25.02.2025, 02:44 ✶
Lepka świadomość spływała po nim ciepłem narastającego pożądania. Pod naciskiem dotyku czuł jak rzeczywistość odchodzi na drugi plan, że zastępuje ją mgła sennego marzenia, nierealistycznych mrzonek pielęgnowanych w głowie od lat. Czuł zdenerwowanie - zrozumienie elektrycznie niepokojącego uczucia przesmykiwało się pomiędzy palcami, razem z jasnymi kosmykami idealnie przyciętych włosów Desmonda, gdy z delikatnością zbyt bliską zjawisku sakralnemu, prawie że wstrzymując oddech, jak lunatyk, szaleniec w burzową noc pomiędzy drzewami, przesunął rękę z jego torsu, przez spięte, trzymane resztką upojonej samoświadomości ramie, aż do obojczyka, rozchylonego kołnierza... Mimo to, może przez szpary w parkiecie, albo niedomknięte okno w sypialni? Wydawało mu się, że do pomieszczenia wpada chłodny wiatr; istnienie przeciągu w gorącą, sierpniową noc wydawało się tak samo irracjonalne jak odgrywająca się w półmroku wyczekiwana scena.
Wypuścił powietrze z płuc, dopiero teraz orientując się, że zapomniał oddychać; rozmazująca się przed oczyma rzeczywistość była mieszanką alkoholu, gorąca i omamienia bliskością. Ciemne barwy wydawały się igrać z jasną linią wykrochmalonej koszuli Malfoya, był jak latarnia w zatoce podczas sztormu; błędny ogień majaczący na grzbiecie fal morskich. Zmęczony długim rejsem, oddał się chwilowemu odprężeniu, cóż za różnica czy kolejny ruch miał zabrać go do bezpiecznego przylądka, czy też wciągnąć na wieki w głębiny wzburzonych wód? Należała mu się chwila przyjemności, dla niej żył, co byłoby sensem, gdyby nie dążyło się do spełnienia pragnień?
Coś było nie tak - wybudzany skradającymi się niepokojami ze znanego, choć wzmożonego emocjonalnością, transu, tracił wątki zbyt szybko, gubił się, nie wiedział co ma zrobić z rękoma. Czy powinien przesunąć palcami po plecach, wsunąć pod materiał koszuli, poradzić sobie zwinnie z guzikami? Poczuł jak żołądek wykręca mu się w blokującej niechęci, miał ochotę się rozpłakać. Teraz, gdy stali przed sobą, prawie że szczerze, prawie że bez niepotrzebnych warstw ubrań ograniczających zacieśnienie więzi, teraz, gdy nie było już agresji, gdy salon wypełniał zapach alkoholu ulatujący z ich oddechów - miał ochotę się wycofać, powstrzymać. Nie chciał, bał się. Czego? Robił to tyle razy...
Świadomość uderzyła go mocniej niż pięść Desmonda w innym pokoju, mieszkaniu i, wydawać by się mogło, życiu.
Nie wykonał żadnego ruchu, choć powstrzymanie się od opadnięcia na podłogę i dramatycznego szlochania, kosztowało go ostatki energii, jakie w sobie nosił. Nie chciał, aby każdy ruch był rutynowy, aby stało się to ich codziennością, wyćwiczonym teatrem ról. Uciechy fizyczne były dla Croucha ucieczką od rozrywającego bólu, jaki dźwigał od lat. Świadomość, że ma wnieść najcenniejsze ze swoich uczuć w świat wyrobionych schematów radzenia sobie z rozrośniętą do gargantuicznych rozmiarów dziurą w sercu, poraziła go nagłą paniką.
Nie mógł się wycofać. To byłoby jeszcze gorsze, odrzuciłby go wtedy na zawsze, nie byłoby odwrotu. Sprawiłby, że ledwo odbudowany, chwiejny balans, jaki udało im się przedyskutować runąłby i zniknął w Tartarze, zupełnie jak w przeraźliwie realistycznym śnie, który śnili, rozdzieleni, choć wciąż nierozłącznie splątani nićmi zażyłości.
Przyciągnięty, objął przyjaciela w desperackiej chęci zanurzenia się w momencie, odepchnięcia rozrywającej skórę, ostrymi argumentami błędów przeszłości, świadomości swojej własnej fizyczności oderwanej od gotujących się weń hektolitrów miłości i przywiązania. Przylgnął do słaniającej się w odurzeniu sylwetki Desmonda, a wypowiedziane przez blondyna słowa powoli docierały do rozkojarzonego umysłu.
