27.02.2025, 16:54 ✶
– Słyszałem, ale nigdy nie byłem dostatecznie blisko tematu. – przyznał, gdy temat ich rozmowy jeszcze obejmował sprawy Doliny Godryka i leżącej obok nich Kniei. Anthony nie był specjalistą ani od fauny, ani flory, nienawidził lasu i nienawidził Kniei, nawykiem bardzo dawnym, jeszcze z czasów dzieciństwa i niefortunnych zabaw w okolicach domu swojego przyjaciela. Kryzys tamtej lokacji wydawał mu się mało istotny wobec kryzysu międzynarodowego, który lada moment mógł zapukać do ich drzwi, gdy co bardziej liberalne w poglądach mugolackich kraje odkryją zakres wojny domowej, niemniej Laurent mówił z przekonaniem, a jego naturalna charyzma przykuła wzrok Shafiqa do tego zmartwienia. Patronusy. Tajemnicą poliszynela był fakt, że o tej sztuczce wiedziało całkiem sporo osób, które znał. A jednak, formalnie rzeczywiście wciąż była ona zabroniona, traktowana i opisywana jako preludium do bardziej zaawansowanych form manipulacji nade wszystko ludzką energią. Żarliwość Prewetta jednak niepokoiła, swoboda z jaką się wypowiadał, czynił z siebie orędownika zmian w bardzo starym prawie, bez odpowiedniego zaplecza. Anthony zmrużył oczy, odruchowo niemal przykładając wskazujący palec do swobodnych, wciąż jednak zamkniętych ust.
– Rozumiem i więcej nie potrzebuję wiedzieć. Muszę to przemyśleć, takich spraw... – nie chciał brzmieć protekcjonalnie, ale w pewnych układach trudno było mu nie powstrzymywać ciężaru lat doświadczenia w podziemnym stawie pełnym rekinów – raczej nie załatwia się tak wprost. Niemniej. Obiecuje znaleźć czas by to przemyśleć, ach i... znam pewną specjalistkę od dementorów, która jak nikt zna się na tych przedziwnych stworzeniach. Czy mogę przekazać jej kontakt do Ciebie, jeśli byłaby zainteresowana sprawą tych widm? Jestem przekonany, że w lot mogłaby określić stopień podobieństwa. Oczywiście ze wszystkimi niezbędnymi pozwoleniami, wciąż jest zakaz wchodzenia do Kniei czyż nie? – szufladki otwierały się. Polana, Departament Tajemnic, aurorzy. Wszyscy Ci, którzy mogliby pomóc w sprawie najwidoczniej ważnej dla serca białowłosego. Wszyscy Ci, którzy mogliby mimowolnie przysłużyć się jemu, kupując Anthony'emu cenny kruszec zaufania i wzajemnych zależności.
Tymczasem kolejne tory rozmowy kierowały ich ku niebezpiecznej grze. Shafiq poczuł się jakby tańczył z młodszym mężczyzną w tańcu, który nie jest przecież bojowym stroszeniem piór, a wzajemną sztuką uwodzenia. I rzeczywiście słowa młodzieńca mimowolnie zapalały go rzędami podobieństw. Ich hipokryzji, ich płomienia, ich naglącej potrzebie działania teraz, gdy weszło się na ścieżkę bez odwrotu. Nie był w stanie ukryć uśmiechu wysyconego słodkim nektarem aprobaty i swoistej drapieżności, gdy Laurent wspomniał o bardziej drastycznych środkach. Potrzebował narzędzi. Potrzebował ostrzy, ukrytych za upajającym uśmiechem czystokrwistego chłopca.
– Postanowiłem dołączyć się do tej gry dość późno – przyznał z pewną dozą ociągania. Minęły dwa tygodnie. Minęła cała wieczność, każda minuta napęczniała galopadą myśli i próbą okiełznania ich i uszeregowania w sensowny plan działania, taktyk, pozyskiwania sojuszników, określenie punktów, w które należałoby uderzyć. – Trwa impas. Trzeci gracz zwykle zmienia wiele, jak to mówią... gdzie dwóch się bije. Sam oczywiście nie jestem w stanie zdziałać zbyt wiele, jednakże osłodą poranionego o kondycję krajowej gospodarki serca jest myśl, że ktoś myśli podobnie. Że takich osób nie jest mało. – Pozostawił sugestię w powietrzu, pozostawił nici, okruszki które nie poraniłyby go, gdyby ktoś postanowił zagrać nimi przeciwko niemu. Między wierszami tkał swoją pajęczą nić: Ja pomogę Tobie, Ty pomożesz mi. Dawno nie ryzykował tak wiele, a lekki rausz adrenaliny przyjemnie pobudził lekko odrętwiałe czekaniem ciało. Niemal czuł gibki kręgosłup Prewetta układający się na jego szerokiej dłoni w tanecznym wychyleniu, w którym trzeba było zaufać partnerowi, że ten nie wypuści z rąk, nie rzuci na twardą ziemię. Wychyleniu w którym szukało się lśniących iskier, rozchylonych warg i cichego przyzwolenia na wypełnienie tanecznego karnetu tylko jednym nazwiskiem.
