25.02.2025, 14:30 ✶
Miał dosyć czegoś takiego. Tego zachowania. Tych wszystkich tendencji do niesienia na barkach całego ciężaru naprawdę parszywej rzeczywistości, jakie miała Geraldine. Była wobec siebie zbyt ostra, nazbyt krytyczna, za łatwo przyjmowała cudze wyrzuty i przekształcała je w swoje winy, gdy w istocie sama też była ofiarą tego wszystkiego, co działo się teraz na świecie.
Tyle tylko, że zamiast to dostrzegać, wykręcała mentalne salta, robiła fikołki, dawała się wmanipulować w poczucie winy ludziom, którzy nic o niej nie wiedzieli. Osobom szukającym kozłów ofiarnych. Wydającym wyroki na podstawie własnego widzimisię lub potrzeby, by zrzucić z siebie większość poczucia winy.
Co gorsza mógł jej o tym mówić, ale ona i tak wyłapywała z tego tylko to, co chciała usłyszeć. To, co pasowało do jej pokręconej narracji. A przecież nie to miał na myśli, gdy wypowiadał te słowa. Zaciągnął się papierosem, nerwowo wypuszczając dym przez usta i przenosząc wzrok na dziewczynę. Tym razem obdarzając ją wyjątkowo ostrym, karcącym spojrzeniem.
- Nie, Geraldine, to dzieje się dookoła nas wszystkich. Każdy ma swoje gówno, które go dotyczy i którym emanuje na innych - on, oni byli tego przykładem, prawda? No, właśnie. - Tak teraz wygląda świat - wcale nie chciał bagatelizować tego, co działo się dookoła niej, ale jeśli właśnie to miało ją obudzić, zamierzał wziąć na siebie ciężar tych słów. - Nie wiesz o połowie gówna, które dzieje się u innych ludzi, które krzywdzi też wszystkich dookoła nich. Nie jesteś jedyną osobą, która ściąga na siebie problemy. Inni po prostu tak o tym nie mówią - stwierdził gorzko, aż nazbyt dobrze zdając sobie przecież sprawę z tego jak to wyglądało u większości osób.
Ludzie mieli tendencję do robienia z siebie ofiar, nie oprawców. W tej rzeczywistości większość osób stawiała się w roli pokrzywdzonych. Przybitych trudami życia, kłodami rzucanymi im przez los pod nogi. Mało kto zachowywał się tak jak Yaxleyówna. Większość osób poszukiwała problemu w czynnikach zewnętrznych. Nawet na siłę, byleby tylko nie poszukiwać go w sobie.
Ale jego dziewczyna zawsze stawała w kontrze do większości społeczeństwa, prawda? Nawet tam, gdzie wyłącznie ją to krzywdziło. Była w stanie zrobić to wszystko, o czym jej teraz mówił. Wziąć na siebie winy całego świata, nawet jeśli uparcie twierdziła, że jest inaczej. Westchnął ciężko, przymykając oczy. To wszystko było cholernie skomplikowane, bo nawet w tej jednej rozmowie raz po raz miała rację tylko po to, by zaraz jej nie mieć. Jak miał z nią teraz rozmawiać, gdy wyglądało to w ten sposób? Nie zgadzał się z nią, później się zgadzał, nie zgadzał, zgadzał...
- Wiem - odpowiedział może trochę nazbyt twardo, ale w tym wypadku nie mógł nie przyznać jej racji.
W normalnym świecie zdecydowanie nie tak powinno wyglądać bycie czyimś człowiekiem. W zupełnie innych okolicznościach byłoby inaczej, ale oni nie znajdowali się w idyllicznym świecie. Nie. Oni byli tu i teraz. W bagnie, w które sami się władowali. W tym, w które może nie chciał, ale już teraz sam ją wciągał, nie mogąc być jej człowiekiem, w jedyny właściwy sposób. W ten, w którym kiedyś planował nim być. To nie było już możliwe.
Jej kolejne słowa potwierdzały to, co już przecież wiedział. Zdawała sobie z tego sprawę. Oboje zdawali.
- Rozumiem - tylko tyle było w stanie paść obecnie z jego strony wraz z bardzo krótkim, ale jednocześnie wyjątkowo znaczącym, jakby ciężkim kiwnięciem głowy - więc będę tą osobą. To była moja decyzja, mój - błąd, jednak tego już nie powiedział - więc to ja wezmę to na siebie. Tak będzie właściwie - kolejny raz zaczerpnął głęboki wdech.
