27.02.2025, 20:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.02.2025, 20:38 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Nie tak miało wyglądać ich wspólne życie. Nie na to zasługiwali, nie to powinno ich spotkać po tym wszystkim, co się stało. Chciał jej to powiedzieć, ale co by to zmieniło? Co by dało powtórzenie kolejny raz tego, że dostatecznie dużo wycierpieli i że los nie był sprawiedliwy?
Nie mógł zagwarantować Rinie tej przyszłości, której dla niej pragnął. Zwłaszcza, że wciąż nie był tym człowiekiem, którym chciał dla niej być. Nie był i nie miał nim zostać. Ostatnie dni wyłącznie tego dowiodły. Półtora roku temu, gdy odchodził, obiecał sobie, że to koniec. Ale teraz, w tej chwili, w tym deszczu, wszystko wydawało się inne. Nie, nie lepsze. Jeszcze bardziej bolesne. Trudniejsze.
Wciąż pamiętał ten dzień, kiedy po raz pierwszy zdecydował się odejść. Półtora roku temu w swoim mniemaniu postawił kropkę nad i. Odwrócił się od niej, myśląc, że to była najlepsza decyzja, jaką mógł wtedy podjąć. Wydawało mu się, że tak będzie dla niej najlepiej. Czuł, że to on był problemem, że to on i jego własne decyzje zaczęły pchać ich w najgorszym możliwym kierunku. Prędzej czy później to miało zakończyć się tragicznie. Nie zasługiwał na kogoś takiego jak ona. Teraz dostrzegał jak bardzo się...
...nie mylił. Miał wtedy rację. To, że tak ciężko było mu radzić sobie z tą świadomością nie zmieniało tego, że ich tu doprowadził. Może, gdyby był lepszym człowiekiem... ...gdyby bardziej się starał, mimo rozstania... ...gdyby rzeczywiście przeznaczył te wszystkie miesiące na próby naprostowania wszystkiego, co spierdolił... ...gdyby nie był bierny. Może to by coś dało. Może to coś by zmieniło. Ale nie mieli szans się o tym przekonać, prawda? Było za późno. Kolejny raz w jego życiu było za późno.
Patrzył na Rinę, widząc łzy spływające po jej policzkach. Była jedyną osobą, z którą pragnął dzielić swoje życie, jedyną miłością, którą stracił półtora roku temu, miesiącami próbując poradzić sobie z tamtą żałobą. Niespodziewanie ich drogi znów się skrzyżowały, ale tym razem wydawało się, że wszystko zmierzało ku końcowi. W końcu to sobie mówili. Od samego początku końca powtarzali sobie, że wszystko, co robią to tylko to właściwe pożegnanie.
Kłócili się, nie potrafili dojść do porozumienia, ale jednocześnie na nowo rozbudzali w sobie te wszystkie instynkty, emocje i uczucia. Zasypiali obok siebie, budząc się w swoich ramionach, spędzając ze sobą chwile, które zdawały się być wiecznością. Nie ukrywali przed sobą tego, co czuli, zachowując się coraz bardziej jak ci, którymi byli kiedyś.
Gdyby nie to, że pojawiła się u niego w pracy, pewnie wróciłby do niej rano. Nie chciał przyznać się do tego przed sobą czy przed nią, ale zatrważająco szybko zaczął przyzwyczajać się do obecności Geraldine. Nieświadomie pozwalając sobie na to, z dnia na dzień coraz bardziej zachowywał się jak jej chłopak. Wbrew temu wszystkiemu, co opuszczało jego usta, coraz częściej myślał o nich, o ich wspólnych planach, o sobie u boku Yaxleyówny.
Niepotrzebnie wmieszał się w jej życie, wszedł w nie bez zaproszenia, wbrew jej woli. Nie miał prawa na nowo wpychać się w jej życie, a jednak to zrobił. Wbrew jej początkowej niechęci, wręcz wrogości, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wystarczyło, że wtedy w tamtym barze powiedziała mu, że za nim tęskni. Posłała mu to spojrzenie, opowiedziała zalążek historii o tym, co ją nękało.
Dała mu punkt zaczepienia a on z niego skorzystał. Był idiotą. To on był przyczyną ich cierpienia. Nie potrafił być tym, kogo potrzebowała. Nie myślał o tym jak bardzo się rozpadł, jak wiele kosztowało go to pierwsze pożegnanie. Po prostu wszedł w to wszystko, nie bacząc na konsekwencje. Teraz znowu to sobie robili.
