26.02.2025, 14:03 ✶
Miał wrażenie, że zaczyna brakować mu tchu, jakby rześkie powietrze dookoła nich nagle zrobiło się zbyt gęste. Jak gdyby było przepełnione niemal namacalnym wrażeniem rozpadu. Pyłem, który ponownie zaczął pokrywać wszystko dookoła nich. Nie kłócili się, nie stali w sercu pożaru. To były zgliszcza. Ich własne zgliszcza życia, które próbowali tworzyć przez lata.
Tu kiedyś był dom. Przez tydzień niemal znów stanął na swoim dawnym miejscu. Może trochę bardziej pokraczny, nieco mniej elegancki, odrobinę pokrzywiony, ale nie był niczym, czego nie dałoby się stopniowo wykończyć. Odbudować cegiełka po cegiełce. Wykształtowali go sobie na chwilę z myślą, że mogli go potem postawić na nowo. A przecież nie to sobie mówili.
Rozmawiali o tym, co ich dzieliło, o przeszkodach, które wydawały się coraz bardziej nie do pokonania. Od samego początku dawał im obojgu do zrozumienia, że cokolwiek by się nie działo, nie mogą być razem. Że muszą iść dalej. Nawet, jeśli głębi duszy czuł, jak te słowa parzą go jak gorący żelazny pręt wciskany do gardła.
- A jaki sens ma poddawanie się bez walki? - No, właśnie...
...bez walki...
...w jego głosie było coś, co zdradzało, że każde zdanie w istocie było walką z samym sobą. Chciał być silny. Chciał być mężczyzną, którego potrzebowała, ale w obliczu jej smutku czuł się cholernie pogubiony. Tak słaby jak nigdy wcześniej. Próbował zebrać myśli, ale chaos panujący teraz w jego głowie nie dawał mu spokoju. Mimo to próbował mówić dalej, pokazać jej swój punkt widzenia, nawet jeśli nie miała go przyjąć.
Nie mogli być razem, nie mogli wrócić do tego, co kiedyś mieli. Wciąż ją kochał, cholernie mocno. Czuł jak ta miłość targa nim w każdą stronę a jednocześnie paraliżuje go ze strachu przed utratą nawet tych najbardziej banalnych wspomnień, przed zniszczeniem wszystkiego, co kiedykolwiek mieli poprzez powiedzenie teraz zbyt wiele. Już raz to zrobili. Nie chciał ponownie popełnić tego błędu.
- Nie, Rina. To moja odpowiedzialność. Nie mogłaś wiedzieć wszystkiego - nie mógł się z nią zgodzić, szczególnie że w tym momencie niepokojąco mocno czuł się jak cień przeszłości, jak byt, od którego nie umiała się uwolnić a on sam (mimo że wiedział, że powinien zniknąć) też tego nie robił.
Chciał być jej mężczyzną. Naprawdę tego pragnął. Chciał być w stanie tak po prostu mocno ją teraz przytulić. Objąć ją, stając między Geraldine a przepaścią ziejącą przed nimi na krańcu dachu. Oprzeć się dołem pleców o barierkę, zagarniając ją ku sobie, skrywając dziewczynę w jego pustych, ociężałych ramionach. Powiedzieć, że się mylił i obiecać, że wszystko będzie dobrze, bo jak nie oni, to kto? Zawsze jakoś sobie radzili. Czemu tym razem miałoby być inaczej?
Może dlatego, że w tym wypadku nie był w stanie dłużej się łudzić? Już nie, choćby nawet próbował tak bardzo jak przez te ostatnie trzy dni, kiedy naprawdę starał się zapominać o wszystkim innym. Myśleć tylko o nich dwojgu, podświadomie tylko coraz bardziej się zapędzając. Miotał się w tym wszystkim, tylko głębiej i głębiej zapadając się w trzęsawisko. W bagno, w które przy tym wciągał także ją.
A nie powinien, nie chciał tego robić. Od samego początku miał zupełnie inne intencje. Więc czemu ją okłamywał? Czemu kłamał sam sobie? I dlaczego nawet teraz w tym wszystkim odruchowo chciał wyrzucić sobie, że to nigdy nie były kłamstwa?
Naprawdę kochał Geraldine. Od samego początku do samego końca. Wszystko to, czym emanowała. Nawet to, czego ona sama w sobie nie lubiła, czym wręcz gardziła w stosunku do siebie. Nawet te irytujące zapędy do przejmowania na siebie wszelkie winy tego świata. Na poszukiwanie problemu w sobie samej, podczas gdy to rzeczywistość i ludzie dookoła niej zachowywali się parszywie.
