25.02.2025, 16:01 ✶
– Myślałem o hipogryfie, w ogóle chciałbym zabrać Mabel do hodowli, pokazać, jak wygląda praca przy zwierzętach. Tam pracuje Nikolai wiesz ten drugi niedźwiedź z doliny, mój...mój bardzo bliski przyjaciel, wiele nas łączy... no poza byciem niedźwiedziem oczywiście. – Uśmiechnął się do niej ciepło, bo gdzieś po tym jak się zszedł z Norą to bardzo trudno było mu rozmawiać z Arielem i tej znajomości akurat brakowało mu szalenie. Był jednak bardzo, bardzo zazdrosny o samą myśl, że jego kobieta mogłaby przytulać się do innego mężczyzny, więc sam nie zamierzał tego robić. W końcu mieli być razem. Tylko dla siebie.
Poruszane przez nich tematy były trudne. Bardzo trudne. Zarówno widmo - potwór, jak i kwestie jego bycia ojcem, gdzie siedem lat życia dziewczynki nagle zogniskowały się na ostatnich siedmiu dniach. Emocji związanych z tym było pięć milionów - począwszy od poczucia winy, przez zachwyt, smutek, ekscytację i przerażenie. A jeszcze Knieja, tak niebezpieczna jak nigdy.
– Mmm... dobrze no to zaczynając od tego stwora, to chyba nie było widmo. Miałem wrażenie, że ta bestia jest bardzo cielesna, wielka, zwalista, zdecydowanie bardziej materialna niż upiory. Pozostawiała ślad za sobą i czułem, jestem niemal pewien, że ona szła ukryć się w jakimś swoim leżu. Ona zabiła drzewo Brenna, to było... to było straszne. Nie że tak po prostu wyssała z niego życie, albo przewaliła je ciałem. Bo drzewo... jego energia, jego istota zawsze pozostają w lesie. A ona zabrała to. Posiliła się nim i poszła. Wiem... umiałbym wskazać miejsce od którego można byłoby ruszyć jej śladem. Mógłbym to zrobić i... tak, to nie było na skraju Kniei. To było całkiem wewnątrz lasu. – Skrzywił się nieco, ale nie zapadł w siebie, bo zrobiłby to znowu i znowu, bo chodziło o las, a on mimo wszystko, mimo wszystkich kłamstw własnej matki, on ten las bardzo, bardzo kochał i tęsknił za nim szalenie.
– Ja w ogóle nie brałem tego pod uwagę. Wiesz... byliśmy z Norą ledwie kilka miesięcy nim... no nim odeszła. Byłem tak zazdrosny o Erika, to mnie zaślepiło. Czułem się jak kula u nogi do jej wielkich planów, przecież miała jechać do Francji, piec w najlepszych, najznamienitszych cukierniach. Z resztą... – ściszył głos i mimowolnie przysunął siędo Brenny, co wyglądało dość śmiesznie, bo był wyższy od niej, a jednocześnie zdawał się mniejszy i młodszy w swoim zagubieniu, w osamotnieniu, którego nigdy tak na prawdę nie miał szans przeżyć i doświadczyć "na zewnątrz". – Mój ojciec już wtedy umierał. Gdybym z nią pojechał nie byłbym przy nim w ostatnich dniach. Gdybym z nią pojechał, byłbym w pierwszych dniach narodzin swojej córki. Nie wiem... Nie zmienię tego już. – Jego oddech zadrżał, a on szybko tknięty przeczuciem sięgnął do kieszeni po eliksir uspokajający, a zaraz potem oklapł na ziemię tam gdzie szedł, w połowie drogi do własnego warsztatu gdzieś pod Longbottomową gruszą. Było przyjemnie i straszno. Nie lubił takiego kotła.
– Wiesz, pewnie i tak będę musiał przez tą klątwę żywiołów. Są ponoć jakieś programy, treningi, sposoby żeby uspokoić emocje. Inne niż... – zaśmiał się pod nosem – no wiesz, zamiana w zwierzę. – Nie dbając o to, że chodza po nim mrówki, przekrzywił głowę, żeby spojrzeć na Brennę. Jego niebieskie oczy były lekko zaczerwienione, ale uśmiechał się tym swoim smutnym, ale spokojnym uśmiechem. – Dużo się u mnie podziało w te ostatnie dwa tygodnie, powiedziałabyś rok temu, że będziemy sąsiadami? Chodź, połóż się, bo musi zacząć mi eliksir działać, jak leżę na ziemi to łatwiej mi się uspokoić, tak sobie wyobrażam, że ta cała klątwa co się we mnie kotłuje to jak wystrzeli to w dół korzeniami, jakoś tak mi lepiej z tą myślą, że się uspokajam i nie strzelam korzeniami wcale. – zdradził swoją nową technikę. – Może nie ma to sensu, ale hej, działa!