W jego sercu tliła się frustracja, bo wciąż ją kochał, kurewsko ją kochał. W myślach wracał do momentu, kiedy znów pojawiła się w jego życiu i kiedy obiecali sobie, że cokolwiek stanie się z dopplegangerem, ta sprawa będzie jednocześnie ich własnym ostatecznym końcem. Ostatnie wspólne zadanie. Powinien był być twardy, powinien był odejść, ale nie potrafił.
Mógł to przewidzieć. Problem w tym, że wcale nie chciał. Wolał być taki.
Taki jaki?
Ślepy. Ślepy na to, że to od samego początku nie miało skończyć się wraz z zabiciem tamtego bytu. Nie, skoro Rina była dla niego wyjątkowa. Była jedyną, która potrafiła rozbudzić w nim uczucia, jakich nie zaznał nigdy wcześniej ani nigdy później. Nie łudził się, nawet nie chciał ich zaznać z kimkolwiek innym. Z nią zawsze miało być inaczej.
Zaledwie półtora roku temu postanowił odejść a teraz kolejny raz stał przed nią. Patrząc przed siebie. Niepewny jak zakończyć to, co nigdy nie powinno się zaczynać.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał. Nie próbował tego ukryć. Byli ze sobą szczerzy, ale teraz w tej chwili wszystko wyglądało inaczej. Powiedział jej, że nie mają wspólnej przyszłości, ale niczego tak nie pragnął jak jej bliskości. Chciał sięgnąć ręką ku niej, zamknąć ją w ramionach.
Stali tak blisko siebie. Widział łzy spływające po policzkach dziewczyny. To go łamało. Starał się nie pokazywać jak bardzo się rozpada i ile kosztuje go to pożegnanie, ale pewnych rzeczy nie dało się do końca ukryć. Nie chciał tego dla nich. Nie takie mieli mieć życie. Wycierpieli wystarczająco dużo.
Każde słowo, które padało z ust Geraldine sprawiało, że czuł się coraz bardziej bezsilny. Nie chciał tego pożegnania, nie tak wyobrażał sobie ich przyszłość. Wszystko, co teraz padało między nimi było niesłuszne. Zdawało się wciągać go coraz głębiej w otchłań beznadziei. Więc czemu nadal na przemian gorzko milczał i jeszcze ciężej mówił?
Jego głos był zdecydowany, ale w środku czuł się coraz bardziej martwy. Zapierał się przy swojej postawie, przy przyjętej narracji, jakby nie istniało miejsce na nic innego. Nie było dla nich wspólnej przyszłości. Koniec historii. Zamknięty rozdział. Powinni pójść każde w swoją stronę zanim wszystko stanie się jeszcze bardziej skomplikowane. Nim ich to całkowicie pogrąży.
W głębi duszy wiedział, że to kłamstwo, bo marzył o tym, by mieć ją przy sobie, by wspólnie budować życie, na które oboje zasługiwali. Ale jak mógł jej to powiedzieć, gdy wiedział, że nie potrafił być tym, kogo potrzebowała?
Patrzył na nią, wiedząc, że nie odpowiedziała mu na pytanie, ale jej słowa były wystarczające. Granica została przekroczona. Było dla nich za późno. Przez ostatni tydzień mieli dać sobie czas na pożegnanie, ale zamiast tego zbudowali coś, co przypominało dom. Teraz fundamenty na nowo runęły. Tak to już jest, gdy buduje się zamki na piasku tuż przy samym brzegu bezkresnego morza beznadziei.
Spoglądając na Yaxleyównę, widząc łzy spływające po jej policzkach, chciał ją objąć, przyciągnąć do siebie, ale czuł się jak w pułapce, którą sam na siebie zastawił. Nie mógł się ruszyć, stał w miejscu, zastygły w deszczu a jego ciało nie chciało go słuchać. Czuł się otumaniony, krew pulsowała mu w uszach, serce waliło jak oszalałe. Stojąc w deszczu, nie mógł oderwać wzroku od znajomej twarzy.
Ona nawet na niego nie patrzyła. On nie wiedział, co powinien zrobić, by to zmienić, jednocześnie nie działając wbrew jej woli. Ich własny mały koniec świata.
Zimny wiatr targał jasnymi włosami jego dziewczyny. Widział jak łzy spływają po jej policzkach, raz po raz sklejając kosmyki smagające twarz Geraldine. Każdy ich ślad ranił go głębiej niż jakikolwiek fizyczny cios. Nie był gotowy na ten moment. Chyba nigdy nie miał być. W końcu nie bez powodu odszedł wtedy bez pożegnania.
