Załatwiła to spotkanie tak szybko z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że Sauriel nosiłby się z tym, jak typowy facet, tygodniami, zanim by się w końcu zebrał i zdecydował, że pora to załatwić, a po drugie, żeby nie zdążył się rozmyślić. I biorąc pod uwagę to dziwne napięcie i energię jaką emanował wampir – był to bardzo dobry ruch. Przypadkiem, bo nie to, że znała go na wylot, albo tak dobrze, żeby łatwo przewidzieć jego ruchy, co to, to nie – to wszystko wokół nich to było hm… ciągle powolne poznawanie, ciche docieranie się w miejscach, do których ją do siebie dopuszczał, a Victoria korzystała z okazji. Tak jak korzystała z niej na tym spotkaniu, po prostu siedząc sobie obok, śliczna jak laleczka, słuchając wymiany zdań dwóch mężczyzn i wtrącając się tylko, gdy wyczuwała, że zaraz będzie to eskalować bez żadnego konkretnego powodu. Pomagała to wyłagodzić, tak jak umiała i tam gdzie wiedziała, o co może chodzić, a potem znowu po prostu wracała do trybu delikatnego uśmiechu i duchowego wsparcia. Dopiero w trakcie tego spotkania dotarło do niej, że być może nigdy wcześniej Sauriel nie zamawiał własnych mebli, że ich nie wybierał w taki sposób, by były skrojone idealnie pod niego, że wcześniej robiła to za niego rodzina – a może mógł wtedy powiedzieć jedynie, ze „chcę ciemne” i takie mu załatwili, do tej jego piwnicy, i nawet ich przed tym nie obejrzał? To byłoby takie w ich stylu, prawda? W porównaniu do jego, jej życie było prawdziwym luksusem, gdzie mogła sobie wybrać to i tamto, potupać nóżką, kiedy bardzo czegoś nie chciała i przede wszystkim nikt jej nie zniechęcał do własnych pasji: gdy zajęła się ogrodnictwem, to jej ojciec nawet dumnie się uśmiechał, bo doskonale wiedział, że to będzie profitować, Lestrange mieli ogromny ogród rodowy, a poza tym zioła wykorzystywało się w sztuce warzenia eliksirów. Nawet Isabella się na to nie krzywiła, tylko po prostu pozwolili jej samodzielnie zająć się ogrodem ich posiadłości.
– No trochę – przyznała, kiedy sama mocniej pociągnęła nosem, po czym lekko się uśmiechnęła. No co jak co, ale naprawdę TO mu przeszkadzało? Chociaż na co dzień kręcił się po Nokturnie i pod nim? – I to ci niby przeszkadza? – upewniła się, zastanawiając się, jak mocno pociągnąć zaczepkę, albo gdzie raczej ją zakończyć. A potem uniosła brwi z pobłażliwością. – Mój drogi, gdybym chciała cię zgubić, to jest na to kilka dużo lepszych sposobów, niż zabranie cię do stolarza, a potem proponowanie ci wieczornego spaceru – czy to nie było oczywiste? No dobrze, dawniej nieraz go zostawiała samego bez słowa, gdy obrażona zamierzała się ulotnić, ale już dawno nie obraził jej tak śmiertelnie i bardzo, żeby chciała sobie od niego pójść. – Jak tak się boisz, to tu mam rękę – uniosła dłoń i zamachała paluszkami, ot, taka tam zaczepka i prowokacja w jednym. Zawsze mógł ją złapać za dłoń… wtedy miałby pewność, że gdyby zechciała się nagle teleportować – to z nim.
Nie pytała póki co jak wrażenia po spotkaniu, bo widziała, że go wciąż nosi. Zapyta później, a póki co…
– Chciałam ci podziękować za wczoraj – powiedziała nagle, nie przyspieszając ani nie zwalniając tempa. – Za wszystko w zasadzie. Tamte zdjęcia były… Bardzo mi poprawiły humor, a potem to z Astarothem… Oberwałeś przeze mnie i bez słowa skargi – na moment tylko zamilkła i nabrała powietrza w płuca. – To wszystko bardzo dużo dla mnie znaczy, dlatego – dziękuję. Odwdzięczę się za to – i nawet miała już pomysł jak, tylko musiała znaleźć wolny wieczór… albo dzień, obojętnie, i wszystko przygotować.
Gdzieś w tle, oprócz spokojnych odgłosów życia, słychać było wysoki śmiech grupki, najwyraźniej dziewcząt, ale Lestrange nie zwróciła na to większej uwagi.