24.02.2025, 11:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.02.2025, 11:26 przez Lorraine Malfoy.)
Najdroższy Peregrinusie,
W procesie twórczym, podobnie jak w zakładzie pogrzebowym, granice zbyt łatwo ulegają zatarciu: tak jak zaciera się granica między życiem i śmiercią, tak zaciera się granica między tym, kto jest muzą, a kto jest artystą. Czy to on śpiewa, zastanawiali się Grecy, słuchając śpiewu Orfeusza, odprowadzanego procesją do bram zaświatów, czy jego śpiewem jest sama natura? Nie bez powodu Apollo jest patronem artystów i wróżbitów zarazem.
Zatracając się w przepowiedniach, stajesz się jednym z przyszłością, a przyszłość staje się przez Ciebie – i mimo Ciebie.
Zatracając się w procesie twórczym, możemy stać się jednym ze sztuką. Zakląć między wierszami tego listu dźwięki ulubionego requiem. Zanurzyć pióro w atramencie, gęstym jak skrzepła krew. Stanąć twarzą w twarz ze swoim portretem trumiennym. Sztuka staje się nami, a zarazem czymś większym od nas.
Ale pozwól, że ja zamknę Twoją wielkość w jednym słowie. Wiem. A Ty wiesz, że właśnie to w Tobie tak lubię.
Śmierć musi zazdrościć Ci oczu, Peregrinie. Zazdrości, gdy pogląda na Ciebie wyczekująco otchłaniami swoich trupich oczodołów. Śmierć czeka, cierpliwie, aż spojrzysz w otchłań, ale gdy otchłań spojrzy na Ciebie, aby mrugnąć doń zalotnie – nie ufaj jej. Śmierć to wstrętna rajfurka, która bierze w objęcia każdego bez wyjątku, aby uciec nad ranem, zostawiwszy po sobie chłód zaścielonego całunem łóżka i zwięzły nekrolog – niby list z przeprosinami. Być może jest w śmierci jest coś z artystki, tak jak w artyście jest coś z nekromanty, bo oboje potrafią nadać rozkładającej się muzie nową formę. Ale ja wierzę, że w akcie tworzenia śmierć i życie muszą przenikać się ze sobą. Może dlatego tak wiele mówię o śmierci: jestem boleśnie świadoma tego, że żyję. O czym przecież świetnie wiesz.
Jeżeli masz czas i ochotę się tym ze mną dzielić, bardzo chętnie posłucham, czym się teraz zajmujesz. Sama wahałam się, czy nie zawezwać Cię do Necronomiconu pod koniec sierpnia, zwłaszcza mając w pamięci naszą rozmowę o wydarzeniach na Windermere. Anomalie, których była świadkiem moja kostnica... Peregrinusie, wierz mi, byłeś jedną z pierwszych osób, o których pomyślałam, stojąc nad prosektoryjnym stołem, na którym toczyły bój śmierć i życie. Która z nich zamachała białą flagą? Nie wiem, bo zamiast białej flagi był biały całun. Całun opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. Cisza wokół przerywana była jedynie obleśnymi, mlaszczącymi odgłosami z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała, które odbudowywało się na moich oczach, kawałek po kawałku. To jak poród, pomyślałam wtedy – śmierć rodząca życie, któremu pisana jest śmierć – poród, tylko na odwrót.
Gotowa byłam podejrzewać, że w mojej kostnicy otworzyło się przejście do Limbo, gdy wysuszone ciało, niemalże niemożliwe do zidentyfikowania, po tym, jak razem z życiem wyssano z niego czas – ciało padłe ofiarą straszliwych sił, o których mówić nie mogę na łamach listu – przeobraziło się na moich oczach w kobietę. Ale to była tylko kolejna, cholerna McKinnonówna, która potraktowała moje prosektorium jako salon piękności! Wciąż lepsze to niż zostać pomylonym z kwiaciarnią (jednemu upartemu Greybackowi notorycznie się to zdarza). Albo z przedszkolem.
