26.02.2025, 20:27 ✶
Nigdy nie zazdrościłem innym lepszych rodzin czy rodziców, niż moi. Wydawałoby się, że wśród czystokrwistych rodów to była typowa norma. Prawdę mówiąc - to, że wychowałem się w bardzo zimnym, pozbawionym miłości domu przez wiele lat uważałem za coś standardowego, byłem przyzwyczajony do tego, co działo się dookoła mnie - przecież żyłem z tym od maleńkości. Dopiero w Hogwarcie zacząłem dostrzegać dysproporcje między podejściem rodziców do dzieci w różnych rodzinach, ale wciąż uważałem to za coś normalnego - przecież każdy dom jest inny. Do tamtego momentu myślałem, że mój ojciec był po prostu wymagający, a jego surowość była czymś normalnym. W końcu, w moim otoczeniu, inni ojcowie w większości przypadków wcale nie byli dobrzy, wydawali się nie lepsi od mojego. Byli po prostu inni.
Mój ojciec był tyranem. Zimny, oficjalny, ostry w słowach i czynach. Nie miałem, do czego wracać pamięcią - moje wspomnienia z dzieciństwa wypełnione były lękiem i napięciem. Nie narzekałem - w rodzinach czystokrwistych rodów sytuacja często wyglądała podobnie.
Wiedziałem, że ojciec jednego z moich najlepszych przyjaciół porzucił swoje dziecko na rzecz nowej żony i nowych dzieci. Tak po prostu zniknął z jego życia. Inny przyjaciel miał ojca, który tak bardzo zanurzył się w badaniach naukowych, konferencjach i wyjazdach, że również był nieosiągalny. Nawet, jeżeli ci dwaj ojcowie nie byli przemocowi, co z tego, skoro po prostu nigdy ich nie było w życiu swoich dzieci?
Życie w bogatych domach tradycjonalistów było trudne. Ojcowie albo byli tyranami, albo po prostu nieobecnymi duchami od czasu do czasu nawiedzającymi rodziny. Głównie po to, żeby dokonać kolejnego zwiastowania niepokalanego poczęcia u nieszczęśliwych żon-lamp. W moim przypadku miałem pecha - trafiło na tę pierwszą opcję.
Nie to mnie bolało, tylko to, do czego doszedłem już jako dorosły mężczyzna. Po latach uświadomiłem sobie, że to wcale nie dotyczyło wszystkich. W niektórych rodach dzieci narzekały na trudne dzieciństwo, ale w rzeczywistości nie dostrzegały, że ich rodzice po prostu kładli nacisk na przygotowanie ich do życia i do wykonywania profesji. To mnie wkurwiało. Te same osoby, które kiedyś narzekały na swoje życie, teraz uważały się za lepsze, bo były przygotowane na trudne czasy. Wywyższały się i uważały za ekspertów w zakresie ciężkiego życia - tymczasem nikt nie wyrwał ich z korzeniami, nie rzucił w obce środowisko i nie zrobił „et voilà! teraz sam sobie radź.”
Na początku naszej dzisiejszej interakcji naprawdę chciałem ją przyjąć ciepło. W końcu to była partnerka Ambroise'a, a on darzył ją uczuciem, którego wcześniej u niego nie dostrzegałem. Widziałem ten błysk w jego oczach, ten wyraz twarzy, który mówił więcej niż słowa, ale gdy Yaxley zaczęła się zachowywać jak wściekła zołza, straciłem cierpliwość. W krótkim czasie rzuciliśmy się na siebie - chwila-moment i znaleźliśmy się w szarpaninie.
W pewnym momencie zdawało się, że mamy remis - oboje walczyliśmy z całych sił, ciężko się przesuwając, ale w końcu udało mi się ją podciąć, pozbawiając równowagi. Podciąłem jej nogi, ona uderzyła o podłogę. Prawie od razu spróbowałem unieruchomić jej dominujące przedramię na podłodze - prawą nogą w ciężkim bucie, całym naciskiem. Mogłem zrobić coś więcej, mógłbym ją jeszcze uderzyć czy przygnieść, ale w tej chwili opanowałem się - nie wiedziałem, że to koniec, nie miałem takiej pewności, dlatego nadal trzymałem gardę, ale zluzowałem ścisk szczęki.
Patrzyłem na nią, czując, jak adrenalina krąży mi w żyłach. Czułem, że to był moment, w którym mogłem pokazać, kto rządzi. Spojrzałem jej w oczy - nie trudno było dostrzec, że w mojej głowie kłębiły się myśli. Analizowałem ją. Miałem ochotę zrobić coś więcej, dołożyć jej do tego upokorzenia, ale opanowałem się i zamiast tego plunąłem gumą balonową do doniczki z kwiatkiem obok. Zmusiłem się do ochłonięcia, mimo to próbując przycisknąć jej lewe przedramię butem do podłogi. Spojrzałem jej prosto w oczy, a w moim wzroku było coś, co mówiło: „Dość. Koniec.”
