wraz z charakterystycznym dźwiękiem. Lekki wiatr muskał twarz Roisa przynosząc ze sobą ten bardzo charakterystyczny zapach trochę ziemistej świeżości pozostałej po niedawnym deszczu.
W powietrzu czuć było wilgoć. Podmuchy powietrza niosły ze sobą echa dalekich odgłosów płynących z bardziej rozrywkowych częściach miasta. Tych, które nie spały. W przeciwieństwie do dzielnicy, w której mieścił się szpital.
Nie stali tu na tyle długo, aby móc zwrócić na to uwagę, jednak Ambroise wiedział, że czasami, gdy wiatr wiał silniej, z dachu Munga można było usłyszeć dźwięki muzyki. Utworów, które wypełniały nocne powietrze, poruszając te dziwne struny w duszy.
W latach siedemdziesiątych, kiedy to rock, soul i disco rządziły na brytyjskich ulicach, dźwięki te nieodmiennie przypominały mu o życiu, które tętniło w barach i klubach. W pubach, w których młodzi ludzie tańczyli, śmiali się i lekkim tonem rozmawiali przyszłości.
Mugole nieświadomi tego, co działo się w magicznym świecie, nadal nie byli jeszcze skalani lękiem przed skutkami wojny. Nie wiedzieli, co zawisło także nad ich głowami. Być może co poniektórzy czuli widmo grozy, jednak większość z nich w dalszym ciągu żyła w błogiej niewiedzy. Wszelkie ataki ze strony popleczników Voldemorta klasyfikowane były jako wypadki czy pojedyncze akty przemocy nie wymierzane przez nikogo konkretnego.
Mimo że pojawili się tu razem, Ambroise stał w milczeniu, wpatrując się w rozciągający się przed nim widok. Niebo nad Londynem miało odcień głębokiego atramentu. Ponad pobliskim parkiem unosiła się delikatna srebrzysta mgła nadająca wszystkiemu niemal eteryczny wygląd.
Na płynącej nie tak daleko Tamizie dało się dostrzec jasne migoczące światła kutrów sunących po rzece na falach. Woda lśniła odbijając światło księżyca, który wisiał na niebie jak ogromny złoty galeon.
W oddali, gdzie horyzont łączył się z niebem widoczne były kontury budynków znacznie wyższych niż gmach szpitala. Ich zarysy wyraźnie rysowały się na tle ciemnego nieba, które zdobiły jedynie nieliczne gwiazdy słabo dostrzegalne przez łunę światła bijącą od neonów i latarni ulicznych. Wieżowce w nocy wydawały się jeszcze bardziej majestatyczne.
W pobliżu Munga nie było zbyt wielu takich budowli, jednak jeden z budynków wyraźnie przyciągał wzrok. Stary hotel był oznaczony szyldem, którego neonowe litery migotały próbując przyciągnąć uwagę osób przechodzących obok. Jego fasada była brudna i naruszona zębem czasu. Wydawał się być nieodłącznym świadkiem historii tego miasta, trwającym przez dekady.
Chłód wiatru muskał jego twarz. Zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę refleksji. Niby był tu i teraz, a jednak jednocześnie niemalże bezwiednie przeniósł się do tamtych czasów, kiedy młodość była pełna obietnic, kiedy życie wydawało się prostsze. Chciałby to zrobić. Poczuć tę radość, której brakowało mu ostatnimi czasy. Na chwilę zapomnieć o wszystkich zmartwieniach, które towarzyszyły mu w ostatnich tygodniach. Pozwolić na to, by w jego duszy zagościła nadzieja. Nadzieja na nowe jutro. Ale tak nie było.
Kiedy otworzył oczy i jeszcze raz spojrzał na rozświetlone ulice, nie mógł powstrzymać się od myślenia o swoich własnych marzeniach, które w ostatnich latach zdawały się oddalać coraz bardziej i bardziej. Zamiast zmierzać ku przyszłości, miał wrażenie, że coraz bardziej się cofa.
Na chwilę stracił poczucie czasu. Jego umysł samoistnie powędrował w kierunku wspomnień o przeszłości, o ludziach, którzy odeszli i o tych, którzy pozostali. W pewnym sensie pasowało to do tej chwili, do klimatu Munga. Miejsca, gdzie ludzie przychodzili prosić o pomoc lub żegnać się na zawsze.