Chciał być przy niej w tym wszystkim, ale zasługiwała na więcej. Na kogoś, kto mógłby jej dać to wszystko.
Jej pełne smutku oczy nie patrzyły na niego. On nie próbował patrzeć na nią. To bolało najbardziej. Chowając ręce w kieszeniach okrycia wierzchniego starał się ukryć drżenie, które ogarnęło jego ciało, jednak zaraz ponownie zacisnął dłonie na barierce. Wcale nie chciał być niewzruszony, sprawiać wrażenia, jakby nic go to wszystko nie obchodziło. Nie mógł stać w ten sposób. Nie teraz. Nie przy niej.
Pragnął jej, pragnął tego, co mogliby stworzyć razem, ale rzeczywistość była okrutna. Nie widział dla nich przyszłości, żadnej przyszłości. Każda jego myśl prowadziła go do ściany, do muru, do przepaści nie do przeszkodzenia bez poniesienia kosztów, których nie chciał musieć udźwignąć. Nie, jeśli byłyby tak druzgocące.
Noc była ciemna, jednak światła miasta migotały wokół nich, drobne światełka zapalały się i gasły w oknach oddali, jakby chciały przypomnieć im, że gdzieś tam, w tym ogromnym świecie, życie toczy się dalej.
Istniało. Bez wątpienia trwało. Nie zagubili się w czasie. Dlaczego więc musiało być takie skomplikowane? Dlaczego miłość, która powinna dawać radość, przynosiła jedynie cierpienie? Powinien się wycofać, dać jej wolność, ale jak miał to zrobić, kiedy miłość do niej rozrywała go od środka?
- Wiem. Wiem, Rina, ale nie możemy - powiedział cicho, starając się przełknąć gorycz wypowiadanych słów. - Nie możemy wrócić do tego, co było - pragnął być dla niej wszystkim, ale rzeczywistość nie była łaskawa.
Pogubił się w tym, co powinno być proste. Zanim to spostrzegł, było już za późno. Nie miał odpowiedzi na to, co jeszcze dałoby się zrobić, więc milczał. Noc też była zatrważająco cicha. Cisza przed burzą? Choć przecież ta burza trwała już od dawna. Od tak dawna. Mżawka przynosiła ze sobą chłód, który przenikał go kości.
Stał obok Geraldine, pragnąc wyciągnąć rękę, przyciągnąć ją do siebie, ale wiedział, że to nie było rozwiązanie.
- Nie możemy żyć w iluzji - dodał, całkowicie świadomy tego, że jego słowa brzmiały jak wyrok. - Musimy zaakceptować to, co się stało - nie chciał, ale wiedział, że nie było dla nich innego wyjścia z tej sytuacji.
Ich miłość była piękna, ale również destrukcyjna. Nie chciał nieustannie krzywdzić Geraldine. Nie chciał, żeby jej ból był jego winą. Wiedział, że to, co dawali sobie w ostatnich dniach nie było tylko złudzeniem. Był tego wręcz boleśnie świadomy, ale zdawał sobie sprawę z tego, że jednocześnie nie mogli też wrócić do tego, co było. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele ran zostało zadanych.
Patrzył na nią... ...na jej smutne oczy, które unikały jego wzroku. Każda łza, która spływała po jej policzku, raniła go bardziej niż jakikolwiek cios. Czuł się jakby stał na krawędzi przepaści, na której nigdy nie chciał się znaleźć. Chciał być dobrym człowiekiem, mężem, ojcem, ukochanym, partnerem. Ale rzeczywistość była inna.
Był czas, gdy naprawdę pragnął zbudować z nią dom, stworzyć rodzinę, mieć dzieci biegające po nadmorskim podwórku, ale życie miało swoje plany. Wiedział, że nie potrafiłby być dobrym partnerem, gdyby nie potrafił zapewnić jej stabilności, bezpieczeństwa, miłości, której mimo wszystko z pewnością gdzieś tam pragnęła. A nie umiał jej tego zagwarantować. Mogła mówić, że było inaczej i że mogli razem zawalczyć o wszystko, na co powinni zasługiwać, ale nie. To nie było prawdziwe.
Był zbyt zagubiony, zbyt przytłoczony ciężarem ich wspólnych niespełnionych marzeń, które nie mogły się ziścić, aby w to wierzyć.