- Mogę tak do wieszola. - Powiedziałem z naciskiem na każde wypowiedziane słowo. W końcu posłałem jej spojrzenie, które miało w sobie dobitny przekaz - nie zamierzałem się cofać. - Nie chcę byś twoim wlogiem... Mamy ich dostatesznie duszo. - Stwierdziłem lodowato - mimo to byłem gotów wrócić do starcia, w dalszym ciągu nie zamierzałem znosić jej zachowania. W moich oczach dalej była symbolem tego, co mnie irytowało w ludziach, którzy myśleli, że mają prawo oceniać innych, nie znając ich historii. Miałem dość tego udawania, że wszystko jest w porządku, gdy w rzeczywistości nie było, a tak właściwie jeszcze nawet nie zacząłem tego robić. Geraldine mogła być partnerką mojego brata, ale nie miała prawa traktować mnie jak kogoś gorszego - w moim życiu przeżyłem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie mogę pozwolić nikomu na to, by mnie poniżał, niezależnie od tego, jaką rolę odgrywał w życiu innych. Zechce wrócić do walki - wrócimy do walki.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba unieruchomienia przedramienia
Mój ojciec był tyranem. Zimny, oficjalny, ostry w słowach i czynach. Nie miałem, do czego wracać pamięcią - moje wspomnienia z dzieciństwa wypełnione były lękiem i napięciem. Nie narzekałem - w rodzinach czystokrwistych rodów sytuacja często wyglądała podobnie.
Wiedziałem, że ojciec jednego z moich najlepszych przyjaciół porzucił swoje dziecko na rzecz nowej żony i nowych dzieci. Tak po prostu zniknął z jego życia. Inny przyjaciel miał ojca, który tak bardzo zanurzył się w badaniach naukowych, konferencjach i wyjazdach, że również był nieosiągalny. Nawet, jeżeli ci dwaj ojcowie nie byli przemocowi, co z tego, skoro po prostu nigdy ich nie było w życiu swoich dzieci?
Życie w bogatych domach tradycjonalistów było trudne. Ojcowie albo byli tyranami, albo po prostu nieobecnymi duchami od czasu do czasu nawiedzającymi rodziny. Głównie po to, żeby dokonać kolejnego zwiastowania niepokalanego poczęcia u nieszczęśliwych żon-lamp. W moim przypadku miałem pecha - trafiło na tę pierwszą opcję.
Nie to mnie bolało, tylko to, do czego doszedłem już jako dorosły mężczyzna. Po latach uświadomiłem sobie, że to wcale nie dotyczyło wszystkich. W niektórych rodach dzieci narzekały na trudne dzieciństwo, ale w rzeczywistości nie dostrzegały, że ich rodzice po prostu kładli nacisk na przygotowanie ich do życia i do wykonywania profesji. To mnie wkurwiało. Te same osoby, które kiedyś narzekały na swoje życie, teraz uważały się za lepsze, bo były przygotowane na trudne czasy. Wywyższały się i uważały za ekspertów w zakresie ciężkiego życia - tymczasem nikt nie wyrwał ich z korzeniami, nie rzucił w obce środowisko i nie zrobił „et voilà! teraz sam sobie radź.”
Na początku naszej dzisiejszej interakcji naprawdę chciałem ją przyjąć ciepło. W końcu to była partnerka Ambroise'a, a on darzył ją uczuciem, którego wcześniej u niego nie dostrzegałem. Widziałem ten błysk w jego oczach, ten wyraz twarzy, który mówił więcej niż słowa, ale gdy Yaxley zaczęła się zachowywać jak wściekła zołza, straciłem cierpliwość. W krótkim czasie rzuciliśmy się na siebie - chwila-moment i znaleźliśmy się w szarpaninie.
W pewnym momencie zdawało się, że mamy remis - oboje walczyliśmy z całych sił, ciężko się przesuwając, ale w końcu udało mi się ją podciąć, pozbawiając równowagi. Podciąłem jej nogi, ona uderzyła o podłogę. Prawie od razu spróbowałem unieruchomić jej dominujące przedramię na podłodze - prawą nogą w ciężkim bucie, całym naciskiem. Mogłem zrobić coś więcej, mógłbym ją jeszcze uderzyć czy przygnieść, ale w tej chwili opanowałem się - nie wiedziałem, że to koniec, nie miałem takiej pewności, dlatego nadal trzymałem gardę, ale zluzowałem ścisk szczęki.
Patrzyłem na nią, czując, jak adrenalina krąży mi w żyłach. Czułem, że to był moment, w którym mogłem pokazać, kto rządzi. Spojrzałem jej w oczy - nie trudno było dostrzec, że w mojej głowie kłębiły się myśli. Analizowałem ją. Miałem ochotę zrobić coś więcej, dołożyć jej do tego upokorzenia, ale opanowałem się i zamiast tego plunąłem gumą balonową do doniczki z kwiatkiem obok. Zmusiłem się do ochłonięcia, mimo to próbując przycisknąć jej lewe przedramię butem do podłogi. Spojrzałem jej prosto w oczy, a w moim wzroku było coś, co mówiło: „Dość. Koniec.”
- Mogę tak do wieszola. - Powiedziałem z naciskiem na każde wypowiedziane słowo. W końcu posłałem jej spojrzenie, które miało w sobie dobitny przekaz - nie zamierzałem się cofać. - Nie chcę byś twoim wlogiem... Mamy ich dostatesznie duszo. - Stwierdziłem lodowato - mimo to byłem gotów wrócić do starcia, w dalszym ciągu nie zamierzałem znosić jej zachowania. W moich oczach dalej była symbolem tego, co mnie irytowało w ludziach, którzy myśleli, że mają prawo oceniać innych, nie znając ich historii. Miałem dość tego udawania, że wszystko jest w porządku, gdy w rzeczywistości nie było, a tak właściwie jeszcze nawet nie zacząłem tego robić. Geraldine mogła być partnerką mojego brata, ale nie miała prawa traktować mnie jak kogoś gorszego - w moim życiu przeżyłem wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, że nie mogę pozwolić nikomu na to, by mnie poniżał, niezależnie od tego, jaką rolę odgrywał w życiu innych. Zechce wrócić do walki - wrócimy do walki.
aktywność fizyczna ◉◉◉◉○ - próba unieruchomienia przedramienia
Rzut PO 1d100 - 99
Sukces!
Sukces!
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)