26.02.2025, 10:32 ✶
Brenna bardzo grzecznie milczała, nietypowo dla siebie, może posłuszna małemu „układowi”, jaki zawarły z Eden, i zachowując ciszę, kiedy ta jadła powoli swojego tosta, a może tylko wyczuwając jakieś wiszące w powietrzu i niezbyt dla niej zrozumiałe napięcie. Piła więc kawę, zastanawiając się, co takiego wczoraj się stało na tej plaży, bo coś chyba tak. To prawdziwe rozwiązanie czyli „kiedyś coś między nimi było” nawet nie postało w głowie Brenny – nie obserwowała ich razem dostatecznie często (właściwie to dotąd zdarzyło się to może ze dwa czy trzy razy?), by cokolwiek zauważyć, a przecież tak wiele te dwie osoby dzieliło, Eden miała męża, Millie spotykała się z mężczyznami, i nie wydało się to Brennie oczywiste.
– Łączy nas bardzo specjalna więź – zgodziła się lekko, odzywając się po raz pierwszy, gdy Eden wspomniała o tym ogniu, chociaż jej pierwsza myśl brzmiała raczej: no najpierw to byś mnie w te płomienie pewnie wepchnęła. I może nawet powiedziałaby to na głos, ale jakoś miała wrażenie, że to jednak nie jest moment na przekomarzanki.
Zamarła na moment na kanapie, gdy Moody wyszła, trochę wewnętrznie rozdarta.
Chciała iść za Millie.
Chciała zostać z Eden.
Wiedziała, że z Moody dzieją się niedobre rzeczy – każdy to wiedział – ale teraz pojawiło się ewidentnie coś dodatkowego, coś o czym Brenna nie miała pojęcia. Eden z kolei może nie znała jakoś szczególnie dobrze, widywały się przy okazji różnych przyjęć czy w przeszłości na korytarzach Ministerstwa, więc Brenna nie uzurpowała sobie prawa do orzekania, jak ta się czuje. Ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że pani Lestrange ma bardzo paskudny poranek nie tylko dlatego, że poranek ten zawierał w sobie Brennę.
A jednocześnie doskonale wiedziała, że obie kobiety mogły po prostu chcieć teraz zostać same, albo przynajmniej nie życzyć sobie konkretnie jej towarzystwa.
– Chcesz iść po jakieś ciuchy na zmianę? Nie z mojej szafy, tylko mojej matki. To stu procentowa Potterówna – zapewniła w końcu, spoglądając na Eden, w końcu zdając się po prostu na jej wybór: gotowa iść z nią na górę, ale i zostawić ją w spokoju, jeśli zamierzała ot się ewakuować. I w tym drugim wariancie, po prostu poszłaby sprawdzić, czy Miles tu jeszcze została.
– Łączy nas bardzo specjalna więź – zgodziła się lekko, odzywając się po raz pierwszy, gdy Eden wspomniała o tym ogniu, chociaż jej pierwsza myśl brzmiała raczej: no najpierw to byś mnie w te płomienie pewnie wepchnęła. I może nawet powiedziałaby to na głos, ale jakoś miała wrażenie, że to jednak nie jest moment na przekomarzanki.
Zamarła na moment na kanapie, gdy Moody wyszła, trochę wewnętrznie rozdarta.
Chciała iść za Millie.
Chciała zostać z Eden.
Wiedziała, że z Moody dzieją się niedobre rzeczy – każdy to wiedział – ale teraz pojawiło się ewidentnie coś dodatkowego, coś o czym Brenna nie miała pojęcia. Eden z kolei może nie znała jakoś szczególnie dobrze, widywały się przy okazji różnych przyjęć czy w przeszłości na korytarzach Ministerstwa, więc Brenna nie uzurpowała sobie prawa do orzekania, jak ta się czuje. Ale nie mogła oprzeć się wrażeniu, że pani Lestrange ma bardzo paskudny poranek nie tylko dlatego, że poranek ten zawierał w sobie Brennę.
A jednocześnie doskonale wiedziała, że obie kobiety mogły po prostu chcieć teraz zostać same, albo przynajmniej nie życzyć sobie konkretnie jej towarzystwa.
– Chcesz iść po jakieś ciuchy na zmianę? Nie z mojej szafy, tylko mojej matki. To stu procentowa Potterówna – zapewniła w końcu, spoglądając na Eden, w końcu zdając się po prostu na jej wybór: gotowa iść z nią na górę, ale i zostawić ją w spokoju, jeśli zamierzała ot się ewakuować. I w tym drugim wariancie, po prostu poszłaby sprawdzić, czy Miles tu jeszcze została.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.