Wiedział, rozumiał, pojmował. Nie chciał pojmować, rozumieć ani wiedzieć. Chciał oblać się błogą nieświadomością tego, że to nie był brzydki i stary nawyk. Czy to w ogóle miało z tym cokolwiek wspólnego? Musiał bardzo płytko ciąć, w panice. Nie pomyślał o tym wcale? Nie zdążył. Spadł do wody - a woda już sama przyjęła go na swoje łono. Do bezpiecznej toni, gdzie już nic nie boli, nie ma wątpliwości, nie ma strachu. Pewnie dlatego, że w nicości nie było ludzi.
Nie zdobył się nawet na powiedzenie, żeby Flynn przestał mówić o tym tak, jakby to było oczywiste. Jakby miał przywilej, kartę przetargową na swoje odejście, kiedy znów stanie się coś złego. Ten człowiek w pierwszym odruchu nie pomyślał, żeby przyjść tutaj - pomyślał, żeby się zabić. Nie oczekuj zbyt wiele, to nie kwestia chęci - to zepsucie. To tragedia tak głęboko zakorzeniona w DNA Flynna, że sięgało nawet dalej niż do czasów przesadzania mandragor w donicach. To było po prostu... za dużo. Za dużo dla niego. Za dużo dla ciebie? Za wiele jak na to, ile możesz teraz nieść? Wszystko było w sam raz, tak. Szyte na miarę, dopasowane. Będzie lepiej - musiało tylko minąć. Dotrzeć do tego "być", a nie tylko trwać.
Laurent pozwolił się poprzestawiać i nawet nie bardzo zareagował na uniesienie. Zareagował dopiero na to, kiedy ta gorąca skóra znalazła się pod jego jedną dłonią, potem drugą. Zacisnął palce. Spojrzał na ręce pomazane czarnymi znakami tatuaży. Nie było widać w tym pomarańczowym, mdłym świetle spod abażuru blizn. Czuł je za to pod swoimi palcami. Mógł go złapać. Mógł nacisnąć skórę.
- Jesteś z porcelany. - Zaprzeczył cicho. - Jesteś delikatny i wrażliwy. - Dlatego tak wszystko go bolało, dlatego tak wszystko przeżywał. Czy może nie? Podniósł w końcu opuszczona głowę na Flynna, żeby znaleźć jego czarne oczy. - Nigdy wcześniej nie chowałeś się w szafie przed czyimś ojcem? - Laurent nawet delikatnie uniósł kąciki ust ku górze. Trochę się poprawił, by sięgnąć znów dłonią do twarzy mężczyzny, musnąć jego policzki, ale zaraz znów przeniósł je na jego ręce. - Przeżyłeś coś strasznego. Zostań. Ja jestem twoim dobrym snem. I jestem tu. Żywy. Więc... nie zostawiaj mnie, dobrze? Proszę. Nie zostawiaj mnie znowu samego. - Zacisnął palce znów mocniej na jego skórze, po czym puścił, żeby uczepić się jego swetra. - Nie obwiniaj się za to wszystko. Wiem, że to robisz. Nie mogłeś zrobić nic więcej, bo... ratowałeś mnie. Uratowałeś mnie. Jesteś moim słońcem. Proszę, nie pozbawiaj mnie słońca.