Patrzył na nią... ...na dziewczynę, którą kochał, czując, że świat wokół nich stopniowo znika. To, co ich łączyło zawsze było wyjątkowe, jednak teraz niosło ze sobą wyłącznie wyjątkowo mocny ból. Chciał zatrzymać ten moment, ale wiedział, że czas płynie nieubłaganie. W jego sercu narastała pustka.
- Nie, nie zamierzam - odpowiedział tym zupełnie innym tonem niż jeszcze chwilę wcześniej.
Wciąż wyjątkowo spokojnym, jednak tym razem trochę ostrzejszym, bardziej upominającym. Głębszym, nie podniósł barwy głosu, bo mimo wszystko nieczęsto zdarzało mu się to robić, jednakże nie dało się ukryć, że w tym momencie mimowolnie sięgnął po tę swoistą pokrętną akademickość.
Wiedział, że dla niej były to tylko puste słowa w obliczu tego, co uznała za swoją normę. W końcu, gdy rodzisz się w płonącym domu, trudno jest ci uwierzyć, że świat dookoła wcale nie musi płonąć, czyż nie? Przez cały czas biorąc na siebie wszystko, co jej wciskano, naprawdę mogła sądzić, że w istocie nic sobie nie robi. A jednak tak bardzo się tym krzywdziła.
Był rozgoryczony. Był też hipokrytą, wyrzucając jej błędne rozumowanie i krzywdzenie nim samej siebie, podczas gdy największe problemy Riny wynikały obecnie z jego zachowania. To on był twórcą tych wszystkich dramatów i jednym z ich naczelnych aktorów.
Mając tę świadomość, pewnie nie powinien upominać jej, że nie powinna traktować się w ten sposób. W końcu sam w tym momencie (choć wbrew sobie) traktował ją znacznie gorzej. Zasłaniał się naprawdę wieloma kwestiami, ale w rzeczywistości miał półtora roku. Półtora roku, niedługo już nieuchronnie coraz bliżej tych dwóch lat, kiedy mógł się dla niej postarać. Spróbować zawalczyć z rzeczywistością, zmienić coś dla nich.
Wrócić. Spróbować wrócić. Tym razem jak nie on, tym razem pokorniejąc, bo to on powinien być teraz na jej pozycji. Próbować przekonać ją, by przyjęła go z powrotem, bo przecież niczego innego nie chciał tak mocno jak tego. Jeśli byłoby to konieczne, paść przy niej na klęczkach na wilgotne poszycie dachu, nic sobie nie robiąc z reszty otoczenia. Przynieść jej kwiaty w zębach. Próbować, naprawdę próbować zachować się jak ktoś godny tego, aby stanąć u jej boku.
Ale tego nie zrobił. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Nie uczynił nic na tej elementarnej płaszczyźnie. Nie zawalczył z problemami bardziej niż to robił zanim odszedł wtedy z końcem wiosny. Zupełnie tak, jakby podświadomie porzucił wszelką nadzieję. Od tamtej pory chyba nawet nie do końca czując się jak on sam.
Mógł mówić Yaxleyównie, że od samego początku był przy niej mistyfikatorem. Że nie znała osoby, z którą próbowała ułożyć sobie życie. Że być może on sam też do końca się nie znał. Ukrywał swoje zapędy, upychał je po kątach, usiłował być kimś, kim nigdy nie był i kim nie mógł być. A potem? A teraz?
Przez ten tydzień też był pozorantem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co próbowali robić. Nie tylko ona. Oni oboje. Mógł twierdzić, że jest inaczej. Być osobą, która tak twardo stała przy swoim, ale czy wtedy tak łatwo dałby się ponieść tym wszystkim emocjom? Nazywając je wspomnieniami, ale wspomnień nie traktowało się w ten sposób. Przecież oboje to wiedzieli. Szczególnie, że we wspomnieniach nie robili połowy z tych rzeczy, po które teraz sięgnęli.
- Zrozum, że wciąż jeszcze możesz to zmienić - tak wcale nie musiało być, prawda?
Sama to wcześniej powiedziała: podejście czy narrację można było zmienić. Nic nie stało jej na przeszkodzie, aby przestała przyjmować ludzkie opinie godzące w jej wartość i zadowalać się ochłapami uwagi. Była warta znacznie więcej. Więcej niż to. Więcej niż on mógł jej obiecać, szczególnie że nie chciał kolejny raz rzucać słów na wiatr.