Dzisiejszego wieczoru nabierało to zupełnie nowego, innego, bardziej osobistego i na swój sposób bolesnego znaczenia. Czy to właśnie mieli osiągnąć tą wizytą? Prosić o pomoc, o wsparcie w poradzeniu sobie z lękami tylko po to, aby zaraz poczynić kolejne kroki w celu pożegnania? Może nie ostatecznego. Nie dziś, ale w którymś momencie niechybnie już na zawsze?
Powoli przesunął spojrzeniem po fasadzie budynku obok, bardzo lekko kiwając głową. Uśmiechając się, ale bez ulgi, bez radości.
Tak, nie przejmował się chamskimi odzywkami rzucanymi w jego stronę. Być może czasami zdarzało się, że ktoś przeginał tak mocno, że wreszcie Greengrassowi pękała żyłka. Nie potrafił być tak niewzruszony jak twierdził, jednakże z uwagi na swoje doświadczenia był w stanie przyjąć na siebie znacznie więcej wyzwisk i złośliwości. Po prostu spływało to po nim jak woda po kaczce.
Sytuacja komplikowała się w chwilach takich jak ta w jaskini w Snowdonii, gdzie znaczna część zniewag, oskarżeń i pochopnie wysranych słów nie padła w jego stronę, tylko w stronę Yaxleyówny. Oczywiście, że się wtedy odpalił. Nie żałował tego nawet przez ułamek sekundy. Być może narobił sobie tym czarnego PRu, jednak w gruncie rzeczy jakoś niespecjalnie przejmował się tym, że byle chłystek w przyciasnych skórzanych spodniach gwarantujących mu ścisk jąder (może dlatego tamten zachowywał się jak pizda; już miał bardzo zgniecione malutkie orzeszki) mógł mu czymkolwiek zaszkodzić.
Bardzo dbał o swoją renomę. Był uprzejmy i respektowany, szanowany i poważany nie tylko stricte w medycznym środowisku. Poza tamtymi wszystkimi latami, gdy trochę igrali sobie wraz z Geraldine z kółka gospodyń wiejskich czystokrwistych pań domu, nie dostarczał gawiedzi zbyt wielu powodów do wyrażania niepochlebnych opinii na jego temat. Wręcz przeciwnie, oficjalnie zachowywał się raczej bez zarzutu.
Swoje najgorsze zachowania ewidentnie pozostawiał dla grona najbliższych mu ludzi, nieprawdaż? W tym momencie poniekąd tego dowodził, choć robił to raczej z przekory. Ironicznie, rozbawiony własnymi sugestiami, wcale nie nastawiony na konfrontację, potyczkę czy ciskanie w Geraldine gorzkimi słowami.
Ich obecne stosunki były naprawdę dobre. Niemalże tak dobre jak niegdyś. Na swój sposób właściwe. Zdecydowanie bardziej naturalne niż przez całe lato. A jednak wciąż miał pewne opory przed tym, aby tak po prostu podzielić się z nią tymi słowami, które pewnie powinny paść z jego ust w temacie prywatnej praktyki.
Mieli być ze sobą zupełnie szczerzy, prawda? Więc potrząsnął głową, nieznacznie unosząc dłoń, aby dać dziewczynie do zrozumienia, że nie chodzi o wysnuwane przez nią teorie. W głównej mierze nie tego się obawiał. Wiedział, że podołałby temu zadaniu. Znalazłby ludzi do współpracy i tak dalej. W dalszym ciągu wierzył we własne talenty i siły.
W końcu po prostu otworzył usta, uciekając wzrokiem na papiery i wzruszając ramionami, jakby to wcale nie było nic nieco zbyt gorzkiego do przełknięcia.
- Nie stać mnie, Geraldine, po prostu na ten moment mnie na to nie stać - i tyle, pozornie naprawdę banalnie prosta sprawa. - Jasne, mogę pójść z tym do rodziny. Ojciec na pewno sypnąłby galeonem. Mogę też złożyć wniosek o pożyczkę z Gringotta. Są różne opcje, ale... ...znasz mnie - kolejny raz wzruszył ramionami, stawiając trochę nazbyt zamaszysty podpis na papierze i nieco zbyt mocno przyciskając do niego czubek pióra.
Tyle w temacie. Naprawdę nie chciał o tym dyskutować ani dłużej tego ciągnąć. W tym momencie na tyle mocno nadwyrężył własny budżet, że potrzebował czasu, aby go odbudować. Przez lata ładował pieniądze naprzemiennie to w dom w Whitby, to w nieswoje mieszkanie przy Horyzontalnej, przy okazji wspierając też przyjaciół i mimo wszystko będąc w stanie odłożyć naprawdę sporo knuta. Na tyle dużo, aby być w stanie dwukrotnie podejść do kupna absurdalnie drogiego pierścionka zaręczynowego.
