24.02.2025, 14:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2025, 13:01 przez Rodolphus Lestrange.)
Usłyszawszy odpowiedź, zagadkową a prostą jednocześnie, zabębnił opuszkami palców w blat stolika. Milczał, przetrawiając tę informację. Z żywą skończyły się tematy do rozmów... Bystro zerknął na Caina, jakby coś chodziło mu po głowie.
- Martwi mają do powiedzenia więcej niż żywi? - zapytał niby mimochodem, nie licząc nawet na jasną, logiczną odpowiedź. Podejrzewał że owszem, być może: martwi mieli o wiele więcej do powiedzenia, gdyby ktokolwiek ośmielił się wyciągnąć ich z odmętów Limbo. Wystarczyło chociażby porozmawiać z Victorią, która technicznie rzecz biorąc nie była martwa, ale udało jej się wejść i wyjść z Limbo.
Jeżeli w jakikolwiek sposób Fawley próbował sprawić, że Lestrange poczułby się nieswojo przez zmniejszenie dystansu i zabranie kilka cennych cali jego przestrzeni osobistej, to niestety mężczyzna musiał obejść się smakiem. Sam był zbyt dobry w tę grę, by pozwolić sobie w tej chwili na coś więcej niż przesunięcie wzrokiem po twarzy swojego rozmówcy.
- Oczywiście. Wszystko co robię, jest podyktowane troską o osoby, z którymi współpracuję - nie musiał nawet kłamać - bo to, co mówił, było najprawdziwszą prawdą. Sęk w tym jednak, że to nie o Harrisa w tej chwili chodziło, a o osoby z organizacji, dla której działał. Chronił w tym momencie nie tylko siebie, ale przede wszystkim interesy Czarnego Pana. - Nie chciałbym, by Leon musiał się martwić o tak ważną dla siebie osobę. Dzięki temu będzie mógł w całości skupić się na naszym zamówieniu.
Na jego usta wpłynął butny, nieco kpiący uśmiech. Owszem, Londyn to nie było ostatnio bezpieczne miejsce: jednak nie przez męty z Nokturnu a przez ludzi jego pokroju. Osoby, które miały siać chaos, podżegać do buntu i sprawiać, by każdy patrzył na każdego wilkiem. Prześlizgiwał się między oparami zaufania i podjudzał tych, których uznał za ciekawych, by potem wykorzystać ich do własnych celów, rozwalając przy okazji relacje rodzinne w drobny mak.
- Ominęły mnie te szantaże, gdy byłem młodszy i nie chciałem się słuchać rodziców - odpowiedział z rozbawieniem, lekko wzruszając ramionami. - Chociaż nie przypominam sobie, by ktokolwiek w mojej rodzinie straszył nieposłuszne dzieci Fawleyami, którzy mają niespełnione fryzjerskie ambicje.
O nie, groźby w tym stylu nie były częścią jego rodziny. Głównie dlatego, że już w bardzo młodym wieku nauczył się kłamać tak, by rodzice uważali, iż nie ma wolnej woli i jest im całkowicie podporządkowany. Była to prawda, chociaż częściowa. Ojciec wybrał dla niego taką a nie inną ścieżkę, to on pociągał za sznurki przez większość jego życia. I nawet jeżeli Rodolphus uważał, że rozegrał mistrzowską partię szachową, to był w błędzie.
- Skąd pewność, że w ogóle dotarłbyś do krawędzi mojego łóżka? - Rodolphus miał przygotowanych wiele uśmiechów. Ten jednak, delikatny i leciutki, nie krył za sobą fałszu. Był szczerze zainteresowany odpowiedzią i rozbawiony wizją tego, że otworzyłby oczy, a nad nim stałby Cain z nożycami.
Po wymianie uprzejmości i przyjęciu zlecenia, Lestrange kiwnął Cainowi głową i ulotnił się z baru, nie chcąc przebywać w takim miejscu dłużej, niż to było konieczne.
- Martwi mają do powiedzenia więcej niż żywi? - zapytał niby mimochodem, nie licząc nawet na jasną, logiczną odpowiedź. Podejrzewał że owszem, być może: martwi mieli o wiele więcej do powiedzenia, gdyby ktokolwiek ośmielił się wyciągnąć ich z odmętów Limbo. Wystarczyło chociażby porozmawiać z Victorią, która technicznie rzecz biorąc nie była martwa, ale udało jej się wejść i wyjść z Limbo.
Jeżeli w jakikolwiek sposób Fawley próbował sprawić, że Lestrange poczułby się nieswojo przez zmniejszenie dystansu i zabranie kilka cennych cali jego przestrzeni osobistej, to niestety mężczyzna musiał obejść się smakiem. Sam był zbyt dobry w tę grę, by pozwolić sobie w tej chwili na coś więcej niż przesunięcie wzrokiem po twarzy swojego rozmówcy.
- Oczywiście. Wszystko co robię, jest podyktowane troską o osoby, z którymi współpracuję - nie musiał nawet kłamać - bo to, co mówił, było najprawdziwszą prawdą. Sęk w tym jednak, że to nie o Harrisa w tej chwili chodziło, a o osoby z organizacji, dla której działał. Chronił w tym momencie nie tylko siebie, ale przede wszystkim interesy Czarnego Pana. - Nie chciałbym, by Leon musiał się martwić o tak ważną dla siebie osobę. Dzięki temu będzie mógł w całości skupić się na naszym zamówieniu.
Na jego usta wpłynął butny, nieco kpiący uśmiech. Owszem, Londyn to nie było ostatnio bezpieczne miejsce: jednak nie przez męty z Nokturnu a przez ludzi jego pokroju. Osoby, które miały siać chaos, podżegać do buntu i sprawiać, by każdy patrzył na każdego wilkiem. Prześlizgiwał się między oparami zaufania i podjudzał tych, których uznał za ciekawych, by potem wykorzystać ich do własnych celów, rozwalając przy okazji relacje rodzinne w drobny mak.
- Ominęły mnie te szantaże, gdy byłem młodszy i nie chciałem się słuchać rodziców - odpowiedział z rozbawieniem, lekko wzruszając ramionami. - Chociaż nie przypominam sobie, by ktokolwiek w mojej rodzinie straszył nieposłuszne dzieci Fawleyami, którzy mają niespełnione fryzjerskie ambicje.
O nie, groźby w tym stylu nie były częścią jego rodziny. Głównie dlatego, że już w bardzo młodym wieku nauczył się kłamać tak, by rodzice uważali, iż nie ma wolnej woli i jest im całkowicie podporządkowany. Była to prawda, chociaż częściowa. Ojciec wybrał dla niego taką a nie inną ścieżkę, to on pociągał za sznurki przez większość jego życia. I nawet jeżeli Rodolphus uważał, że rozegrał mistrzowską partię szachową, to był w błędzie.
- Skąd pewność, że w ogóle dotarłbyś do krawędzi mojego łóżka? - Rodolphus miał przygotowanych wiele uśmiechów. Ten jednak, delikatny i leciutki, nie krył za sobą fałszu. Był szczerze zainteresowany odpowiedzią i rozbawiony wizją tego, że otworzyłby oczy, a nad nim stałby Cain z nożycami.
Po wymianie uprzejmości i przyjęciu zlecenia, Lestrange kiwnął Cainowi głową i ulotnił się z baru, nie chcąc przebywać w takim miejscu dłużej, niż to było konieczne.
Koniec sesji