Instynktownie potraktował ją przez to jak kogoś, kto upierał się przy swojej błędnej interpretacji i tym samym popełniał kardynalny błąd w wypowiedziach na ten temat. Jednocześnie ani trochę go przy tym nie słuchając.
Miewał takie sytuacje nawet częściej niż rzadziej. Szczególnie przez te ostatnie lata, gdy przez szpital przewijały się prawdziwe zastępy niedoszłych uzdrowicieli chcących nieść wsparcie w obliczu coraz wyraźniejszego wrażenia, że i tym razem magiczna wojna nie miała zakończyć się szybko. Tyle tylko, że takie osoby niemal nigdy nie utrzymywały się przy powierzchni. Niemalże zawsze opadały w dół po to, aby wreszcie odpuścić i zniknąć.
Nie chciał tego dla Geraldine. Za nic w świecie nie mógł tak zwyczajnie dopuścić do siebie myśli, że któregoś dnia mogłaby tak po prostu przestać być, przygnieciona narzucanym sobie ciężarem. Albo znacznie gorzej. Szukając czegoś lub co gorsza kogoś, kto dałby jej złudzenie ulgi. Fragmenty obietnic miłości i akceptacji. Czegoś, przez co na chwilę poczułaby się lepiej, po czym ponownie tąpnęłaby o ziemię, bo ten świat już taki był. Wykorzystywał słabości, miażdżył dobre intencje.
Przecież już o tym wiedzieli, prawda? Byli tego świadomi. Byli tego przykładem. Mimo to była gotowa tak po prostu przyjąć go z powrotem. Dać mu szansę. Ponownie wpuścić go do swojego życia, byleby tylko udowodnić im obojgu, że mogli poradzić sobie z całą resztą. Nawet teraz w tej chwili ufała mu bardziej niż kiedykolwiek zasługiwał. Powinien czuć ulgę. Czuł się parszywie.
Była w stanie zrobić dla niego to wszystko. Bez chwili zastanowienia. Czemu więc nie chciała uwierzyć mu w to, co mówił? Zadbać o siebie, o swoje własne szczęście. Czemu miał wrażenie, że tak bardzo wiązała je z nim, z jego popapranymi sprawami, z jego krzywdzącym podejściem do ich wspólnego domu, do wspólnej przyszłości... ...że traciła w tym siebie? Zatracała się. Widział to.
To łamało mu serce.
Stali na dachu w całkowitej ciemności. Tylko oni, nikt więcej. Ich dwoje. Blisko siebie, a jednak ponownie, jakby zaczynały dzielić ich mile. Mżawka delikatnie muskała ich twarze, powoli przeradzała się w deszcz.
Wepchnął ręce do kieszeni kitla, odrywając je od chłodnej barierki, byleby tylko coś zrobić z dłońmi. Coś, co nie było tym naturalnym, odruchowym gestem. Nie mógł wyciągnąć ich ku Geraldine. Wciąż słyszał w uszach echo jej słów. Tych, które były jednocześnie obietnicą i przekleństwem.
- Nie mogę być twoim mężczyzną - powiedział, choć każde słowo sprawiało mu ból. - Nie zasługujesz na ból, który ze sobą targam. Miałaś go już za dużo. Z czasem będzie ci łatwiej. To minie. Wiem, że boli, kurewsko boli, ale minie - okłamywał ją? Okłamywał siebie?
To było jak wyrok, który musiał wykonać, mimo że w głębi serca pragnął krzyczeć, że to nieprawda.
A jednak zamilkł. Kolejny raz zatapiając się w aurze miasta, które nigdy nie zasypiało, ale teraz wydawało się okryte ciężką, niemal nienaturalną ciszą.
Noc otulała ich jak granatowy, niemal czarny, zniszczony koc. Wiatr delikatnie muskał ich twarze. Mżawka stawała się coraz mocniejsza, jakby natura próbowała dopasować się do aury między nimi. Nimi, których nie powinno być. Nie widział dla nich szczęśliwej przyszłości. Nie widział dla nich żadnej przyszłości. Czuł, że jego serce krzyczy a umysł stara się znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, które mogłoby ich uratować. Ale w tej chwili, w tej mżawce i w tej nocnej ciszy czuł się zagubiony, bezradny. Stał nad przepaścią ziejącą pomiędzy dachami. Z sercem wypełnionym rozpaczą, goryczą i żalem, które nie miały ujścia.
