31.01.2023, 01:26 ✶
Daisy prawie urosła o dobre dziesięć centymetrów, gdy w zbliżającej się kobiecie rozpoznała brygadzistkę Mavelle Bones. Więc jeszcze istnieli prawdziwi ludzie i nie zginie sama na tych przeklętych, felernych, głupich i wstrętnych mokradłach.
Posłała jej przyjazne, pełne wdzięczności spojrzenie. Pewnie nikt nigdy nie patrzył na Mavelle takim wzrokiem: z jednej strony uwielbiającym ją za sam fakt jej istnienia, z drugiej proszącym o ratunek, z trzeciej zachwyconym, jakby właśnie przypadkiem stanęła w twarz z najbliższą i najlepszą przyjaciółką, której nie widziała już sporo czasu.
- Nie mam pojęcia co tu robię – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Błądzę. Kłócę się z żabami. Drgam na każdy odgłos, który wydaje bulgoczące bagno… - bezradnie wzruszyła ramionami. – A wszystko przez to, że tu nie działa magia. Dasz wiarę, że są takie przeklęte miejsca? – zapytała.
Zaraz zresztą, jakby na potwierdzenie swoich słów, drgnęła bo gdzieś z boku, jakiś grzyb z cichym: puf, dał się pochłonąć wodzie. Skrzywiła się z obrzydzeniem. Oczyma wyobraźni widziała już jak przypadkiem wchodzi w jakieś ruchome piaski a te pochłaniają ją, zanim w ogóle zdąży zawołać o pomoc. Chyba podczas takich rzeczy człowiek się dusi, prawda? Daisy bardzo nie chciała się udusić. To wydawało jej się prawie tak samo przerażające jak wpadnięcie zimą pod lód na zamarzniętym jeziorze i upadek z miotły. Ba, chociaż najbardziej na świecie obawiała się wysokiej wysokości, tak była przekonana, że akurat w przypadku takiej śmierci, zdążyłaby przynajmniej zemdleć, zanim roztrzaskałaby się o ziemię. Albo samo roztrzaskanie trwałoby bardzo krótko. Ale wpadnięcie pod wodę? Albo pochłonięcie przez ruchome piaski?
Wzdrygnęła się ze strachem.
- A ty co tutaj robisz? – zainteresowała się. A potem jej głowę nawiedziła straszna myśl, że jednak na mokradłach grasowały żywe trupy i krwiożercze wilkołaki. Tylko tak mogła sobie naprędce wytłumaczyć obecność brygadzistki w tym miejscu. Przełknęła głośno ślinę, mimowolnie wyczulając się jeszcze bardziej na wszystkie paskudne, wstrętne, okropne dźwięki, które dochodziły – teraz już właściwie – z każdego możliwego miejsca. – Mam nadzieję, że ty również, tak po prostu źle się aportowałaś – rzuciła. – Bo ja właśnie tak. Inaczej za żadne skarby bym tu nie przyszła – zastrzegła, robiąc najbardziej skruszoną i niewinną minę, na jaką tylko było ją stać.
A niezrównana wyobraźnia Daisy dalej działała. Wystający z ciemnego bajora kawałek drewna nagle zaczął bardzo mocno przypominać jej trupią rękę. I to taką, która ledwo dostrzegalnie drgnęła. Oczy dziennikarki rozszerzyły się z niepokoju. Oj, na pewno jej się tak tylko wydawało, prawda? Musiało jej się tylko tak wydawać, co nie?
- Popatrz tam. Co za paskudny, obrzydliwy, straszny kawałek drewna – wyrzuciła z siebie. Ale zaraz po wypowiedzeniu tych słów jakby zmężniała. Wyprostowała się i odetchnęła głębiej, by dodać sobie odwagi. Ej, była z nią brygadzistka. W razie czego miał kto z ich tandemu walczyć i narażać życie! – Czy tutaj w ogóle ktokolwiek mieszka? Albo coś? – zainteresowała się, licząc na odpowiedzi w rodzaju: ależ nie, mokradła są kompletnie wymarłe, żyje tu tylko jedna stara ropucha, ale ją już obraziłaś. A obawiała się tych w rodzaju: cóż, o ile mi wiadomo te świry od czarnego dzbana właśnie tutaj się zbierają albo: och, tylko stado imperiusów grasuje sobie po okolicy, albo: nie, chyba nie, słyszałam tylko o masowych zaginięciach w okolicy.