Myliła się. Chciał walczyć, mimo że czuł, iż jest już za późno. Zadał jej pytanie o granice, próbując uchwycić się czegokolwiek, co mogłoby dać im szansę, ale odpowiedź, której oczekiwał nigdy nie nadeszła.
Odwrócił wzrok, by nie widzieć bólu na jej twarzy, ale nie potrafił uciec od tego, co się działo. Powinien być twardy, powinien odejść, ale coś w jego wnętrzu trzymało go w miejscu. Chciał cofnąć czas, zmienić swoje decyzje, ale wiedział, że to nie było możliwe. Chciał ją wyciągnąć ku niej rękę, zamknąć Rinę w ramionach, ale zamiast tego stał jak sparaliżowany, nie mogąc zrobić kroku ani w jedną, ani w drugą stronę.
Wiedział, że ich czas minął, że wszystko, co mieli własne znikało w deszczu. Rozmywało się na jego oczach w tej londyńskiej zawierusze i we łzach jedynej osoby, której nigdy nie chciał ranić w tej sposób. W żaden sposób. Zawsze pragnął być dla niej kimś innym, kimś lepszym.
Sam nie potrafił zrozumieć, dlaczego to był problemem. Dlaczego nie potrafił być tym, na kogo zasługiwała. Każdy krok, który podjął w przeszłości w pewnym momencie okazywał się błędem. A przecież naprawdę się starał. Zmienił się przez te wszystkie lata. Złagodniał, spokorniał, przestał wyciągać ręce po to wszystko, czego w gruncie rzeczy wcale nie potrzebował do szczęścia. Chciał wyłącznie jednego.
Tego, czego nie mieli mieć. Wiedział, że zniszczył to, co mieli. Wtedy półtora roku temu, ale nie tylko. Teraz prawdopodobnie jeszcze bardziej. Doszczętnie. W końcu raz za razem zadawał im kolejny cios. Mówił, że nie mają wspólnej przyszłości, ale to były tylko słowa. Nie gesty. Gesty wskazywały na coś zupełnie innego. Miotał się. Czuł, że wszystko dookoła nich zaczęło się sypać i nie było to właściwe, bo przecież razem zawsze jakoś sobie radzili, ale nie potrafił wyciągnąć do niej ręki, nie potrafił powiedzieć, jak bardzo jej potrzebuje.
Jego serce krwawiło, gdy widział łzy spływające po policzkach Geraldine. Chciał móc je zetrzeć, pocieszyć dziewczynę, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale wiedział, że to byłoby wyłącznie kolejne kłamstwo.
Nie mógł dać jej tego, czego pragnęła. W najlepszym razie byłby tylko cieniem mężczyzny, którym chciałby być. W dalszym ciągu pamiętał to jak bardzo się starał, by być kimś, na kogo zasługiwała, ale wciąż czuł, że to nie wystarczało. Nie miało wystarczyć.
Od samego początku zdawał sobie sprawę z tego, do czego zmierzali, jednak to właśnie sposób, w jaki odpowiedziała na jego pytanie ostatecznie go pogrążył. Jej milczenie, po którym nadeszły te słowa było wystarczającą odpowiedzią na wszystkie jego pytania. Granice zostały przekroczone, droga powrotna przestała istnieć.
O ironio właśnie teraz. W tej chwili. To, co stało się tej nocy, nie półtora roku temu, nie tydzień temu, nie kilka miesięcy wstecz z początkiem lata, tej nocy, kiedy postanowili zaoferować sobie pełną szczerość... ...właśnie to było ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. To, co padło między nimi tutaj na tym dachu było niemożliwe do wybaczenia, niemożliwe do zapomnienia.
Odpuściła mu, zgodziła się z jego słowami, ale to wcale nie przyniosło mu ulgi. Czuł, że jego serce pęka, gdy widział jak Rina przyjmuje to, co mówił. Przecież to nie tak miało wyglądać. Powinien być z nią, powinni być szczęśliwi. Nie stać na dachu w deszczu, żegnając się ze wszystkim, co kiedyś miało być zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Zadał jej pytanie o granice, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale odpowiedź, której nie usłyszał, była dla niego jasna. Przekroczyli granicę. Zbyt wiele się wydarzyło, by mogli wrócić do tego, co było. Zamiast tego, przyjęła narrację, z którą wcześniej walczyła. Patrzył na nią, ale ona wciąż nie spuszczała wzroku z ziemi. Spoglądał na jego dziewczynę widząc jak Geraldine powoli znika w sobie, jak oddala się od niego, będąc tuż obok.
- Nie. Nie mamy zgodności. Pewnie nigdy nie mielibyśmy jej mieć - odpowiedział cicho, ale wprost, całkowicie bez ogródek.
