24.02.2025, 23:34 ✶
Kilka lat przed jego narodzinami, w Imperium Brytyjskim panowała klęska głodu, a ludzie masowo umierali, skurczeni do wielkości swoich szkieletów – pamiętał, że nawet dziesięć lat później matka, która zawsze była wysoka i chuda, jeszcze za życia przypominająca kadawer, często wspominała o ludziach, którzy zostali zmuszeni do jedzenia skórzanych pasków, którymi przewiązywali się w talii i zamiast nich, przewlekali przez szlufki bawełniane troki na pranie. Ojciec marszczył wtedy czoło i pochylał się nad nim tak blisko, że czuł na twarzy jego oddech, mokry i ciężki jak oddech drapieżnego zwierzęcia, niektórzy karmili się nawet swoimi współobywatelami, dodawał, wobec czego Imogen zawsze wychodziła z pomieszczenia, a on zaciskał zęby, starając się ukryć strach, który wzbierał mu w ustach i zawsze smakował w ten sam sposób, jak chinina i ciepłe żelazo. Był jeszcze dzieckiem, nie rozumiał, jak człowiek mógłby zjeść drugiego człowieka jedynie po to, aby zaspokoić pragnienie, choć w rzeczywiści nie wiedział, czym był prawdziwy głód – żaden, którego doświadczył za życia, nie mógł wprawdzie dorównywać pożądaniu, które dręczyło go po śmierci.
Krew – gęsta i ciemnoczerwona – była jedynym, co mogło zaspokoić bolesny skurcz w nadbrzuszu i najbliższym, co miał do uczucia ciepła, które tylko wtedy, przez krótką chwilę w czasie, w którym szkarłat spływał mu po tylnej ścianie gardła i wypełniał żołądek, przypominało prawdziwą czułość, gorącą herbatę wypitą po długiej, zimowej nocy lub cudze ramiona obejmujące go ciasno wokół piersi. Za każdym razem, kiedy przebijał zębami odsłoniętą szyję, obiecywał sobie, że jutro będzie człowiekiem, który się tym brzydzi, zgodnym przede wszystkim z wyobrażonym mu przez rzeczywistość wizerunkiem, człowiekiem, który nie popełnia błędów i nie trzyma w domu bandaży, jakby nigdy nie spodziewał się w swoim życiu krwi. Wmawiał sobie, że pragnienie było tylko tym – głodem, lecz kiedy patrzył w hebanowe oczy Caina i słyszał szum tętna, które przesuwało się płytko pod jego skórą, odnajdywał w sobie niechcianą i pospiesznie tłumioną chęć, aby poczuć na języku nie tylko jego krew, ale również jego usta. Myśl była nagła, przerażająca i obrzydliwa, a on odruchowo odchylił głowę, przygryzając język i zapominając, że spod zębów nie wypłynie znajomy pomak żelaza – jedynie ból, intensywny i pulsujący wzdłuż podniebienia.
– Nie – odparł, choć jego słowa zwiędły wśród głośnego śmiechu, kiedy Cain odchylił głowę, przysuwając się wystarczająco blisko, aby znów poczuł jego pulsujące żyły, błękitne na tle jasnej skóry – przyglądał się, zbyt długo, tętnicy wystającej wzdłuż odgiętej szyi, po czym odwrócił wzrok, mrużąc oczy w sposób, który upodabniał go do leśnych zwierząt, polujących jedynie nocą. Natura znała wiele stworzeń takich jak on – był piękny w ten sam sposób, w jaki piękny był wąż o eliptycznych źrenicach. – Oczywiście – jego głos brzmiał prawie jak pomruk – siłą przeciągnięty do grzeczności i wyginający kąciki ust w litościwym uśmiechu. – Pewnie myślisz teraz o czymś naprawdę głębokim. O śmierci lub o miłości. O byciu nieśmiertelnym. Ludzie tacy jak ty zawsze marzą o tym, aby żyć wiecznie. – podjął z ponurym rozbawieniem, przyglądając się Cainowi przez szkło uniesionej do czoła szklanki – na zimnych brzegach skraplała się woda i jego twarz sprawiała wrażenie zniekształconej. Wyobraził sobie, że gdyby szkło pękło, oczy Fawleya odbijałyby się w każdym jego ostrym fragmencie. – Wiem, bo też kiedyś o tym myślałem. – pragnienie wydawało mu się teraz błahe, obce i przerażające – spędził więcej czasu martwy niż żywy i często stał w progu, kiedy niebo z czarnego stawało się jasne jak gałęzie olchy, czerwieniejące po odcięciu. Zamykał oczy i w myślach wspominał ostatni wschód słońca, którego doświadczył przed śmiercią – pamiętał go całkowicie, lecz nie sądził, aby potrafił przypomnieć sobie jakikolwiek inny brzask, który nastąpił przed nim – zawsze wycofywał się jednak z powrotem w półmrok, zanim na dworze zdążyło zrobić się jasno, boleśnie uświadomiony, że choć nieustannie pozostawiał za sobą martwe ciała, w rzeczywistości nie miał odwagi zadać śmierci jedynej osobie, która na nią zasługiwała – samemu sobie. Nigdy nie chciał być nieśmiertelny – zawsze pragnął jedynie żyć.