Tyle tylko, że z zaręczyn wyszło jedno wielkie bagno. Później musiał pożegnać się z jedną i drugą nieruchomością, mimo to w dalszym ciągu płacąc za wszelkie rachunki i podatki dotyczące Piaskownicy. Utrzymując długoterminowy wynajem przy Pokątnej, później decydując się na kupno dużego mieszkania przy Horyzontalnej. Na remont domku w Dolinie Godryka. Niby na rodowym terenie, ale niechętnie korzystał z rodzinnych zasobów finansowych. Wolał być niezależny, żyć na własny rachunek, nie uzależniając się od innych.
W żadnym wypadku nie był biedny. Był zamożny, naprawdę zamożny. Na tyle, aby wieść bardzo dostatnie życie. Tyle tylko, że nie na tyle, by od ręki zacząć otwierać prywatną praktykę. Nie w Londynie a mimo wszystko to było miejsce, z którym nieodmiennie wiązał ścieżkę kariery zawodowej. Mógłby to robić jeszcze gdzieś nad morzem. Kiedyś to też była opcja. Obecnie? Nie.
Brakowało mu tego. Czasów, gdy wszystko było znacznie łatwiejsze. Kiedy gesty takie jak objęcie się ramionami nie wywoływały u nich niczego prócz chęci, by posunąć się dalej, kradnąc sobie więcej niż ten jeden pocałunek, przed którym się powstrzymali. Niegdyś nawet by o tym nie pomyśleli. Nawet, gdyby ona się cofnęła, on ująłby jej podbródek w palce i zamknąłby usta dziewczyny. Teraz tego nie zrobił. Pozwolił, by odsunęli się od siebie, podejmując decyzję o wyjściu na papierosa. Nic więcej.
- Obiecuję cię nie zgubić - zapewnił, uśmiechając się pod nosem. - Jesteś przy mnie bezpieczna. Żaden inny uzdrowiciel cię przy mnie nie zje - dodał na rozluźnienie atmosfery, zamykając za nimi drzwi i kierując swoje kroki we właściwą stronę.
Faktycznie pilnując przy tym tego, aby nie zgubić swojej przeuroczej asystentki. Nie tracąc przy tym zbyt wiele czasu, bo tak czy siak po niecałych pięciu minutach wreszcie stanęli na dachu.
- Hm? - Rzucił całkiem zachęcająco, wyciągając ku Geraldine jego własną papierośnicę, by nie psuć wieczornego klimatu smrodem jej mugolskich fajek.
Tak, tak. Może ostatnio o tym nie mówił, ale nadal ich nie cierpiał. To nie miało ulec zmianie.
Wpatrywał się w rozpościerający się przed nim Londyn. Miasto, które w ciągu dnia tętniło życiem teraz wydawało się być niemal opustoszałe. Uśpione i pogrążone w głębokiej niemal nieprzeniknionej ciszy.
Roise wziął głęboki oddech, czując jak chłodne powietrze przenika do jego płuc a mżawka wdziera mu się nawet za kołnierz. Patrząc na pulsujące światła Londynu, zaciągnął się papierosem, powoli wypuszczając dym w mrok nocy.
Ulice, które w ciągu dnia były pełne ludzi, teraz wydawały się opustoszałe. Jedynie sporadyczne przejeżdżające samochody zakłócały tę niemal nieprzeniknioną ciszę. Towarzyszył im chlupot wody rozbryzgującej się pod kołami. Każda poruszona kałuża odbijała światło latarni, tworząc na ulicach migoczące plamy.
Stojąc tak w milczeniu trudno było nie zwrócić uwagi na pewien paradoks. Oto znajdowali się w mieście, które nigdy nie zasypia, a jednak potrafi być tak ciche, że niemal bezgłośne. Ogarnięte niemal jednostajnym szumem.
Powietrze było chłodne, choć raczej rześkie aniżeli mroźne. Niosło ze sobą odrobinę całkiem przyjemnego orzeźwienia. Woda w dalszym ciągu spływała po krawędziach dachu tworząc małe strumyczki, które znikały w ciemności wraz z charakterystycznym dźwiękiem. Lekki wiatr muskał twarz Roisa przynosząc ze sobą ten bardzo charakterystyczny zapach trochę ziemistej świeżości pozostałej po niedawnym deszczu.
W powietrzu czuć było wilgoć. Podmuchy powietrza niosły ze sobą echa dalekich odgłosów płynących z bardziej rozrywkowych częściach miasta. Tych, które nie spały. W przeciwieństwie do dzielnicy, w której mieścił się szpital.