Nie mieli się o tym przekonać, prawda? Nie było sensu dyskutować na ten temat.
Nie odwracał wzroku od twarzy Riny, nawet jeśli podświadomie obawiał się tego, co mógł dostrzec w jej oczach. Tego, że gdy i ona wreszcie podniesie na niego spojrzenie, on dostrzeże w jej tęczówkach wyłącznie zmęczenie, rezygnację a może nawet coś znacznie gorszego: postępującą obojętność. Żadne z nich nie miało już siły na dalszą walkę.
O ironio, kolejny raz w zupełnie inny sposób. Teraz to ona przyjmowała jego wcześniejszą narrację, podczas gdy on coraz bardziej tonął. Łamał się, ale było na to za późno. Ironia? Teraz to on mówił o nich, podczas gdy Geraldine serwowała mu jego własne słowa. Jak miał z tym walczyć? Gubił się w tym wszystkim. Pomiędzy poczuciem odpowiedzialności i obowiązku a egoizmem, sięganiem po to wszystko, czego tak bardzo pragnął.
- Nie - jedno jedyne słowo, które musiało paść w tej sytuacji.
Nie chciał, żeby robiła coś wbrew sobie. Nie zamierzał ściskać jej na do widzenia. Udawać, że wszystko jest w porządku. To było głupie, naprawdę głupie pytanie.
Odwrócił wzrok, nie mogąc znieść widoku twarzy Geraldine. Nigdy nie sądził, że dojdzie między nimi do czegoś takiego. Na moment zamknął oczy, próbując zignorować deszcz, który wciąż padał. Mimo tych ułomnych starań, mimo tego że postanowił zawalczyć, ona już się poddała.
Była zmęczona. On także. Oboje nosili ciężar swoich błędów. Mieli to robić do końca życia, wiedząc, że nie było już dla nich żadnych kolejnych szans. Ani teraz, ani za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, o których mówili wtedy na ganku. Ich wzajemne odpowiedzi tylko pogłębiały przepaść, która ich dzieliła.
Po tej nocy nie mieli być w stanie zbudować żadnych mostów. Przeskoczenie tej odległości nie wchodziło w grę już wcześniej. Teraz upewniali się, że to naprawdę był ich koniec.
- Rina - zaczął miękko, tęsknie, czule, z żalem, ale słowa utknęły mu w gardle.
Nie zrobił tego celowo, ale nawet dla siebie samego zabrzmiał tak, jakby usiłował powiedzieć coś zupełnie innego niż to, co w końcu opuściło jego usta. Zawahał się. W jego głosie pojawiła się ta niezamierzona nuta. Zupełnie tak, jakby naprawdę zamierzał to zrobić. Prosić, błagać o wybaczenie. O jeszcze jedną szansę. O wiarę w to, że jeszcze będzie pięknie. Potrzebował tego jak tlenu.
Przez te wszystkie miesiące, które spędzili osobno, nie przestał jej kochać. To było jasne, nie krył tego przed nią przez tydzień, jaki sobie ofiarowali, ale jeszcze nigdy nie był tak blisko całkowitego pęknięcia. Jedno słowo, potrzebował tylko jednego cichego słowa, jednej sugestii, jednej szansy na to, żeby złapać się nadziei na lepsze jutro. Wspólne jutro.
Zamknął oczy, wstrzymując oddech, jakby w tej chwili mógł zniknąć a potem zmaterializować się na nowo, jakby mógł znów stać się tym człowiekiem, który był przed tym wszystkim. Przecież nie chciał, żeby to było ich zakończenie. Nie w ten sposób. Nie teraz.
Gdy na nowo rozchylił powieki, nic się nie zmieniło. Deszcz nadal łał z nieba a oni wciąż stali na dachu w przejmujących ciemnościach. Siąpiło, nadchodziła jesień przynosząca ze sobą chłód, który przenikał do samej duszy.
- Masz u mnie w gabinecie swój płaszcz - powiedział, nieco zaskoczony, że te słowa w ogóle wyszły z jego ust.
Nie oczekiwał odpowiedzi, ale wewnętrznie pragnął, by chociaż na chwilę spojrzała mu w oczy. Żeby zobaczyła, jak bardzo cierpiał, jak bardzo w dalszym ciągu mu na nich zależało, nawet jeśli wypowiedział te ostatnie słowa, które miały zakończyć ich historię.