Posłała jej przyjazne, pełne wdzięczności spojrzenie. Pewnie nikt nigdy nie patrzył na Mavelle takim wzrokiem: z jednej strony uwielbiającym ją za sam fakt jej istnienia, z drugiej proszącym o ratunek, z trzeciej zachwyconym, jakby właśnie przypadkiem stanęła w twarz z najbliższą i najlepszą przyjaciółką, której nie widziała już sporo czasu.
- Nie mam pojęcia co tu robię – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Błądzę. Kłócę się z żabami. Drgam na każdy odgłos, który wydaje bulgoczące bagno… - bezradnie wzruszyła ramionami. – A wszystko przez to, że tu nie działa magia. Dasz wiarę, że są takie przeklęte miejsca? – zapytała.
Zaraz zresztą, jakby na potwierdzenie swoich słów, drgnęła bo gdzieś z boku, jakiś grzyb z cichym: puf, dał się pochłonąć wodzie. Skrzywiła się z obrzydzeniem. Oczyma wyobraźni widziała już jak przypadkiem wchodzi w jakieś ruchome piaski a te pochłaniają ją, zanim w ogóle zdąży zawołać o pomoc. Chyba podczas takich rzeczy człowiek się dusi, prawda? Daisy bardzo nie chciała się udusić. To wydawało jej się prawie tak samo przerażające jak wpadnięcie zimą pod lód na zamarzniętym jeziorze i upadek z miotły. Ba, chociaż najbardziej na świecie obawiała się wysokiej wysokości, tak była przekonana, że akurat w przypadku takiej śmierci, zdążyłaby przynajmniej zemdleć, zanim roztrzaskałaby się o ziemię. Albo samo roztrzaskanie trwałoby bardzo krótko. Ale wpadnięcie pod wodę? Albo pochłonięcie przez ruchome piaski?
Wzdrygnęła się ze strachem.
- A ty co tutaj robisz? – zainteresowała się. A potem jej głowę nawiedziła straszna myśl, że jednak na mokradłach grasowały żywe trupy i krwiożercze wilkołaki. Tylko tak mogła sobie naprędce wytłumaczyć obecność brygadzistki w tym miejscu. Przełknęła głośno ślinę, mimowolnie wyczulając się jeszcze bardziej na wszystkie paskudne, wstrętne, okropne dźwięki, które dochodziły – teraz już właściwie – z każdego możliwego miejsca. – Mam nadzieję, że ty również, tak po prostu źle się aportowałaś – rzuciła. – Bo ja właśnie tak. Inaczej za żadne skarby bym tu nie przyszła – zastrzegła, robiąc najbardziej skruszoną i niewinną minę, na jaką tylko było ją stać.
A niezrównana wyobraźnia Daisy dalej działała. Wystający z ciemnego bajora kawałek drewna nagle zaczął bardzo mocno przypominać jej trupią rękę. I to taką, która ledwo dostrzegalnie drgnęła. Oczy dziennikarki rozszerzyły się z niepokoju. Oj, na pewno jej się tak tylko wydawało, prawda? Musiało jej się tylko tak wydawać, co nie?
- Popatrz tam. Co za paskudny, obrzydliwy, straszny kawałek drewna – wyrzuciła z siebie. Ale zaraz po wypowiedzeniu tych słów jakby zmężniała. Wyprostowała się i odetchnęła głębiej, by dodać sobie odwagi. Ej, była z nią brygadzistka. W razie czego miał kto z ich tandemu walczyć i narażać życie! – Czy tutaj w ogóle ktokolwiek mieszka? Albo coś? – zainteresowała się, licząc na odpowiedzi w rodzaju: ależ nie, mokradła są kompletnie wymarłe, żyje tu tylko jedna stara ropucha, ale ją już obraziłaś. A obawiała się tych w rodzaju: cóż, o ile mi wiadomo te świry od czarnego dzbana właśnie tutaj się zbierają albo: och, tylko stado imperiusów grasuje sobie po okolicy, albo: nie, chyba nie, słyszałam tylko o masowych zaginięciach w okolicy.