Mi też jest przykro, tak bardzo chciałbym, aby moja miłość starczała dla nas obydwu, chciał powiedzieć, ale zabrakło mu odwagi. Mógł zsunąć z siebie wszystkie ubrania, choć i tak nie stanąłby przed nikim nagi; pragnął, aby rubieże jego duszy były odkryte, zapisane na prywatnych mapach.
Nie było niczego, co mógłby powiedzieć z pewną świadomością, że nie usłyszy kolejnego 'przykro mi'. Mimo silnego zapachu alkoholu połączonego z nagrzaną letnim słońcem bawełną mieszającą się z potem, czuł w bliskości znajomą terpentynę - a może to tylko złudzenie? Wywołana chęcią dotarcia do oazy spełnienia fatamorgana.
Przesunął dłońmi po miękkich kosmykach włosów, unosząc odrobinę głowę i ustami dotykając skroni Desmonda. Zawędrował aż do policzka i dopiero wtedy stanął pewniej, opuszczając dłonie i łapiąc drugiego chłopaka za rękę splótł ich palce ze sobą.
- Chodź - tonem delikatnym jak aksamit pościeli, w której mieli odnajdywać swoje kolejne ruchy, przeprowadził go przez próg swojej sypialni. Uchylone drzwi wpuszczały do pomieszczenia z zasłoniętymi oknami łunę ulicznych świateł Londynu.
- Usiądź - nakazał, choć nie mógł powstrzymać się od delikatnego gestu popchnięcia przyjaciela w objęcia miękkiego materaca usłanego pościelą. Wykorzystanie jego upojenia mogło się wydać okrutne, ale sytuacyjnie było jedynie bardziej ekscytujące. Oleander starał się nie myśleć o tym głębiej, nie chciał wracać myślami do meandrów nieprzyjemnych, niemożliwych do wyartykułowania słów.
Usadziwszy gościa, jak na dobrego gospodarza przystało, zaczął rozpinać guziki różowej koszuli, aby po chwili przerwać.
- Chcesz rozpinać je sam? - zapytał, odrobinę filuternie, bo najlepszą obroną przed ckliwymi myślami była u niego buńczuczność. Miał nadzieję, że nawet w tak upojonym i pożądliwym stanie Desmond będzie w stanie połączyć kropki.
Niestety chęć bycia pożądanym, a jednocześnie podziwianym była u niego wyżej niż dobre maniery, więc przyjaciel musiał poczekać na swoją kolej, jeżeli chodzi o ściąganie ubrań. Jeżeli w ogóle miał zamiar się ich pozbywać.
Spoglądał nań w dół, wciąż nie potrafiąc odejść dalej niż na pare minimetrów, potrzebując bliskości, a jednocześnie przeciągając ten moment w nieskończoność, czując jak chwilowe wątpliwości i wybuch paniki odchodzą, przynajmniej na razie, na drugi plan, pozostawiając miejsce narastającemu pożądaniu.
Wypuścił powietrze z płuc, dopiero teraz orientując się, że zapomniał oddychać; rozmazująca się przed oczyma rzeczywistość była mieszanką alkoholu, gorąca i omamienia bliskością. Ciemne barwy wydawały się igrać z jasną linią wykrochmalonej koszuli Malfoya, był jak latarnia w zatoce podczas sztormu; błędny ogień majaczący na grzbiecie fal morskich. Zmęczony długim rejsem, oddał się chwilowemu odprężeniu, cóż za różnica czy kolejny ruch miał zabrać go do bezpiecznego przylądka, czy też wciągnąć na wieki w głębiny wzburzonych wód? Należała mu się chwila przyjemności, dla niej żył, co byłoby sensem, gdyby nie dążyło się do spełnienia pragnień?
Coś było nie tak - wybudzany skradającymi się niepokojami ze znanego, choć wzmożonego emocjonalnością, transu, tracił wątki zbyt szybko, gubił się, nie wiedział co ma zrobić z rękoma. Czy powinien przesunąć palcami po plecach, wsunąć pod materiał koszuli, poradzić sobie zwinnie z guzikami? Poczuł jak żołądek wykręca mu się w blokującej niechęci, miał ochotę się rozpłakać. Teraz, gdy stali przed sobą, prawie że szczerze, prawie że bez niepotrzebnych warstw ubrań ograniczających zacieśnienie więzi, teraz, gdy nie było już agresji, gdy salon wypełniał zapach alkoholu ulatujący z ich oddechów - miał ochotę się wycofać, powstrzymać. Nie chciał, bał się. Czego? Robił to tyle razy...