Może to była ich ostatnia chwila razem, może rzeczywiście lepiej byłoby, gdyby obawy Riny kiedyś się spełniły, ale w głębi duszy wiedział, że nigdy nie miał zapomnieć o tym wszystkim. Szczególnie nie o tej nocy. Ciężar tego wieczoru miał prześladować go już do samego końca. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Odwrócił wzrok, skupiając się na drzwiach prowadzących w dół na klatkę schodową. Jeśli nie miała już nic do dodania, chyba powinni zejść po jej płaszcz.
Nie mógł zagwarantować Rinie tej przyszłości, której dla niej pragnął. Zwłaszcza, że wciąż nie był tym człowiekiem, którym chciał dla niej być. Nie był i nie miał nim zostać. Ostatnie dni wyłącznie tego dowiodły. Półtora roku temu, gdy odchodził, obiecał sobie, że to koniec. Ale teraz, w tej chwili, w tym deszczu, wszystko wydawało się inne. Nie, nie lepsze. Jeszcze bardziej bolesne. Trudniejsze.
Wciąż pamiętał ten dzień, kiedy po raz pierwszy zdecydował się odejść. Półtora roku temu w swoim mniemaniu postawił kropkę nad i. Odwrócił się od niej, myśląc, że to była najlepsza decyzja, jaką mógł wtedy podjąć. Wydawało mu się, że tak będzie dla niej najlepiej. Czuł, że to on był problemem, że to on i jego własne decyzje zaczęły pchać ich w najgorszym możliwym kierunku. Prędzej czy później to miało zakończyć się tragicznie. Nie zasługiwał na kogoś takiego jak ona. Teraz dostrzegał jak bardzo się...
...nie mylił. Miał wtedy rację. To, że tak ciężko było mu radzić sobie z tą świadomością nie zmieniało tego, że ich tu doprowadził. Może, gdyby był lepszym człowiekiem... ...gdyby bardziej się starał, mimo rozstania... ...gdyby rzeczywiście przeznaczył te wszystkie miesiące na próby naprostowania wszystkiego, co spierdolił... ...gdyby nie był bierny. Może to by coś dało. Może to coś by zmieniło. Ale nie mieli szans się o tym przekonać, prawda? Było za późno. Kolejny raz w jego życiu było za późno.
Patrzył na Rinę, widząc łzy spływające po jej policzkach. Była jedyną osobą, z którą pragnął dzielić swoje życie, jedyną miłością, którą stracił półtora roku temu, miesiącami próbując poradzić sobie z tamtą żałobą. Niespodziewanie ich drogi znów się skrzyżowały, ale tym razem wydawało się, że wszystko zmierzało ku końcowi. W końcu to sobie mówili. Od samego początku końca powtarzali sobie, że wszystko, co robią to tylko to właściwe pożegnanie.
Kłócili się, nie potrafili dojść do porozumienia, ale jednocześnie na nowo rozbudzali w sobie te wszystkie instynkty, emocje i uczucia. Zasypiali obok siebie, budząc się w swoich ramionach, spędzając ze sobą chwile, które zdawały się być wiecznością. Nie ukrywali przed sobą tego, co czuli, zachowując się coraz bardziej jak ci, którymi byli kiedyś.
Gdyby nie to, że pojawiła się u niego w pracy, pewnie wróciłby do niej rano. Nie chciał przyznać się do tego przed sobą czy przed nią, ale zatrważająco szybko zaczął przyzwyczajać się do obecności Geraldine. Nieświadomie pozwalając sobie na to, z dnia na dzień coraz bardziej zachowywał się jak jej chłopak. Wbrew temu wszystkiemu, co opuszczało jego usta, coraz częściej myślał o nich, o ich wspólnych planach, o sobie u boku Yaxleyówny.
Niepotrzebnie wmieszał się w jej życie, wszedł w nie bez zaproszenia, wbrew jej woli. Nie miał prawa na nowo wpychać się w jej życie, a jednak to zrobił. Wbrew jej początkowej niechęci, wręcz wrogości, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Wystarczyło, że wtedy w tamtym barze powiedziała mu, że za nim tęskni. Posłała mu to spojrzenie, opowiedziała zalążek historii o tym, co ją nękało.
Dała mu punkt zaczepienia a on z niego skorzystał. Był idiotą. To on był przyczyną ich cierpienia. Nie potrafił być tym, kogo potrzebowała. Nie myślał o tym jak bardzo się rozpadł, jak wiele kosztowało go to pierwsze pożegnanie. Po prostu wszedł w to wszystko, nie bacząc na konsekwencje. Teraz znowu to sobie robili.