Z uczuciami, których nie mógł kierować tam, gdzie tego pragnął. To była miłość. To zawsze była i miała być miłość, nawet jeśli nie mogła zbudować między nimi mostu nad przepaścią. Spadała wraz z kroplami deszczu. Wraz ze łzami cieknącymi po policzkach jego jedynej. Nie miało być nikogo innego. To była ich osobista tragedia.
Tu kiedyś był dom. Przez tydzień niemal znów stanął na swoim dawnym miejscu. Może trochę bardziej pokraczny, nieco mniej elegancki, odrobinę pokrzywiony, ale nie był niczym, czego nie dałoby się stopniowo wykończyć. Odbudować cegiełka po cegiełce. Wykształtowali go sobie na chwilę z myślą, że mogli go potem postawić na nowo. A przecież nie to sobie mówili.
Rozmawiali o tym, co ich dzieliło, o przeszkodach, które wydawały się coraz bardziej nie do pokonania. Od samego początku dawał im obojgu do zrozumienia, że cokolwiek by się nie działo, nie mogą być razem. Że muszą iść dalej. Nawet, jeśli głębi duszy czuł, jak te słowa parzą go jak gorący żelazny pręt wciskany do gardła.
- A jaki sens ma poddawanie się bez walki? - No, właśnie...
...bez walki...
...w jego głosie było coś, co zdradzało, że każde zdanie w istocie było walką z samym sobą. Chciał być silny. Chciał być mężczyzną, którego potrzebowała, ale w obliczu jej smutku czuł się cholernie pogubiony. Tak słaby jak nigdy wcześniej. Próbował zebrać myśli, ale chaos panujący teraz w jego głowie nie dawał mu spokoju. Mimo to próbował mówić dalej, pokazać jej swój punkt widzenia, nawet jeśli nie miała go przyjąć.
Nie mogli być razem, nie mogli wrócić do tego, co kiedyś mieli. Wciąż ją kochał, cholernie mocno. Czuł jak ta miłość targa nim w każdą stronę a jednocześnie paraliżuje go ze strachu przed utratą nawet tych najbardziej banalnych wspomnień, przed zniszczeniem wszystkiego, co kiedykolwiek mieli poprzez powiedzenie teraz zbyt wiele. Już raz to zrobili. Nie chciał ponownie popełnić tego błędu.
- Nie, Rina. To moja odpowiedzialność. Nie mogłaś wiedzieć wszystkiego - nie mógł się z nią zgodzić, szczególnie że w tym momencie niepokojąco mocno czuł się jak cień przeszłości, jak byt, od którego nie umiała się uwolnić a on sam (mimo że wiedział, że powinien zniknąć) też tego nie robił.
Chciał być jej mężczyzną. Naprawdę tego pragnął. Chciał być w stanie tak po prostu mocno ją teraz przytulić. Objąć ją, stając między Geraldine a przepaścią ziejącą przed nimi na krańcu dachu. Oprzeć się dołem pleców o barierkę, zagarniając ją ku sobie, skrywając dziewczynę w jego pustych, ociężałych ramionach. Powiedzieć, że się mylił i obiecać, że wszystko będzie dobrze, bo jak nie oni, to kto? Zawsze jakoś sobie radzili. Czemu tym razem miałoby być inaczej?
Może dlatego, że w tym wypadku nie był w stanie dłużej się łudzić? Już nie, choćby nawet próbował tak bardzo jak przez te ostatnie trzy dni, kiedy naprawdę starał się zapominać o wszystkim innym. Myśleć tylko o nich dwojgu, podświadomie tylko coraz bardziej się zapędzając. Miotał się w tym wszystkim, tylko głębiej i głębiej zapadając się w trzęsawisko. W bagno, w które przy tym wciągał także ją.
A nie powinien, nie chciał tego robić. Od samego początku miał zupełnie inne intencje. Więc czemu ją okłamywał? Czemu kłamał sam sobie? I dlaczego nawet teraz w tym wszystkim odruchowo chciał wyrzucić sobie, że to nigdy nie były kłamstwa?
Naprawdę kochał Geraldine. Od samego początku do samego końca. Wszystko to, czym emanowała. Nawet to, czego ona sama w sobie nie lubiła, czym wręcz gardziła w stosunku do siebie. Nawet te irytujące zapędy do przejmowania na siebie wszelkie winy tego świata. Na poszukiwanie problemu w sobie samej, podczas gdy to rzeczywistość i ludzie dookoła niej zachowywali się parszywie.
Chciał być przy niej w tym wszystkim, ale zasługiwała na więcej. Na kogoś, kto mógłby jej dać to wszystko.
