01.02.2023, 01:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2023, 22:09 przez Chester Rookwood.)
Nie było tak, że jakoś szczególnie współczuł Robertowi doświadczania tych wszystkich nieprzyjemności związanych z teleportacją i odczuwanego przez niego lęku wysokości. Z całą pewnością nie zazdrościł mu tego.
— To skoro nie miotła to pozostaje tobie tylko Sieć Fiuu... oczywiście tam, gdzie są kominki. Ewentualnie świstokliki. Czy podczas podróży świstoklikiem również reagujesz jak po teleportacji? — Stwierdził z dozą niezadowolenia, wynikającego z poważnie ograniczonej mobilności swojego towarzysza. Istniała możliwość zablokowania możliwości teleportacji, natomiast w przypadku Sieci Fiuu wymagane było skorzystanie z kominka do niej podpiętego. Świstokliki miały ustalone trasy. Latanie na miotle nie posiadało takich ograniczeń, choć to nie oznaczało, że było pozbawione wad.
Gdy dotarli na miejsce, zapewniające im możliwość dogodnej obserwacji, zamierzał z niej skorzystać. Wszelakie zabezpieczenia to nie jego działka, ale zawsze zwracał uwagę na bezpośrednie zagrożenie. Jest czarodziejem wprawionym w pojedynkach. A kiedy nie pełnił służby aurorskiej to mógł nawet sięgnąć po czarną magię bez konsekwencji po tym, jak ten fakt dotarłby do jego dowódców. W służbie Czarnemu Panu ograniczały go wyłącznie granice mocy magicznej.
— Dopaść pierwszego lepszego idiotę równie dobrze mogą Naśladowcy lub pozostali Śmierciożercy. A jednak wzięliśmy to w swoje ręce — Na pierwszy rzut oka to zadanie było poniżej ich kompetencji i pozycji w szeregach zwolenników Czarnego Pana, ale ich doświadczenie i zaangażowanie mogą zagwarantować faktyczne powodzenie misji. Powierzając pewne zadania innym margines błędu wydawał się większy, a konsekwencje poniesionej porażki poważniejsze. Odpowiadali za tych podwładnych, którzy spieprzyli zleconą im robotę, samemu odpowiadając wyłącznie przed Czarnym Panem. Chester w kwestii nałożonych na ten dom zaklęć ochronnych ufał swojemu towarzyszowi i polegał na nim w tej kwestii. Gdyby nie było go tutaj to musiałby poradzić sobie we własnym zakresie. Pozostawał biegły w kształtowaniu i rozpraszaniu magii, w szczególności podczas walki. A ta nie była mocną stroną Roberta, któremu teraz zapewniał sposobność do wykazania się na innym polu. Również skinął głową. Zamierzał dać mu tyle czasu, ile ten czarodziej potrzebuje na przełamanie zaklęć ochronnych wokół tej nieruchomości. Podejrzewał, że i tak nie będzie długo czekać.
— Chcesz w ten sposób powiedzieć, że coś poszło nie tak? — W pierwszej kolejności wyraził swoją obawę co do zadania, którego podjął się Robert. Chciał otrzymać jasny i klarowny komunikat odnośnie postępów tego czarodzieja albo zostać poinformowanym przez niego, że wszystko w tym momencie się spierdoliło co mogłoby dowodzić tego, że pieprzony Avery zdołał ich przechytrzyć. Było to bardzo adekwatne określenie na tego czarodzieja. Splunął na ziemię w wyrazie pogardy do tego czarodzieja i chodzących po tym padole szlam. Czystokrwiści nie powinni wchodzić w tego typu relacje ze szlamami. Najwyraźniej jego wcześniejsze obawy okazały się bezpodstawne.
— Dobra robota, Robercie. Dobrze wiesz, że czerwony dywan to ostatnie czego potrzebuję — Zwrócił się do swojego towarzysza, którego również poklepał po ramieniu czym dobrego przyjaciela. W pewnym sensie nimi byli. Wiadomo, jak było kiedy podążało się za Czarnym Panem. Straty w ludziach są nieuniknione, a cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych. Do tej pory współpraca nad wyraz dobrze się układała i przynosiła pożądane efekty. Nie widział powodu aby to zmieniać.
Gdy dotarli do drzwi tego domu, Chester wycelował w nie różdżką.
— Alohomora — Wyszeptał inkantację tego zaklęcia, które wprawiło w ruch zapadki wewnątrz zamka i po chwili ten dom stał przed nimi otworem. Co prawda, mógł wejść razem z drzwiami albo obrócić je w drobny mak, ale to zaalarmowałoby mieszkańców tego domu i mogłoby skłonić ich do ucieczki lub obrony o wiele szybciej. Nawet jeśli to była to tylko kwestia czasu aż przyjdą wyrównać rachunki.