Tak, nasza Frida nigdy nie dorośnie, ale na szczęście, nie ma tyle rozwiniętych zdolności kognitywnych, aby rozumieć tragedię swojego położenia. Nie sądzę, aby rozumiała tę tragedię kobieta, która – wzorem reszty ghoulich McKinnonów, mających do dyspozycji kilka dodatkowych żyć – zmartwychwstała w moim prosektorium. Wymiana ciała byłaby ciekawym pomysłem. Nie raz musiałam przyszywać Fridzie paluszki, bo – jak to dziecko – wsadza je tam, gdzie nie trzeba. Wszystkie te zabiegi naprawcze przyjmuje z obojętną wdzięcznością. Być może to zobojętnienie stanowi coś na kształt mechanizmu obronnego. Apatia przebitego szpilką motyla, zakonserwowanego w czasie jak w przezroczystej gablotce kolekcjonera.
Ale kiedy patrzę na Fridę, dociera do mnie, że jesteśmy czymś więcej niż tylko ciałami. Czymś więcej niż tylko motylami. Widzę emocje na jej twarzy, delikatne zmiany w ekspresji, mimice... Wiem, że ma duszę. Dlatego dziękuję za Twój uroczy gest. Wywołał uśmiech na nieumarłej twarzyce Fridy. Upominek tak jej się spodobał, że gdy tylko spuściłam ją na chwilę z oczu, zaczęła tworzyć kolejne arcydzieło na pustej kanwie ścian Necronomiconu... Więc gdy wpadniesz, oczekuj nowego wystroju wnętrz.
Zastanawiam się czasem, Peregrinie, czy myśmy urodzili się starcami, czy zestarzeliśmy się przedwcześnie? Czy pewnego dnia po prostu obudziliśmy się starzy – jak dzieci, które jednego dnia gaworzą, tylko po to, aby następnego wypowiedzieć swoje pierwsze słowo? Czy nasza starość przyszła niezauważenie, gdy czuwaliśmy nad cudzą młodością?
A skoro już mowa o niańczeniu dzieci. Nie wątpię, że zdarza Ci się zerknąć do Proroka, więc zapewne jesteś świadom ostatnich ekscesów mulciberowskiego nasienia. Nie wiem, o co poszło w całym tym zamieszaniu z Baldwinem, bo nie chciałam angażować się w chłopięce przepychanki, ale mam wystarczające pojęcie o charakterze mojego brata stryjecznego, by wiedzieć, o co pójść mogło. Baldwin umawia się z siostrą tego młodego człowieka, więc naturalnie – nie chciał podnosić na niego ręki. Tamten nie miał jednak żadnych oporów przed eskalowaniem konfliktu – pozbył się ich zapewne razem ze wstydem i poczuciem przyzwoitości, tak jak pozbył się w ubrań w sesji dla Czarownicy. Ach, ta młodzieńcza krew, tak gorąca, że aż wrze w żyłach! Tak jak Twoje żyły toczą dar profetyzmu, a trupi jad McKinnonów zawiera w sobie tajemnicę życia wiecznego, tak niektórzy mają we krwi przemoc. Ten zagubiony, młody człowiek ma w sobie nie tylko upodobanie, ale i skłonność do przemocy. Nie wdawaj się z nim w słowne utarczki, jeśli nie musisz, bo cokolwiek knuje, nie wróży to dobrze ani Baldwinowi, ani nikomu innemu, kto staje mu na drodze. Matko broń, jeszcze mistrzowi Dolohovowi narobi nieprzyjemności, gotów wsadzić jedną z tych swoich świeczek tam, gdzie nawet trzecie oko nie sięga.
P.S. Nie śmiałabym się wyzłośliwiać – znów, śmieć, może śmiałabym, ale nie lubię być złośliwa wobec Ciebie. Wszystkie moje złośliwostki zdajesz się przewidywać zawczasu, czyniąc mnie podobną do grabarza, który wpada w wykopany przez siebie grób – tak jak ja wpadam w sidła własnej złośliwości. Złośliwie napomknę więc tylko, że jesteś hipokrytą, panie Trelawney, udzielając mi dobrych rad, do których sam się nie stosujesz. Ale to miłe, że o mnie myślisz.
