27.02.2025, 10:24 ✶
Chciał temu zaprzeczyć. Zaprzeczenie temu, że stworzono go z kruchego materiału było prawdą - tym co musiało tworzyć w Laurencie złudzenie pozwalające na podzielenie się tego typu stwierdzeniem musiało leżeć gdzieś pomiędzy zaślepiającym stanem zakochania i tym, że mimo bycia człowiekiem wyjątkowo zepsutym, udało mu się zachować sporą część bardzo ludzkich okruchów. Miał sporo rys na ciele. Można było bawić się w jakieś metafory pęknięć, ale to przecież nijak miało się do bycia karaluchem. Ileż razy ktoś próbował rozgnieść go pięścią, tyle razy się podniósł. Ile razy sam sobie mówił o braku siły i chęci skończenia z własną, marną egzystencją raz na zawsze, tyle razy wygrywała wola życia. Ludzie słabi, stworzeni z porcelany, rozsypaliby się w drobny mak, gdyby mieli zmierzyć się z tym, co miał za swoimi plecami. Ludzie wrażliwi nie mieliby odwagi sięgnąć po kogoś takiego jak Laurent, żeby na nim zacisnąć swoje brudne łapy. On się ani nie rozsypał, ani nie miał zamiaru porzucać kogoś, przy kim czuł się dobrze. Przynajmniej póki nie padnie to magiczne zaklęcie - ten ktoś mu nie powie, że to uczucie się skończyło.
Pocałował go w czubek głowy.
- Nigdy wcześniej nie przejmowałem się tym w taki sposób. - Złapał go za krawędź piżamy, przesuwając palcami wzdłuż szwu. Zaraz po tym wrócił do kolistych ruchów po materiale okrywającym jego plecy. - Chcę żebyś był szczęśliwy. - A to szczęście obejmowało ten aspekt jego życia - rodzinę, która mogła się go wyrzec. Jeszcze nie do końca wiedział co z tym wszystkim zrobić, więc i nie chciał budować sytuacji wymagających strasznych decyzji podejmowanych w absurdalnie krótkim czasie. Niestety wciąż był sobą - więc w sprzeczności z tym ciągał go po miejscach publicznych, zachowywał się obciachowo przy jego kuzynie, włamywał się do Keswick... Ale ostrzegał go przecież - ani nie był kimś obliczalnym, ani nie dało się wymuszać na nim normalności. I tak - Laurent mówił mu o pragnieniu otwartości, realizował jego oczekiwania i marzenia, po prostu... Nie wszystkie marzenia musiały być zrealizowane akurat dzisiaj.
Zamrugał kiedy zorientował się, że zadane pytanie było żartem, a on odpowiedział cholernie poważnie. Normalnie pociągnąłby żart - czyli teraz nie było normalnie? Nie zdążył się jeszcze zachłysnąć myślą o jego racji - o tym, że jego nastrój reprezentowało teraz taplanie się w śmierdzącym błocie na dnie zatrutej dawno temu studni.
Pocałował go jeszcze raz, nawet jeżeli jego wargi zamiast z jego ustami stykały się z kosmykami złotych włosów.
- Mhm - mruknął jeszcze raz, przykrywając ich pościelą i układając się wygodniej, mając przy tym wrażenie, jakby chciał, żeby Laurent się w niego zapadł. - Nie masz być moim snem, tylko moim życiem. Bałem się tu przyjść, bo sobie wyobrażałam, że mi tego nie wybaczysz, a przynajmniej nie zapomnisz i... Ja wiem, że minął miesiąc i mówiłeś mi, że to jest za szybko, ale ja chcę układać ten czas który jeszcze mam wokół ciebie. - Objął go ciasno. - Ta cukierniczka pomogła mi dużo zrozumieć. - Zamilkł, kiedy do niego dotarło czym próbował się podzielić. Tym, jak Alexander wzbudzał w ludziach strach, a Laurent... Wręcz przeciwnie.
Pocałował go w czubek głowy.
- Nigdy wcześniej nie przejmowałem się tym w taki sposób. - Złapał go za krawędź piżamy, przesuwając palcami wzdłuż szwu. Zaraz po tym wrócił do kolistych ruchów po materiale okrywającym jego plecy. - Chcę żebyś był szczęśliwy. - A to szczęście obejmowało ten aspekt jego życia - rodzinę, która mogła się go wyrzec. Jeszcze nie do końca wiedział co z tym wszystkim zrobić, więc i nie chciał budować sytuacji wymagających strasznych decyzji podejmowanych w absurdalnie krótkim czasie. Niestety wciąż był sobą - więc w sprzeczności z tym ciągał go po miejscach publicznych, zachowywał się obciachowo przy jego kuzynie, włamywał się do Keswick... Ale ostrzegał go przecież - ani nie był kimś obliczalnym, ani nie dało się wymuszać na nim normalności. I tak - Laurent mówił mu o pragnieniu otwartości, realizował jego oczekiwania i marzenia, po prostu... Nie wszystkie marzenia musiały być zrealizowane akurat dzisiaj.
Zamrugał kiedy zorientował się, że zadane pytanie było żartem, a on odpowiedział cholernie poważnie. Normalnie pociągnąłby żart - czyli teraz nie było normalnie? Nie zdążył się jeszcze zachłysnąć myślą o jego racji - o tym, że jego nastrój reprezentowało teraz taplanie się w śmierdzącym błocie na dnie zatrutej dawno temu studni.
Pocałował go jeszcze raz, nawet jeżeli jego wargi zamiast z jego ustami stykały się z kosmykami złotych włosów.
- Mhm - mruknął jeszcze raz, przykrywając ich pościelą i układając się wygodniej, mając przy tym wrażenie, jakby chciał, żeby Laurent się w niego zapadł. - Nie masz być moim snem, tylko moim życiem. Bałem się tu przyjść, bo sobie wyobrażałam, że mi tego nie wybaczysz, a przynajmniej nie zapomnisz i... Ja wiem, że minął miesiąc i mówiłeś mi, że to jest za szybko, ale ja chcę układać ten czas który jeszcze mam wokół ciebie. - Objął go ciasno. - Ta cukierniczka pomogła mi dużo zrozumieć. - Zamilkł, kiedy do niego dotarło czym próbował się podzielić. Tym, jak Alexander wzbudzał w ludziach strach, a Laurent... Wręcz przeciwnie.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.