Krew – gęsta i ciemnoczerwona – była jedynym, co mogło zaspokoić bolesny skurcz w nadbrzuszu i najbliższym, co miał do uczucia ciepła, które tylko wtedy, przez krótką chwilę w czasie, w którym szkarłat spływał mu po tylnej ścianie gardła i wypełniał żołądek, przypominało prawdziwą czułość, gorącą herbatę wypitą po długiej, zimowej nocy lub cudze ramiona obejmujące go ciasno wokół piersi. Za każdym razem, kiedy przebijał zębami odsłoniętą szyję, obiecywał sobie, że jutro będzie człowiekiem, który się tym brzydzi, zgodnym przede wszystkim z wyobrażonym mu przez rzeczywistość wizerunkiem, człowiekiem, który nie popełnia błędów i nie trzyma w domu bandaży, jakby nigdy nie spodziewał się w swoim życiu krwi. Wmawiał sobie, że pragnienie było tylko tym – głodem, lecz kiedy patrzył w hebanowe oczy Caina i słyszał szum tętna, które przesuwało się płytko pod jego skórą, odnajdywał w sobie niechcianą i pospiesznie tłumioną chęć, aby poczuć na języku nie tylko jego krew, ale również jego usta. Myśl była nagła, przerażająca i obrzydliwa, a on odruchowo odchylił głowę, przygryzając język i zapominając, że spod zębów nie wypłynie znajomy pomak żelaza – jedynie ból, intensywny i pulsujący wzdłuż podniebienia.
– Nie – odparł, choć jego słowa zwiędły wśród głośnego śmiechu, kiedy Cain odchylił głowę, przysuwając się wystarczająco blisko, aby znów poczuł jego pulsujące żyły, błękitne na tle jasnej skóry – przyglądał się, zbyt długo, tętnicy wystającej wzdłuż odgiętej szyi, po czym odwrócił wzrok, mrużąc oczy w sposób, który upodabniał go do leśnych zwierząt, polujących jedynie nocą. Natura znała wiele stworzeń takich jak on – był piękny w ten sam sposób, w jaki piękny był wąż o eliptycznych źrenicach. – Oczywiście – jego głos brzmiał prawie jak pomruk – siłą przeciągnięty do grzeczności i wyginający kąciki ust w litościwym uśmiechu. – Pewnie myślisz teraz o czymś naprawdę głębokim. O śmierci lub o miłości. O byciu nieśmiertelnym. Ludzie tacy jak ty zawsze marzą o tym, aby żyć wiecznie. – podjął z ponurym rozbawieniem, przyglądając się Cainowi przez szkło uniesionej do czoła szklanki – na zimnych brzegach skraplała się woda i jego twarz sprawiała wrażenie zniekształconej. Wyobraził sobie, że gdyby szkło pękło, oczy Fawleya odbijałyby się w każdym jego ostrym fragmencie. – Wiem, bo też kiedyś o tym myślałem. – pragnienie wydawało mu się teraz błahe, obce i przerażające – spędził więcej czasu martwy niż żywy i często stał w progu, kiedy niebo z czarnego stawało się jasne jak gałęzie olchy, czerwieniejące po odcięciu. Zamykał oczy i w myślach wspominał ostatni wschód słońca, którego doświadczył przed śmiercią – pamiętał go całkowicie, lecz nie sądził, aby potrafił przypomnieć sobie jakikolwiek inny brzask, który nastąpił przed nim – zawsze wycofywał się jednak z powrotem w półmrok, zanim na dworze zdążyło zrobić się jasno, boleśnie uświadomiony, że choć nieustannie pozostawiał za sobą martwe ciała, w rzeczywistości nie miał odwagi zadać śmierci jedynej osobie, która na nią zasługiwała – samemu sobie. Nigdy nie chciał być nieśmiertelny – zawsze pragnął jedynie żyć.