Świadomość uderzyła go mocniej niż pięść Desmonda w innym pokoju, mieszkaniu i, wydawać by się mogło, życiu.
Nie wykonał żadnego ruchu, choć powstrzymanie się od opadnięcia na podłogę i dramatycznego szlochania, kosztowało go ostatki energii, jakie w sobie nosił. Nie chciał, aby każdy ruch był rutynowy, aby stało się to ich codziennością, wyćwiczonym teatrem ról. Uciechy fizyczne były dla Croucha ucieczką od rozrywającego bólu, jaki dźwigał od lat. Świadomość, że ma wnieść najcenniejsze ze swoich uczuć w świat wyrobionych schematów radzenia sobie z rozrośniętą do gargantuicznych rozmiarów dziurą w sercu, poraziła go nagłą paniką.
Nie mógł się wycofać. To byłoby jeszcze gorsze, odrzuciłby go wtedy na zawsze, nie byłoby odwrotu. Sprawiłby, że ledwo odbudowany, chwiejny balans, jaki udało im się przedyskutować runąłby i zniknął w Tartarze, zupełnie jak w przeraźliwie realistycznym śnie, który śnili, rozdzieleni, choć wciąż nierozłącznie splątani nićmi zażyłości.
Przyciągnięty, objął przyjaciela w desperackiej chęci zanurzenia się w momencie, odepchnięcia rozrywającej skórę, ostrymi argumentami błędów przeszłości, świadomości swojej własnej fizyczności oderwanej od gotujących się weń hektolitrów miłości i przywiązania. Przylgnął do słaniającej się w odurzeniu sylwetki Desmonda, a wypowiedziane przez blondyna słowa powoli docierały do rozkojarzonego umysłu.
Mi też jest przykro, tak bardzo chciałbym, aby moja miłość starczała dla nas obydwu, chciał powiedzieć, ale zabrakło mu odwagi. Mógł zsunąć z siebie wszystkie ubrania, choć i tak nie stanąłby przed nikim nagi; pragnął, aby rubieże jego duszy były odkryte, zapisane na prywatnych mapach.
Nie było niczego, co mógłby powiedzieć z pewną świadomością, że nie usłyszy kolejnego 'przykro mi'. Mimo silnego zapachu alkoholu połączonego z nagrzaną letnim słońcem bawełną mieszającą się z potem, czuł w bliskości znajomą terpentynę - a może to tylko złudzenie? Wywołana chęcią dotarcia do oazy spełnienia fatamorgana.
Przesunął dłońmi po miękkich kosmykach włosów, unosząc odrobinę głowę i ustami dotykając skroni Desmonda. Zawędrował aż do policzka i dopiero wtedy stanął pewniej, opuszczając dłonie i łapiąc drugiego chłopaka za rękę splótł ich palce ze sobą.
- Chodź - tonem delikatnym jak aksamit pościeli, w której mieli odnajdywać swoje kolejne ruchy, przeprowadził go przez próg swojej sypialni. Uchylone drzwi wpuszczały do pomieszczenia z zasłoniętymi oknami łunę ulicznych świateł Londynu.
- Usiądź - nakazał, choć nie mógł powstrzymać się od delikatnego gestu popchnięcia przyjaciela w objęcia miękkiego materaca usłanego pościelą. Wykorzystanie jego upojenia mogło się wydać okrutne, ale sytuacyjnie było jedynie bardziej ekscytujące. Oleander starał się nie myśleć o tym głębiej, nie chciał wracać myślami do meandrów nieprzyjemnych, niemożliwych do wyartykułowania słów.
Usadziwszy gościa, jak na dobrego gospodarza przystało, zaczął rozpinać guziki różowej koszuli, aby po chwili przerwać.
- Chcesz rozpinać je sam? - zapytał, odrobinę filuternie, bo najlepszą obroną przed ckliwymi myślami była u niego buńczuczność. Miał nadzieję, że nawet w tak upojonym i pożądliwym stanie Desmond będzie w stanie połączyć kropki.
Niestety chęć bycia pożądanym, a jednocześnie podziwianym była u niego wyżej niż dobre maniery, więc przyjaciel musiał poczekać na swoją kolej, jeżeli chodzi o ściąganie ubrań. Jeżeli w ogóle miał zamiar się ich pozbywać.
Spoglądał nań w dół, wciąż nie potrafiąc odejść dalej niż na pare minimetrów, potrzebując bliskości, a jednocześnie przeciągając ten moment w nieskończoność, czując jak chwilowe wątpliwości i wybuch paniki odchodzą, przynajmniej na razie, na drugi plan, pozostawiając miejsce narastającemu pożądaniu.
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