Nie stali tu na tyle długo, aby móc zwrócić na to uwagę, jednak Ambroise wiedział, że czasami, gdy wiatr wiał silniej, z dachu Munga można było usłyszeć dźwięki muzyki. Utworów, które wypełniały nocne powietrze, poruszając te dziwne struny w duszy.
W latach siedemdziesiątych, kiedy to rock, soul i disco rządziły na brytyjskich ulicach, dźwięki te nieodmiennie przypominały mu o życiu, które tętniło w barach i klubach. W pubach, w których młodzi ludzie tańczyli, śmiali się i lekkim tonem rozmawiali przyszłości.
Mugole nieświadomi tego, co działo się w magicznym świecie, nadal nie byli jeszcze skalani lękiem przed skutkami wojny. Nie wiedzieli, co zawisło także nad ich głowami. Być może co poniektórzy czuli widmo grozy, jednak większość z nich w dalszym ciągu żyła w błogiej niewiedzy. Wszelkie ataki ze strony popleczników Voldemorta klasyfikowane były jako wypadki czy pojedyncze akty przemocy nie wymierzane przez nikogo konkretnego.
Mimo że pojawili się tu razem, Ambroise stał w milczeniu, wpatrując się w rozciągający się przed nim widok. Niebo nad Londynem miało odcień głębokiego atramentu. Ponad pobliskim parkiem unosiła się delikatna srebrzysta mgła nadająca wszystkiemu niemal eteryczny wygląd.
Na płynącej nie tak daleko Tamizie dało się dostrzec jasne migoczące światła kutrów sunących po rzece na falach. Woda lśniła odbijając światło księżyca, który wisiał na niebie jak ogromny złoty galeon.
W oddali, gdzie horyzont łączył się z niebem widoczne były kontury budynków znacznie wyższych niż gmach szpitala. Ich zarysy wyraźnie rysowały się na tle ciemnego nieba, które zdobiły jedynie nieliczne gwiazdy słabo dostrzegalne przez łunę światła bijącą od neonów i latarni ulicznych. Wieżowce w nocy wydawały się jeszcze bardziej majestatyczne.
W pobliżu Munga nie było zbyt wielu takich budowli, jednak jeden z budynków wyraźnie przyciągał wzrok. Stary hotel był oznaczony szyldem, którego neonowe litery migotały próbując przyciągnąć uwagę osób przechodzących obok. Jego fasada była brudna i naruszona zębem czasu. Wydawał się być nieodłącznym świadkiem historii tego miasta, trwającym przez dekady.
Chłód wiatru muskał jego twarz. Zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę refleksji. Niby był tu i teraz, a jednak jednocześnie niemalże bezwiednie przeniósł się do tamtych czasów, kiedy młodość była pełna obietnic, kiedy życie wydawało się prostsze. Chciałby to zrobić. Poczuć tę radość, której brakowało mu ostatnimi czasy. Na chwilę zapomnieć o wszystkich zmartwieniach, które towarzyszyły mu w ostatnich tygodniach. Pozwolić na to, by w jego duszy zagościła nadzieja. Nadzieja na nowe jutro. Ale tak nie było.
Kiedy otworzył oczy i jeszcze raz spojrzał na rozświetlone ulice, nie mógł powstrzymać się od myślenia o swoich własnych marzeniach, które w ostatnich latach zdawały się oddalać coraz bardziej i bardziej. Zamiast zmierzać ku przyszłości, miał wrażenie, że coraz bardziej się cofa.
Na chwilę stracił poczucie czasu. Jego umysł samoistnie powędrował w kierunku wspomnień o przeszłości, o ludziach, którzy odeszli i o tych, którzy pozostali. W pewnym sensie pasowało to do tej chwili, do klimatu Munga. Miejsca, gdzie ludzie przychodzili prosić o pomoc lub żegnać się na zawsze.
Dzisiejszego wieczoru nabierało to zupełnie nowego, innego, bardziej osobistego i na swój sposób bolesnego znaczenia. Czy to właśnie mieli osiągnąć tą wizytą? Prosić o pomoc, o wsparcie w poradzeniu sobie z lękami tylko po to, aby zaraz poczynić kolejne kroki w celu pożegnania? Może nie ostatecznego. Nie dziś, ale w którymś momencie niechybnie już na zawsze?
Powoli przesunął spojrzeniem po fasadzie budynku obok, bardzo lekko kiwając głową. Uśmiechając się, ale bez ulgi, bez radości.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down