W jego sercu tliła się frustracja, bo wciąż ją kochał, kurewsko ją kochał. W myślach wracał do momentu, kiedy znów pojawiła się w jego życiu i kiedy obiecali sobie, że cokolwiek stanie się z dopplegangerem, ta sprawa będzie jednocześnie ich własnym ostatecznym końcem. Ostatnie wspólne zadanie. Powinien był być twardy, powinien był odejść, ale nie potrafił.
Mógł to przewidzieć. Problem w tym, że wcale nie chciał. Wolał być taki.
Taki jaki?
Ślepy. Ślepy na to, że to od samego początku nie miało skończyć się wraz z zabiciem tamtego bytu. Nie, skoro Rina była dla niego wyjątkowa. Była jedyną, która potrafiła rozbudzić w nim uczucia, jakich nie zaznał nigdy wcześniej ani nigdy później. Nie łudził się, nawet nie chciał ich zaznać z kimkolwiek innym. Z nią zawsze miało być inaczej.
Zaledwie półtora roku temu postanowił odejść a teraz kolejny raz stał przed nią. Patrząc przed siebie. Niepewny jak zakończyć to, co nigdy nie powinno się zaczynać.
Kochał ją. Kurewsko ją kochał. Nie próbował tego ukryć. Byli ze sobą szczerzy, ale teraz w tej chwili wszystko wyglądało inaczej. Powiedział jej, że nie mają wspólnej przyszłości, ale niczego tak nie pragnął jak jej bliskości. Chciał sięgnąć ręką ku niej, zamknąć ją w ramionach.
Stali tak blisko siebie. Widział łzy spływające po policzkach dziewczyny. To go łamało. Starał się nie pokazywać jak bardzo się rozpada i ile kosztuje go to pożegnanie, ale pewnych rzeczy nie dało się do końca ukryć. Nie chciał tego dla nich. Nie takie mieli mieć życie. Wycierpieli wystarczająco dużo.
Każde słowo, które padało z ust Geraldine sprawiało, że czuł się coraz bardziej bezsilny. Nie chciał tego pożegnania, nie tak wyobrażał sobie ich przyszłość. Wszystko, co teraz padało między nimi było niesłuszne. Zdawało się wciągać go coraz głębiej w otchłań beznadziei. Więc czemu nadal na przemian gorzko milczał i jeszcze ciężej mówił?
Jego głos był zdecydowany, ale w środku czuł się coraz bardziej martwy. Zapierał się przy swojej postawie, przy przyjętej narracji, jakby nie istniało miejsce na nic innego. Nie było dla nich wspólnej przyszłości. Koniec historii. Zamknięty rozdział. Powinni pójść każde w swoją stronę zanim wszystko stanie się jeszcze bardziej skomplikowane. Nim ich to całkowicie pogrąży.
W głębi duszy wiedział, że to kłamstwo, bo marzył o tym, by mieć ją przy sobie, by wspólnie budować życie, na które oboje zasługiwali. Ale jak mógł jej to powiedzieć, gdy wiedział, że nie potrafił być tym, kogo potrzebowała?
Patrzył na nią, wiedząc, że nie odpowiedziała mu na pytanie, ale jej słowa były wystarczające. Granica została przekroczona. Było dla nich za późno. Przez ostatni tydzień mieli dać sobie czas na pożegnanie, ale zamiast tego zbudowali coś, co przypominało dom. Teraz fundamenty na nowo runęły. Tak to już jest, gdy buduje się zamki na piasku tuż przy samym brzegu bezkresnego morza beznadziei.
Spoglądając na Yaxleyównę, widząc łzy spływające po jej policzkach, chciał ją objąć, przyciągnąć do siebie, ale czuł się jak w pułapce, którą sam na siebie zastawił. Nie mógł się ruszyć, stał w miejscu, zastygły w deszczu a jego ciało nie chciało go słuchać. Czuł się otumaniony, krew pulsowała mu w uszach, serce waliło jak oszalałe. Stojąc w deszczu, nie mógł oderwać wzroku od znajomej twarzy.
Ona nawet na niego nie patrzyła. On nie wiedział, co powinien zrobić, by to zmienić, jednocześnie nie działając wbrew jej woli. Ich własny mały koniec świata.
Zimny wiatr targał jasnymi włosami jego dziewczyny. Widział jak łzy spływają po jej policzkach, raz po raz sklejając kosmyki smagające twarz Geraldine. Każdy ich ślad ranił go głębiej niż jakikolwiek fizyczny cios. Nie był gotowy na ten moment. Chyba nigdy nie miał być. W końcu nie bez powodu odszedł wtedy bez pożegnania.