Jej pełne smutku oczy nie patrzyły na niego. On nie próbował patrzeć na nią. To bolało najbardziej. Chowając ręce w kieszeniach okrycia wierzchniego starał się ukryć drżenie, które ogarnęło jego ciało, jednak zaraz ponownie zacisnął dłonie na barierce. Wcale nie chciał być niewzruszony, sprawiać wrażenia, jakby nic go to wszystko nie obchodziło. Nie mógł stać w ten sposób. Nie teraz. Nie przy niej.
Pragnął jej, pragnął tego, co mogliby stworzyć razem, ale rzeczywistość była okrutna. Nie widział dla nich przyszłości, żadnej przyszłości. Każda jego myśl prowadziła go do ściany, do muru, do przepaści nie do przeszkodzenia bez poniesienia kosztów, których nie chciał musieć udźwignąć. Nie, jeśli byłyby tak druzgocące.
Noc była ciemna, jednak światła miasta migotały wokół nich, drobne światełka zapalały się i gasły w oknach oddali, jakby chciały przypomnieć im, że gdzieś tam, w tym ogromnym świecie, życie toczy się dalej.
Istniało. Bez wątpienia trwało. Nie zagubili się w czasie. Dlaczego więc musiało być takie skomplikowane? Dlaczego miłość, która powinna dawać radość, przynosiła jedynie cierpienie? Powinien się wycofać, dać jej wolność, ale jak miał to zrobić, kiedy miłość do niej rozrywała go od środka?
- Wiem. Wiem, Rina, ale nie możemy - powiedział cicho, starając się przełknąć gorycz wypowiadanych słów. - Nie możemy wrócić do tego, co było - pragnął być dla niej wszystkim, ale rzeczywistość nie była łaskawa.
Pogubił się w tym, co powinno być proste. Zanim to spostrzegł, było już za późno. Nie miał odpowiedzi na to, co jeszcze dałoby się zrobić, więc milczał. Noc też była zatrważająco cicha. Cisza przed burzą? Choć przecież ta burza trwała już od dawna. Od tak dawna. Mżawka przynosiła ze sobą chłód, który przenikał go kości.
Stał obok Geraldine, pragnąc wyciągnąć rękę, przyciągnąć ją do siebie, ale wiedział, że to nie było rozwiązanie.
- Nie możemy żyć w iluzji - dodał, całkowicie świadomy tego, że jego słowa brzmiały jak wyrok. - Musimy zaakceptować to, co się stało - nie chciał, ale wiedział, że nie było dla nich innego wyjścia z tej sytuacji.
Ich miłość była piękna, ale również destrukcyjna. Nie chciał nieustannie krzywdzić Geraldine. Nie chciał, żeby jej ból był jego winą. Wiedział, że to, co dawali sobie w ostatnich dniach nie było tylko złudzeniem. Był tego wręcz boleśnie świadomy, ale zdawał sobie sprawę z tego, że jednocześnie nie mogli też wrócić do tego, co było. Zbyt wiele się wydarzyło, zbyt wiele ran zostało zadanych.
Patrzył na nią... ...na jej smutne oczy, które unikały jego wzroku. Każda łza, która spływała po jej policzku, raniła go bardziej niż jakikolwiek cios. Czuł się jakby stał na krawędzi przepaści, na której nigdy nie chciał się znaleźć. Chciał być dobrym człowiekiem, mężem, ojcem, ukochanym, partnerem. Ale rzeczywistość była inna.
Był czas, gdy naprawdę pragnął zbudować z nią dom, stworzyć rodzinę, mieć dzieci biegające po nadmorskim podwórku, ale życie miało swoje plany. Wiedział, że nie potrafiłby być dobrym partnerem, gdyby nie potrafił zapewnić jej stabilności, bezpieczeństwa, miłości, której mimo wszystko z pewnością gdzieś tam pragnęła. A nie umiał jej tego zagwarantować. Mogła mówić, że było inaczej i że mogli razem zawalczyć o wszystko, na co powinni zasługiwać, ale nie. To nie było prawdziwe.
Był zbyt zagubiony, zbyt przytłoczony ciężarem ich wspólnych niespełnionych marzeń, które nie mogły się ziścić, aby w to wierzyć.
Patrzył na nią... ...na dziewczynę, którą kochał, czując, że świat wokół nich stopniowo znika. To, co ich łączyło zawsze było wyjątkowe, jednak teraz niosło ze sobą wyłącznie wyjątkowo mocny ból. Chciał zatrzymać ten moment, ale wiedział, że czas płynie nieubłaganie. W jego sercu narastała pustka.