Nie użył słowa sprawiedliwie, użył równie trudnego do przyjęcia zamiennika (nie, nie było właściwie), bo w tym wszystkim nie było ani krzty sprawiedliwości. To nie było też to, co sam chciałby musieć robić. Wcale nie chciał być tym człowiekiem (chciał być jej człowiekiem), ale nie mógł zrzucić tego na Geraldine. Nie zrobiłby tego. To była jego odpowiedzialność, bo to on w pierwszej kolejności zawalił sprawę. To skutki jego decyzji uderzały w nich w tej chwili.
Dlatego tak go wkurwiała swoim podejściem. Biorąc na siebie wszelkie winy, gdy w rzeczywistości wcale niczym nie zawiniła. Nie w ich przypadku. Nie w tym wszystkim. Nie zaufaniem niewłaściwej osobie.
- Kocham cię - nie padło, choć powinno, tym razem najbardziej ze wszystkich momentów, w których już wcześniej zostało wypowiedziane; mimo to milczał, nie powiedział tego, kolejny raz otwierając usta i ze świstem wypuszczając powietrze. - Masz rację - nie mogli wiecznie żyć złudzeniami licząc na to, że los wreszcie postanowi się obrócić, że życie wreszcie zacznie zmieniać się na ich korzyść, tak nie miało być. - Nie zasługujesz na takie traktowanie. Nie można zmienić narracji w trakcie. Cofnąć tego, co się stało. Udawać, że problem nie istnieje - urwał na moment, nabierając powietrza w płuca.
Tak ciężko było dojść do sedna. Przestać odwlekać ten moment. Nie uciekać przed koniecznością wypowiedzenia tych ostatecznych słów, przed nadaniem im wydźwięku, jaki powinny mieć, bo przecież nie kłamał. Nie.
Geraldine w istocie miała rację. Cokolwiek teraz robili to miało doprowadzić do kolejnego załamania. Do zupełnej rozsypki. Do tego, czego chciał uniknąć poprzez odejście w ciszy bez konieczności stanięcia z nią twarzą w twarz. Bo był tchórzem? Nienawidził tego, ale tak się obecnie czuł.
Bo jednocześnie nie potrafił tego tak po prostu zrobić, gdy stała tuż obok. Odwlekał tę chwilę, nie wypowiadał słów, usilnie szukał kolejnych wymówek, aby zostać jeszcze przez chwilę w tym, w czym teraz tkwili. Nie mogąc powrócić do przeszłości, nie wierząc w istnienie wspólnej szczęśliwej przyszłości, gubiąc się w teraźniejszości.
Nie umiał spojrzeć jej prosto w oczy i tak po prostu wypowiedzieć tych miażdżących słów. Nie przechodziły mu przez zaciśnięte gardło. Nie chciały opuścić jego ust. On wcale nie chciał, by z nich popłynęły. A przecież powinien być tą osobą. To była jego odpowiedzialność, jego decyzja, ostateczny skutek jego własnych działań. Tymczasem jak ostatnia gnida, jak zupełna tchórzliwa kanalia uciekał od wzięcia za to całej odpowiedzialności. Czuł się parszywie.
Miała rację. Tak, zdecydowanie ją miała. Tyle tylko, że w jego przypadku myliła się, co do jednej rzeczy. Przeszacowała czas potrzebny na to, by zaczęło im być znacznie trudniej. Już było. Już teraz czuł się tak, jakby mógł rozsypać się pod naciskiem ciężaru słów, które musiały paść. Nie chodziło o bliżej nieokreśloną przyszłość, gdy miało im być trudniej.
Tydzień. Wystarczył zaledwie tydzień. Aż tydzień, by pogrążyć się w złudzeniach. Zacząć bardzo ostrożnie myśleć o tym, co mogło być jutro. Robić plany na następne dni. Nie takie, które bezpośrednio by ich dotyczyły. Jeszcze nie. Tu starał się trwać w swoich postanowieniach, ale zdecydowanie je robił. Podświadomie szukał czegoś, co nie byłoby wprost związane z ich wspólnym życiem, ale jednocześnie dotyczyłoby ich obojga.
Dom w Whitby, tak? Przecież wymagał naprawy. Wypadało wesprzeć ją w tym wszystkim, bo przecież oboje zaniedbali tę nieruchomość, nawet jeśli tamten teren już nie należał do niego. Astaroth? Był jego byłym pacjentem, więc wypadało, aby zainteresował się całą sprawą. Nawet te przeklęte widma w Kniei, czyż nie? Wymagały uwagi, kolejnych planów, posunięć, kroków z ich wspólnej strony, bo razem mieli większe szanse na powodzenie.
Miała rację. Ile jeszcze mogli zachowywać się w ten sposób, skoro już teraz zaczynali się przez to wyniszczać? Nawzajem, lecz także wewnętrznie. Tkwili w zawieszeniu, rozdarci między jedną a drugą decyzją. Ze stopami na obu ścieżkach jednocześnie.