Myliła się. Chciał walczyć, mimo że czuł, iż jest już za późno. Zadał jej pytanie o granice, próbując uchwycić się czegokolwiek, co mogłoby dać im szansę, ale odpowiedź, której oczekiwał nigdy nie nadeszła.
Odwrócił wzrok, by nie widzieć bólu na jej twarzy, ale nie potrafił uciec od tego, co się działo. Powinien być twardy, powinien odejść, ale coś w jego wnętrzu trzymało go w miejscu. Chciał cofnąć czas, zmienić swoje decyzje, ale wiedział, że to nie było możliwe. Chciał ją wyciągnąć ku niej rękę, zamknąć Rinę w ramionach, ale zamiast tego stał jak sparaliżowany, nie mogąc zrobić kroku ani w jedną, ani w drugą stronę.
Wiedział, że ich czas minął, że wszystko, co mieli własne znikało w deszczu. Rozmywało się na jego oczach w tej londyńskiej zawierusze i we łzach jedynej osoby, której nigdy nie chciał ranić w tej sposób. W żaden sposób. Zawsze pragnął być dla niej kimś innym, kimś lepszym.
Sam nie potrafił zrozumieć, dlaczego to był problemem. Dlaczego nie potrafił być tym, na kogo zasługiwała. Każdy krok, który podjął w przeszłości w pewnym momencie okazywał się błędem. A przecież naprawdę się starał. Zmienił się przez te wszystkie lata. Złagodniał, spokorniał, przestał wyciągać ręce po to wszystko, czego w gruncie rzeczy wcale nie potrzebował do szczęścia. Chciał wyłącznie jednego.
Tego, czego nie mieli mieć. Wiedział, że zniszczył to, co mieli. Wtedy półtora roku temu, ale nie tylko. Teraz prawdopodobnie jeszcze bardziej. Doszczętnie. W końcu raz za razem zadawał im kolejny cios. Mówił, że nie mają wspólnej przyszłości, ale to były tylko słowa. Nie gesty. Gesty wskazywały na coś zupełnie innego. Miotał się. Czuł, że wszystko dookoła nich zaczęło się sypać i nie było to właściwe, bo przecież razem zawsze jakoś sobie radzili, ale nie potrafił wyciągnąć do niej ręki, nie potrafił powiedzieć, jak bardzo jej potrzebuje.
Jego serce krwawiło, gdy widział łzy spływające po policzkach Geraldine. Chciał móc je zetrzeć, pocieszyć dziewczynę, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, ale wiedział, że to byłoby wyłącznie kolejne kłamstwo.
Nie mógł dać jej tego, czego pragnęła. W najlepszym razie byłby tylko cieniem mężczyzny, którym chciałby być. W dalszym ciągu pamiętał to jak bardzo się starał, by być kimś, na kogo zasługiwała, ale wciąż czuł, że to nie wystarczało. Nie miało wystarczyć.
Od samego początku zdawał sobie sprawę z tego, do czego zmierzali, jednak to właśnie sposób, w jaki odpowiedziała na jego pytanie ostatecznie go pogrążył. Jej milczenie, po którym nadeszły te słowa było wystarczającą odpowiedzią na wszystkie jego pytania. Granice zostały przekroczone, droga powrotna przestała istnieć.
O ironio właśnie teraz. W tej chwili. To, co stało się tej nocy, nie półtora roku temu, nie tydzień temu, nie kilka miesięcy wstecz z początkiem lata, tej nocy, kiedy postanowili zaoferować sobie pełną szczerość... ...właśnie to było ostatnią kroplą, która przelała czarę goryczy. To, co padło między nimi tutaj na tym dachu było niemożliwe do wybaczenia, niemożliwe do zapomnienia.
Odpuściła mu, zgodziła się z jego słowami, ale to wcale nie przyniosło mu ulgi. Czuł, że jego serce pęka, gdy widział jak Rina przyjmuje to, co mówił. Przecież to nie tak miało wyglądać. Powinien być z nią, powinni być szczęśliwi. Nie stać na dachu w deszczu, żegnając się ze wszystkim, co kiedyś miało być zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Zadał jej pytanie o granice, szukając jakiegokolwiek punktu zaczepienia, ale odpowiedź, której nie usłyszał, była dla niego jasna. Przekroczyli granicę. Zbyt wiele się wydarzyło, by mogli wrócić do tego, co było. Zamiast tego, przyjęła narrację, z którą wcześniej walczyła. Patrzył na nią, ale ona wciąż nie spuszczała wzroku z ziemi. Spoglądał na jego dziewczynę widząc jak Geraldine powoli znika w sobie, jak oddala się od niego, będąc tuż obok.