- Nie, nie zamierzam - odpowiedział tym zupełnie innym tonem niż jeszcze chwilę wcześniej.
Wciąż wyjątkowo spokojnym, jednak tym razem trochę ostrzejszym, bardziej upominającym. Głębszym, nie podniósł barwy głosu, bo mimo wszystko nieczęsto zdarzało mu się to robić, jednakże nie dało się ukryć, że w tym momencie mimowolnie sięgnął po tę swoistą pokrętną akademickość.
Wiedział, że dla niej były to tylko puste słowa w obliczu tego, co uznała za swoją normę. W końcu, gdy rodzisz się w płonącym domu, trudno jest ci uwierzyć, że świat dookoła wcale nie musi płonąć, czyż nie? Przez cały czas biorąc na siebie wszystko, co jej wciskano, naprawdę mogła sądzić, że w istocie nic sobie nie robi. A jednak tak bardzo się tym krzywdziła.
Był rozgoryczony. Był też hipokrytą, wyrzucając jej błędne rozumowanie i krzywdzenie nim samej siebie, podczas gdy największe problemy Riny wynikały obecnie z jego zachowania. To on był twórcą tych wszystkich dramatów i jednym z ich naczelnych aktorów.
Mając tę świadomość, pewnie nie powinien upominać jej, że nie powinna traktować się w ten sposób. W końcu sam w tym momencie (choć wbrew sobie) traktował ją znacznie gorzej. Zasłaniał się naprawdę wieloma kwestiami, ale w rzeczywistości miał półtora roku. Półtora roku, niedługo już nieuchronnie coraz bliżej tych dwóch lat, kiedy mógł się dla niej postarać. Spróbować zawalczyć z rzeczywistością, zmienić coś dla nich.
Wrócić. Spróbować wrócić. Tym razem jak nie on, tym razem pokorniejąc, bo to on powinien być teraz na jej pozycji. Próbować przekonać ją, by przyjęła go z powrotem, bo przecież niczego innego nie chciał tak mocno jak tego. Jeśli byłoby to konieczne, paść przy niej na klęczkach na wilgotne poszycie dachu, nic sobie nie robiąc z reszty otoczenia. Przynieść jej kwiaty w zębach. Próbować, naprawdę próbować zachować się jak ktoś godny tego, aby stanąć u jej boku.
Ale tego nie zrobił. Nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Nie uczynił nic na tej elementarnej płaszczyźnie. Nie zawalczył z problemami bardziej niż to robił zanim odszedł wtedy z końcem wiosny. Zupełnie tak, jakby podświadomie porzucił wszelką nadzieję. Od tamtej pory chyba nawet nie do końca czując się jak on sam.
Mógł mówić Yaxleyównie, że od samego początku był przy niej mistyfikatorem. Że nie znała osoby, z którą próbowała ułożyć sobie życie. Że być może on sam też do końca się nie znał. Ukrywał swoje zapędy, upychał je po kątach, usiłował być kimś, kim nigdy nie był i kim nie mógł być. A potem? A teraz?
Przez ten tydzień też był pozorantem. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co próbowali robić. Nie tylko ona. Oni oboje. Mógł twierdzić, że jest inaczej. Być osobą, która tak twardo stała przy swoim, ale czy wtedy tak łatwo dałby się ponieść tym wszystkim emocjom? Nazywając je wspomnieniami, ale wspomnień nie traktowało się w ten sposób. Przecież oboje to wiedzieli. Szczególnie, że we wspomnieniach nie robili połowy z tych rzeczy, po które teraz sięgnęli.
- Zrozum, że wciąż jeszcze możesz to zmienić - tak wcale nie musiało być, prawda?
Sama to wcześniej powiedziała: podejście czy narrację można było zmienić. Nic nie stało jej na przeszkodzie, aby przestała przyjmować ludzkie opinie godzące w jej wartość i zadowalać się ochłapami uwagi. Była warta znacznie więcej. Więcej niż to. Więcej niż on mógł jej obiecać, szczególnie że nie chciał kolejny raz rzucać słów na wiatr.
Instynktownie potraktował ją przez to jak kogoś, kto upierał się przy swojej błędnej interpretacji i tym samym popełniał kardynalny błąd w wypowiedziach na ten temat. Jednocześnie ani trochę go przy tym nie słuchając.