W procesie twórczym, podobnie jak w zakładzie pogrzebowym, granice zbyt łatwo ulegają zatarciu: tak jak zaciera się granica między życiem i śmiercią, tak zaciera się granica między tym, kto jest muzą, a kto jest artystą. Czy to on śpiewa, zastanawiali się Grecy, słuchając śpiewu Orfeusza, odprowadzanego procesją do bram zaświatów, czy jego śpiewem jest sama natura? Nie bez powodu Apollo jest patronem artystów i wróżbitów zarazem.
Zatracając się w przepowiedniach, stajesz się jednym z przyszłością, a przyszłość staje się przez Ciebie – i mimo Ciebie.
Zatracając się w procesie twórczym, możemy stać się jednym ze sztuką. Zakląć między wierszami tego listu dźwięki ulubionego requiem. Zanurzyć pióro w atramencie, gęstym jak skrzepła krew. Stanąć twarzą w twarz ze swoim portretem trumiennym. Sztuka staje się nami, a zarazem czymś większym od nas.
Ale pozwól, że ja zamknę Twoją wielkość w jednym słowie. Wiem. A Ty wiesz, że właśnie to w Tobie tak lubię.
Śmierć musi zazdrościć Ci oczu, Peregrinie. Zazdrości, gdy pogląda na Ciebie wyczekująco otchłaniami swoich trupich oczodołów. Śmierć czeka, cierpliwie, aż spojrzysz w otchłań, ale gdy otchłań spojrzy na Ciebie, aby mrugnąć doń zalotnie – nie ufaj jej. Śmierć to wstrętna rajfurka, która bierze w objęcia każdego bez wyjątku, aby uciec nad ranem, zostawiwszy po sobie chłód zaścielonego całunem łóżka i zwięzły nekrolog – niby list z przeprosinami. Być może jest w śmierci jest coś z artystki, tak jak w artyście jest coś z nekromanty, bo oboje potrafią nadać rozkładającej się muzie nową formę. Ale ja wierzę, że w akcie tworzenia śmierć i życie muszą przenikać się ze sobą. Może dlatego tak wiele mówię o śmierci: jestem boleśnie świadoma tego, że żyję. O czym przecież świetnie wiesz.
Jeżeli masz czas i ochotę się tym ze mną dzielić, bardzo chętnie posłucham, czym się teraz zajmujesz. Sama wahałam się, czy nie zawezwać Cię do Necronomiconu pod koniec sierpnia, zwłaszcza mając w pamięci naszą rozmowę o wydarzeniach na Windermere. Anomalie, których była świadkiem moja kostnica... Peregrinusie, wierz mi, byłeś jedną z pierwszych osób, o których pomyślałam, stojąc nad prosektoryjnym stołem, na którym toczyły bój śmierć i życie. Która z nich zamachała białą flagą? Nie wiem, bo zamiast białej flagi był biały całun. Całun opadł, odsłaniając spotworniałą, ludzką tkankę, tętniącą trupim pulsem. Cisza wokół przerywana była jedynie obleśnymi, mlaszczącymi odgłosami z każdą chwilą coraz bardziej nabrzmiałego ciała, które odbudowywało się na moich oczach, kawałek po kawałku. To jak poród, pomyślałam wtedy – śmierć rodząca życie, któremu pisana jest śmierć – poród, tylko na odwrót.
Gotowa byłam podejrzewać, że w mojej kostnicy otworzyło się przejście do Limbo, gdy wysuszone ciało, niemalże niemożliwe do zidentyfikowania, po tym, jak razem z życiem wyssano z niego czas – ciało padłe ofiarą straszliwych sił, o których mówić nie mogę na łamach listu – przeobraziło się na moich oczach w kobietę. Ale to była tylko kolejna, cholerna McKinnonówna, która potraktowała moje prosektorium jako salon piękności! Wciąż lepsze to niż zostać pomylonym z kwiaciarnią (jednemu upartemu Greybackowi notorycznie się to zdarza). Albo z przedszkolem.