— To skoro nie miotła to pozostaje tobie tylko Sieć Fiuu... oczywiście tam, gdzie są kominki. Ewentualnie świstokliki. Czy podczas podróży świstoklikiem również reagujesz jak po teleportacji? — Stwierdził z dozą niezadowolenia, wynikającego z poważnie ograniczonej mobilności swojego towarzysza. Istniała możliwość zablokowania możliwości teleportacji, natomiast w przypadku Sieci Fiuu wymagane było skorzystanie z kominka do niej podpiętego. Świstokliki miały ustalone trasy. Latanie na miotle nie posiadało takich ograniczeń, choć to nie oznaczało, że było pozbawione wad.
Gdy dotarli na miejsce, zapewniające im możliwość dogodnej obserwacji, zamierzał z niej skorzystać. Wszelakie zabezpieczenia to nie jego działka, ale zawsze zwracał uwagę na bezpośrednie zagrożenie. Jest czarodziejem wprawionym w pojedynkach. A kiedy nie pełnił służby aurorskiej to mógł nawet sięgnąć po czarną magię bez konsekwencji po tym, jak ten fakt dotarłby do jego dowódców. W służbie Czarnemu Panu ograniczały go wyłącznie granice mocy magicznej.
— Dopaść pierwszego lepszego idiotę równie dobrze mogą Naśladowcy lub pozostali Śmierciożercy. A jednak wzięliśmy to w swoje ręce — Na pierwszy rzut oka to zadanie było poniżej ich kompetencji i pozycji w szeregach zwolenników Czarnego Pana, ale ich doświadczenie i zaangażowanie mogą zagwarantować faktyczne powodzenie misji. Powierzając pewne zadania innym margines błędu wydawał się większy, a konsekwencje poniesionej porażki poważniejsze. Odpowiadali za tych podwładnych, którzy spieprzyli zleconą im robotę, samemu odpowiadając wyłącznie przed Czarnym Panem. Chester w kwestii nałożonych na ten dom zaklęć ochronnych ufał swojemu towarzyszowi i polegał na nim w tej kwestii. Gdyby nie było go tutaj to musiałby poradzić sobie we własnym zakresie. Pozostawał biegły w kształtowaniu i rozpraszaniu magii, w szczególności podczas walki. A ta nie była mocną stroną Roberta, któremu teraz zapewniał sposobność do wykazania się na innym polu. Również skinął głową. Zamierzał dać mu tyle czasu, ile ten czarodziej potrzebuje na przełamanie zaklęć ochronnych wokół tej nieruchomości. Podejrzewał, że i tak nie będzie długo czekać.
— Chcesz w ten sposób powiedzieć, że coś poszło nie tak? — W pierwszej kolejności wyraził swoją obawę co do zadania, którego podjął się Robert. Chciał otrzymać jasny i klarowny komunikat odnośnie postępów tego czarodzieja albo zostać poinformowanym przez niego, że wszystko w tym momencie się spierdoliło co mogłoby dowodzić tego, że pieprzony Avery zdołał ich przechytrzyć. Było to bardzo adekwatne określenie na tego czarodzieja. Splunął na ziemię w wyrazie pogardy do tego czarodzieja i chodzących po tym padole szlam. Czystokrwiści nie powinni wchodzić w tego typu relacje ze szlamami. Najwyraźniej jego wcześniejsze obawy okazały się bezpodstawne.
— Dobra robota, Robercie. Dobrze wiesz, że czerwony dywan to ostatnie czego potrzebuję — Zwrócił się do swojego towarzysza, którego również poklepał po ramieniu czym dobrego przyjaciela. W pewnym sensie nimi byli. Wiadomo, jak było kiedy podążało się za Czarnym Panem. Straty w ludziach są nieuniknione, a cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych. Do tej pory współpraca nad wyraz dobrze się układała i przynosiła pożądane efekty. Nie widział powodu aby to zmieniać.
Gdy dotarli do drzwi tego domu, Chester wycelował w nie różdżką.
— Alohomora — Wyszeptał inkantację tego zaklęcia, które wprawiło w ruch zapadki wewnątrz zamka i po chwili ten dom stał przed nimi otworem. Co prawda, mógł wejść razem z drzwiami albo obrócić je w drobny mak, ale to zaalarmowałoby mieszkańców tego domu i mogłoby skłonić ich do ucieczki lub obrony o wiele szybciej. Nawet jeśli to była to tylko kwestia czasu aż przyjdą wyrównać rachunki.