Miewał takie sytuacje nawet częściej niż rzadziej. Szczególnie przez te ostatnie lata, gdy przez szpital przewijały się prawdziwe zastępy niedoszłych uzdrowicieli chcących nieść wsparcie w obliczu coraz wyraźniejszego wrażenia, że i tym razem magiczna wojna nie miała zakończyć się szybko. Tyle tylko, że takie osoby niemal nigdy nie utrzymywały się przy powierzchni. Niemalże zawsze opadały w dół po to, aby wreszcie odpuścić i zniknąć.
Nie chciał tego dla Geraldine. Za nic w świecie nie mógł tak zwyczajnie dopuścić do siebie myśli, że któregoś dnia mogłaby tak po prostu przestać być, przygnieciona narzucanym sobie ciężarem. Albo znacznie gorzej. Szukając czegoś lub co gorsza kogoś, kto dałby jej złudzenie ulgi. Fragmenty obietnic miłości i akceptacji. Czegoś, przez co na chwilę poczułaby się lepiej, po czym ponownie tąpnęłaby o ziemię, bo ten świat już taki był. Wykorzystywał słabości, miażdżył dobre intencje.
Przecież już o tym wiedzieli, prawda? Byli tego świadomi. Byli tego przykładem. Mimo to była gotowa tak po prostu przyjąć go z powrotem. Dać mu szansę. Ponownie wpuścić go do swojego życia, byleby tylko udowodnić im obojgu, że mogli poradzić sobie z całą resztą. Nawet teraz w tej chwili ufała mu bardziej niż kiedykolwiek zasługiwał. Powinien czuć ulgę. Czuł się parszywie.
Była w stanie zrobić dla niego to wszystko. Bez chwili zastanowienia. Czemu więc nie chciała uwierzyć mu w to, co mówił? Zadbać o siebie, o swoje własne szczęście. Czemu miał wrażenie, że tak bardzo wiązała je z nim, z jego popapranymi sprawami, z jego krzywdzącym podejściem do ich wspólnego domu, do wspólnej przyszłości... ...że traciła w tym siebie? Zatracała się. Widział to.
To łamało mu serce.
Stali na dachu w całkowitej ciemności. Tylko oni, nikt więcej. Ich dwoje. Blisko siebie, a jednak ponownie, jakby zaczynały dzielić ich mile. Mżawka delikatnie muskała ich twarze, powoli przeradzała się w deszcz.
Wepchnął ręce do kieszeni kitla, odrywając je od chłodnej barierki, byleby tylko coś zrobić z dłońmi. Coś, co nie było tym naturalnym, odruchowym gestem. Nie mógł wyciągnąć ich ku Geraldine. Wciąż słyszał w uszach echo jej słów. Tych, które były jednocześnie obietnicą i przekleństwem.
- Nie mogę być twoim mężczyzną - powiedział, choć każde słowo sprawiało mu ból. - Nie zasługujesz na ból, który ze sobą targam. Miałaś go już za dużo. Z czasem będzie ci łatwiej. To minie. Wiem, że boli, kurewsko boli, ale minie - okłamywał ją? Okłamywał siebie?
To było jak wyrok, który musiał wykonać, mimo że w głębi serca pragnął krzyczeć, że to nieprawda.
A jednak zamilkł. Kolejny raz zatapiając się w aurze miasta, które nigdy nie zasypiało, ale teraz wydawało się okryte ciężką, niemal nienaturalną ciszą.
Noc otulała ich jak granatowy, niemal czarny, zniszczony koc. Wiatr delikatnie muskał ich twarze. Mżawka stawała się coraz mocniejsza, jakby natura próbowała dopasować się do aury między nimi. Nimi, których nie powinno być. Nie widział dla nich szczęśliwej przyszłości. Nie widział dla nich żadnej przyszłości. Czuł, że jego serce krzyczy a umysł stara się znaleźć jakiekolwiek rozwiązanie, które mogłoby ich uratować. Ale w tej chwili, w tej mżawce i w tej nocnej ciszy czuł się zagubiony, bezradny. Stał nad przepaścią ziejącą pomiędzy dachami. Z sercem wypełnionym rozpaczą, goryczą i żalem, które nie miały ujścia.
Z uczuciami, których nie mógł kierować tam, gdzie tego pragnął. To była miłość. To zawsze była i miała być miłość, nawet jeśli nie mogła zbudować między nimi mostu nad przepaścią. Spadała wraz z kroplami deszczu. Wraz ze łzami cieknącymi po policzkach jego jedynej. Nie miało być nikogo innego. To była ich osobista tragedia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down