Tak, nasza Frida nigdy nie dorośnie, ale na szczęście, nie ma tyle rozwiniętych zdolności kognitywnych, aby rozumieć tragedię swojego położenia. Nie sądzę, aby rozumiała tę tragedię kobieta, która – wzorem reszty ghoulich McKinnonów, mających do dyspozycji kilka dodatkowych żyć – zmartwychwstała w moim prosektorium. Wymiana ciała byłaby ciekawym pomysłem. Nie raz musiałam przyszywać Fridzie paluszki, bo – jak to dziecko – wsadza je tam, gdzie nie trzeba. Wszystkie te zabiegi naprawcze przyjmuje z obojętną wdzięcznością. Być może to zobojętnienie stanowi coś na kształt mechanizmu obronnego. Apatia przebitego szpilką motyla, zakonserwowanego w czasie jak w przezroczystej gablotce kolekcjonera.
Ale kiedy patrzę na Fridę, dociera do mnie, że jesteśmy czymś więcej niż tylko ciałami. Czymś więcej niż tylko motylami. Widzę emocje na jej twarzy, delikatne zmiany w ekspresji, mimice... Wiem, że ma duszę. Dlatego dziękuję za Twój uroczy gest. Wywołał uśmiech na nieumarłej twarzyce Fridy. Upominek tak jej się spodobał, że gdy tylko spuściłam ją na chwilę z oczu, zaczęła tworzyć kolejne arcydzieło na pustej kanwie ścian Necronomiconu... Więc gdy wpadniesz, oczekuj nowego wystroju wnętrz.
Zastanawiam się czasem, Peregrinie, czy myśmy urodzili się starcami, czy zestarzeliśmy się przedwcześnie? Czy pewnego dnia po prostu obudziliśmy się starzy – jak dzieci, które jednego dnia gaworzą, tylko po to, aby następnego wypowiedzieć swoje pierwsze słowo? Czy nasza starość przyszła niezauważenie, gdy czuwaliśmy nad cudzą młodością?
A skoro już mowa o niańczeniu dzieci. Nie wątpię, że zdarza Ci się zerknąć do Proroka, więc zapewne jesteś świadom ostatnich ekscesów mulciberowskiego nasienia. Nie wiem, o co poszło w całym tym zamieszaniu z Baldwinem, bo nie chciałam angażować się w chłopięce przepychanki, ale mam wystarczające pojęcie o charakterze mojego brata stryjecznego, by wiedzieć, o co pójść mogło. Baldwin umawia się z siostrą tego młodego człowieka, więc naturalnie – nie chciał podnosić na niego ręki. Tamten nie miał jednak żadnych oporów przed eskalowaniem konfliktu – pozbył się ich zapewne razem ze wstydem i poczuciem przyzwoitości, tak jak pozbył się w ubrań w sesji dla Czarownicy. Ach, ta młodzieńcza krew, tak gorąca, że aż wrze w żyłach! Tak jak Twoje żyły toczą dar profetyzmu, a trupi jad McKinnonów zawiera w sobie tajemnicę życia wiecznego, tak niektórzy mają we krwi przemoc. Ten zagubiony, młody człowiek ma w sobie nie tylko upodobanie, ale i skłonność do przemocy. Nie wdawaj się z nim w słowne utarczki, jeśli nie musisz, bo cokolwiek knuje, nie wróży to dobrze ani Baldwinowi, ani nikomu innemu, kto staje mu na drodze. Matko broń, jeszcze mistrzowi Dolohovowi narobi nieprzyjemności, gotów wsadzić jedną z tych swoich świeczek tam, gdzie nawet trzecie oko nie sięga.
Lorraine
P.S. Nie śmiałabym się wyzłośliwiać – znów, śmieć, może śmiałabym, ale nie lubię być złośliwa wobec Ciebie. Wszystkie moje złośliwostki zdajesz się przewidywać zawczasu, czyniąc mnie podobną do grabarza, który wpada w wykopany przez siebie grób – tak jak ja wpadam w sidła własnej złośliwości. Złośliwie napomknę więc tylko, że jesteś hipokrytą, panie Trelawney, udzielając mi dobrych rad, do których sam się nie stosujesz. Ale to miłe, że o mnie myślisz.