To był ten moment. Chwila, w której powinny paść te słowa. Więc czemu milczał?
Tyle tylko, że zamiast to dostrzegać, wykręcała mentalne salta, robiła fikołki, dawała się wmanipulować w poczucie winy ludziom, którzy nic o niej nie wiedzieli. Osobom szukającym kozłów ofiarnych. Wydającym wyroki na podstawie własnego widzimisię lub potrzeby, by zrzucić z siebie większość poczucia winy.
Co gorsza mógł jej o tym mówić, ale ona i tak wyłapywała z tego tylko to, co chciała usłyszeć. To, co pasowało do jej pokręconej narracji. A przecież nie to miał na myśli, gdy wypowiadał te słowa. Zaciągnął się papierosem, nerwowo wypuszczając dym przez usta i przenosząc wzrok na dziewczynę. Tym razem obdarzając ją wyjątkowo ostrym, karcącym spojrzeniem.
- Nie, Geraldine, to dzieje się dookoła nas wszystkich. Każdy ma swoje gówno, które go dotyczy i którym emanuje na innych - on, oni byli tego przykładem, prawda? No, właśnie. - Tak teraz wygląda świat - wcale nie chciał bagatelizować tego, co działo się dookoła niej, ale jeśli właśnie to miało ją obudzić, zamierzał wziąć na siebie ciężar tych słów. - Nie wiesz o połowie gówna, które dzieje się u innych ludzi, które krzywdzi też wszystkich dookoła nich. Nie jesteś jedyną osobą, która ściąga na siebie problemy. Inni po prostu tak o tym nie mówią - stwierdził gorzko, aż nazbyt dobrze zdając sobie przecież sprawę z tego jak to wyglądało u większości osób.
Ludzie mieli tendencję do robienia z siebie ofiar, nie oprawców. W tej rzeczywistości większość osób stawiała się w roli pokrzywdzonych. Przybitych trudami życia, kłodami rzucanymi im przez los pod nogi. Mało kto zachowywał się tak jak Yaxleyówna. Większość osób poszukiwała problemu w czynnikach zewnętrznych. Nawet na siłę, byleby tylko nie poszukiwać go w sobie.
Ale jego dziewczyna zawsze stawała w kontrze do większości społeczeństwa, prawda? Nawet tam, gdzie wyłącznie ją to krzywdziło. Była w stanie zrobić to wszystko, o czym jej teraz mówił. Wziąć na siebie winy całego świata, nawet jeśli uparcie twierdziła, że jest inaczej. Westchnął ciężko, przymykając oczy. To wszystko było cholernie skomplikowane, bo nawet w tej jednej rozmowie raz po raz miała rację tylko po to, by zaraz jej nie mieć. Jak miał z nią teraz rozmawiać, gdy wyglądało to w ten sposób? Nie zgadzał się z nią, później się zgadzał, nie zgadzał, zgadzał...
- Wiem - odpowiedział może trochę nazbyt twardo, ale w tym wypadku nie mógł nie przyznać jej racji.
W normalnym świecie zdecydowanie nie tak powinno wyglądać bycie czyimś człowiekiem. W zupełnie innych okolicznościach byłoby inaczej, ale oni nie znajdowali się w idyllicznym świecie. Nie. Oni byli tu i teraz. W bagnie, w które sami się władowali. W tym, w które może nie chciał, ale już teraz sam ją wciągał, nie mogąc być jej człowiekiem, w jedyny właściwy sposób. W ten, w którym kiedyś planował nim być. To nie było już możliwe.
Jej kolejne słowa potwierdzały to, co już przecież wiedział. Zdawała sobie z tego sprawę. Oboje zdawali.
- Rozumiem - tylko tyle było w stanie paść obecnie z jego strony wraz z bardzo krótkim, ale jednocześnie wyjątkowo znaczącym, jakby ciężkim kiwnięciem głowy - więc będę tą osobą. To była moja decyzja, mój - błąd, jednak tego już nie powiedział - więc to ja wezmę to na siebie. Tak będzie właściwie - kolejny raz zaczerpnął głęboki wdech.
Nie użył słowa sprawiedliwie, użył równie trudnego do przyjęcia zamiennika (nie, nie było właściwie), bo w tym wszystkim nie było ani krzty sprawiedliwości. To nie było też to, co sam chciałby musieć robić. Wcale nie chciał być tym człowiekiem (chciał być jej człowiekiem), ale nie mógł zrzucić tego na Geraldine. Nie zrobiłby tego. To była jego odpowiedzialność, bo to on w pierwszej kolejności zawalił sprawę. To skutki jego decyzji uderzały w nich w tej chwili.