– Rozumiem i więcej nie potrzebuję wiedzieć. Muszę to przemyśleć, takich spraw... – nie chciał brzmieć protekcjonalnie, ale w pewnych układach trudno było mu nie powstrzymywać ciężaru lat doświadczenia w podziemnym stawie pełnym rekinów – raczej nie załatwia się tak wprost. Niemniej. Obiecuje znaleźć czas by to przemyśleć, ach i... znam pewną specjalistkę od dementorów, która jak nikt zna się na tych przedziwnych stworzeniach. Czy mogę przekazać jej kontakt do Ciebie, jeśli byłaby zainteresowana sprawą tych widm? Jestem przekonany, że w lot mogłaby określić stopień podobieństwa. Oczywiście ze wszystkimi niezbędnymi pozwoleniami, wciąż jest zakaz wchodzenia do Kniei czyż nie? – szufladki otwierały się. Polana, Departament Tajemnic, aurorzy. Wszyscy Ci, którzy mogliby pomóc w sprawie najwidoczniej ważnej dla serca białowłosego. Wszyscy Ci, którzy mogliby mimowolnie przysłużyć się jemu, kupując Anthony'emu cenny kruszec zaufania i wzajemnych zależności.
Tymczasem kolejne tory rozmowy kierowały ich ku niebezpiecznej grze. Shafiq poczuł się jakby tańczył z młodszym mężczyzną w tańcu, który nie jest przecież bojowym stroszeniem piór, a wzajemną sztuką uwodzenia. I rzeczywiście słowa młodzieńca mimowolnie zapalały go rzędami podobieństw. Ich hipokryzji, ich płomienia, ich naglącej potrzebie działania teraz, gdy weszło się na ścieżkę bez odwrotu. Nie był w stanie ukryć uśmiechu wysyconego słodkim nektarem aprobaty i swoistej drapieżności, gdy Laurent wspomniał o bardziej drastycznych środkach. Potrzebował narzędzi. Potrzebował ostrzy, ukrytych za upajającym uśmiechem czystokrwistego chłopca.
– Postanowiłem dołączyć się do tej gry dość późno – przyznał z pewną dozą ociągania. Minęły dwa tygodnie. Minęła cała wieczność, każda minuta napęczniała galopadą myśli i próbą okiełznania ich i uszeregowania w sensowny plan działania, taktyk, pozyskiwania sojuszników, określenie punktów, w które należałoby uderzyć. – Trwa impas. Trzeci gracz zwykle zmienia wiele, jak to mówią... gdzie dwóch się bije. Sam oczywiście nie jestem w stanie zdziałać zbyt wiele, jednakże osłodą poranionego o kondycję krajowej gospodarki serca jest myśl, że ktoś myśli podobnie. Że takich osób nie jest mało. – Pozostawił sugestię w powietrzu, pozostawił nici, okruszki które nie poraniłyby go, gdyby ktoś postanowił zagrać nimi przeciwko niemu. Między wierszami tkał swoją pajęczą nić: Ja pomogę Tobie, Ty pomożesz mi. Dawno nie ryzykował tak wiele, a lekki rausz adrenaliny przyjemnie pobudził lekko odrętwiałe czekaniem ciało. Niemal czuł gibki kręgosłup Prewetta układający się na jego szerokiej dłoni w tanecznym wychyleniu, w którym trzeba było zaufać partnerowi, że ten nie wypuści z rąk, nie rzuci na twardą ziemię. Wychyleniu w którym szukało się lśniących iskier, rozchylonych warg i cichego przyzwolenia na wypełnienie tanecznego karnetu tylko jednym nazwiskiem.