Poruszane przez nich tematy były trudne. Bardzo trudne. Zarówno widmo - potwór, jak i kwestie jego bycia ojcem, gdzie siedem lat życia dziewczynki nagle zogniskowały się na ostatnich siedmiu dniach. Emocji związanych z tym było pięć milionów - począwszy od poczucia winy, przez zachwyt, smutek, ekscytację i przerażenie. A jeszcze Knieja, tak niebezpieczna jak nigdy.
– Mmm... dobrze no to zaczynając od tego stwora, to chyba nie było widmo. Miałem wrażenie, że ta bestia jest bardzo cielesna, wielka, zwalista, zdecydowanie bardziej materialna niż upiory. Pozostawiała ślad za sobą i czułem, jestem niemal pewien, że ona szła ukryć się w jakimś swoim leżu. Ona zabiła drzewo Brenna, to było... to było straszne. Nie że tak po prostu wyssała z niego życie, albo przewaliła je ciałem. Bo drzewo... jego energia, jego istota zawsze pozostają w lesie. A ona zabrała to. Posiliła się nim i poszła. Wiem... umiałbym wskazać miejsce od którego można byłoby ruszyć jej śladem. Mógłbym to zrobić i... tak, to nie było na skraju Kniei. To było całkiem wewnątrz lasu. – Skrzywił się nieco, ale nie zapadł w siebie, bo zrobiłby to znowu i znowu, bo chodziło o las, a on mimo wszystko, mimo wszystkich kłamstw własnej matki, on ten las bardzo, bardzo kochał i tęsknił za nim szalenie.
– Ja w ogóle nie brałem tego pod uwagę. Wiesz... byliśmy z Norą ledwie kilka miesięcy nim... no nim odeszła. Byłem tak zazdrosny o Erika, to mnie zaślepiło. Czułem się jak kula u nogi do jej wielkich planów, przecież miała jechać do Francji, piec w najlepszych, najznamienitszych cukierniach. Z resztą... – ściszył głos i mimowolnie przysunął siędo Brenny, co wyglądało dość śmiesznie, bo był wyższy od niej, a jednocześnie zdawał się mniejszy i młodszy w swoim zagubieniu, w osamotnieniu, którego nigdy tak na prawdę nie miał szans przeżyć i doświadczyć "na zewnątrz". – Mój ojciec już wtedy umierał. Gdybym z nią pojechał nie byłbym przy nim w ostatnich dniach. Gdybym z nią pojechał, byłbym w pierwszych dniach narodzin swojej córki. Nie wiem... Nie zmienię tego już. – Jego oddech zadrżał, a on szybko tknięty przeczuciem sięgnął do kieszeni po eliksir uspokajający, a zaraz potem oklapł na ziemię tam gdzie szedł, w połowie drogi do własnego warsztatu gdzieś pod Longbottomową gruszą. Było przyjemnie i straszno. Nie lubił takiego kotła.
– Wiesz, pewnie i tak będę musiał przez tą klątwę żywiołów. Są ponoć jakieś programy, treningi, sposoby żeby uspokoić emocje. Inne niż... – zaśmiał się pod nosem – no wiesz, zamiana w zwierzę. – Nie dbając o to, że chodza po nim mrówki, przekrzywił głowę, żeby spojrzeć na Brennę. Jego niebieskie oczy były lekko zaczerwienione, ale uśmiechał się tym swoim smutnym, ale spokojnym uśmiechem. – Dużo się u mnie podziało w te ostatnie dwa tygodnie, powiedziałabyś rok temu, że będziemy sąsiadami? Chodź, połóż się, bo musi zacząć mi eliksir działać, jak leżę na ziemi to łatwiej mi się uspokoić, tak sobie wyobrażam, że ta cała klątwa co się we mnie kotłuje to jak wystrzeli to w dół korzeniami, jakoś tak mi lepiej z tą myślą, że się uspokajam i nie strzelam korzeniami wcale. – zdradził swoją nową technikę. – Może nie ma to sensu, ale hej, działa!