Dlatego tak go wkurwiała swoim podejściem. Biorąc na siebie wszelkie winy, gdy w rzeczywistości wcale niczym nie zawiniła. Nie w ich przypadku. Nie w tym wszystkim. Nie zaufaniem niewłaściwej osobie.
- Kocham cię - nie padło, choć powinno, tym razem najbardziej ze wszystkich momentów, w których już wcześniej zostało wypowiedziane; mimo to milczał, nie powiedział tego, kolejny raz otwierając usta i ze świstem wypuszczając powietrze. - Masz rację - nie mogli wiecznie żyć złudzeniami licząc na to, że los wreszcie postanowi się obrócić, że życie wreszcie zacznie zmieniać się na ich korzyść, tak nie miało być. - Nie zasługujesz na takie traktowanie. Nie można zmienić narracji w trakcie. Cofnąć tego, co się stało. Udawać, że problem nie istnieje - urwał na moment, nabierając powietrza w płuca.
Tak ciężko było dojść do sedna. Przestać odwlekać ten moment. Nie uciekać przed koniecznością wypowiedzenia tych ostatecznych słów, przed nadaniem im wydźwięku, jaki powinny mieć, bo przecież nie kłamał. Nie.
Geraldine w istocie miała rację. Cokolwiek teraz robili to miało doprowadzić do kolejnego załamania. Do zupełnej rozsypki. Do tego, czego chciał uniknąć poprzez odejście w ciszy bez konieczności stanięcia z nią twarzą w twarz. Bo był tchórzem? Nienawidził tego, ale tak się obecnie czuł.
Bo jednocześnie nie potrafił tego tak po prostu zrobić, gdy stała tuż obok. Odwlekał tę chwilę, nie wypowiadał słów, usilnie szukał kolejnych wymówek, aby zostać jeszcze przez chwilę w tym, w czym teraz tkwili. Nie mogąc powrócić do przeszłości, nie wierząc w istnienie wspólnej szczęśliwej przyszłości, gubiąc się w teraźniejszości.
Nie umiał spojrzeć jej prosto w oczy i tak po prostu wypowiedzieć tych miażdżących słów. Nie przechodziły mu przez zaciśnięte gardło. Nie chciały opuścić jego ust. On wcale nie chciał, by z nich popłynęły. A przecież powinien być tą osobą. To była jego odpowiedzialność, jego decyzja, ostateczny skutek jego własnych działań. Tymczasem jak ostatnia gnida, jak zupełna tchórzliwa kanalia uciekał od wzięcia za to całej odpowiedzialności. Czuł się parszywie.
Miała rację. Tak, zdecydowanie ją miała. Tyle tylko, że w jego przypadku myliła się, co do jednej rzeczy. Przeszacowała czas potrzebny na to, by zaczęło im być znacznie trudniej. Już było. Już teraz czuł się tak, jakby mógł rozsypać się pod naciskiem ciężaru słów, które musiały paść. Nie chodziło o bliżej nieokreśloną przyszłość, gdy miało im być trudniej.
Tydzień. Wystarczył zaledwie tydzień. Aż tydzień, by pogrążyć się w złudzeniach. Zacząć bardzo ostrożnie myśleć o tym, co mogło być jutro. Robić plany na następne dni. Nie takie, które bezpośrednio by ich dotyczyły. Jeszcze nie. Tu starał się trwać w swoich postanowieniach, ale zdecydowanie je robił. Podświadomie szukał czegoś, co nie byłoby wprost związane z ich wspólnym życiem, ale jednocześnie dotyczyłoby ich obojga.
Dom w Whitby, tak? Przecież wymagał naprawy. Wypadało wesprzeć ją w tym wszystkim, bo przecież oboje zaniedbali tę nieruchomość, nawet jeśli tamten teren już nie należał do niego. Astaroth? Był jego byłym pacjentem, więc wypadało, aby zainteresował się całą sprawą. Nawet te przeklęte widma w Kniei, czyż nie? Wymagały uwagi, kolejnych planów, posunięć, kroków z ich wspólnej strony, bo razem mieli większe szanse na powodzenie.
Miała rację. Ile jeszcze mogli zachowywać się w ten sposób, skoro już teraz zaczynali się przez to wyniszczać? Nawzajem, lecz także wewnętrznie. Tkwili w zawieszeniu, rozdarci między jedną a drugą decyzją. Ze stopami na obu ścieżkach jednocześnie.
To był ten moment. Chwila, w której powinny paść te słowa. Więc czemu milczał?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down