- Nie. Nie mamy zgodności. Pewnie nigdy nie mielibyśmy jej mieć - odpowiedział cicho, ale wprost, całkowicie bez ogródek.
Nie mieli się o tym przekonać, prawda? Nie było sensu dyskutować na ten temat.
Nie odwracał wzroku od twarzy Riny, nawet jeśli podświadomie obawiał się tego, co mógł dostrzec w jej oczach. Tego, że gdy i ona wreszcie podniesie na niego spojrzenie, on dostrzeże w jej tęczówkach wyłącznie zmęczenie, rezygnację a może nawet coś znacznie gorszego: postępującą obojętność. Żadne z nich nie miało już siły na dalszą walkę.
O ironio, kolejny raz w zupełnie inny sposób. Teraz to ona przyjmowała jego wcześniejszą narrację, podczas gdy on coraz bardziej tonął. Łamał się, ale było na to za późno. Ironia? Teraz to on mówił o nich, podczas gdy Geraldine serwowała mu jego własne słowa. Jak miał z tym walczyć? Gubił się w tym wszystkim. Pomiędzy poczuciem odpowiedzialności i obowiązku a egoizmem, sięganiem po to wszystko, czego tak bardzo pragnął.
- Nie - jedno jedyne słowo, które musiało paść w tej sytuacji.
Nie chciał, żeby robiła coś wbrew sobie. Nie zamierzał ściskać jej na do widzenia. Udawać, że wszystko jest w porządku. To było głupie, naprawdę głupie pytanie.
Odwrócił wzrok, nie mogąc znieść widoku twarzy Geraldine. Nigdy nie sądził, że dojdzie między nimi do czegoś takiego. Na moment zamknął oczy, próbując zignorować deszcz, który wciąż padał. Mimo tych ułomnych starań, mimo tego że postanowił zawalczyć, ona już się poddała.
Była zmęczona. On także. Oboje nosili ciężar swoich błędów. Mieli to robić do końca życia, wiedząc, że nie było już dla nich żadnych kolejnych szans. Ani teraz, ani za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat, o których mówili wtedy na ganku. Ich wzajemne odpowiedzi tylko pogłębiały przepaść, która ich dzieliła.
Po tej nocy nie mieli być w stanie zbudować żadnych mostów. Przeskoczenie tej odległości nie wchodziło w grę już wcześniej. Teraz upewniali się, że to naprawdę był ich koniec.
- Rina - zaczął miękko, tęsknie, czule, z żalem, ale słowa utknęły mu w gardle.
Nie zrobił tego celowo, ale nawet dla siebie samego zabrzmiał tak, jakby usiłował powiedzieć coś zupełnie innego niż to, co w końcu opuściło jego usta. Zawahał się. W jego głosie pojawiła się ta niezamierzona nuta. Zupełnie tak, jakby naprawdę zamierzał to zrobić. Prosić, błagać o wybaczenie. O jeszcze jedną szansę. O wiarę w to, że jeszcze będzie pięknie. Potrzebował tego jak tlenu.
Przez te wszystkie miesiące, które spędzili osobno, nie przestał jej kochać. To było jasne, nie krył tego przed nią przez tydzień, jaki sobie ofiarowali, ale jeszcze nigdy nie był tak blisko całkowitego pęknięcia. Jedno słowo, potrzebował tylko jednego cichego słowa, jednej sugestii, jednej szansy na to, żeby złapać się nadziei na lepsze jutro. Wspólne jutro.
Zamknął oczy, wstrzymując oddech, jakby w tej chwili mógł zniknąć a potem zmaterializować się na nowo, jakby mógł znów stać się tym człowiekiem, który był przed tym wszystkim. Przecież nie chciał, żeby to było ich zakończenie. Nie w ten sposób. Nie teraz.
Gdy na nowo rozchylił powieki, nic się nie zmieniło. Deszcz nadal łał z nieba a oni wciąż stali na dachu w przejmujących ciemnościach. Siąpiło, nadchodziła jesień przynosząca ze sobą chłód, który przenikał do samej duszy.
- Masz u mnie w gabinecie swój płaszcz - powiedział, nieco zaskoczony, że te słowa w ogóle wyszły z jego ust.
Nie oczekiwał odpowiedzi, ale wewnętrznie pragnął, by chociaż na chwilę spojrzała mu w oczy. Żeby zobaczyła, jak bardzo cierpiał, jak bardzo w dalszym ciągu mu na nich zależało, nawet jeśli wypowiedział te ostatnie słowa, które miały zakończyć ich historię.
Może to była ich ostatnia chwila razem, może rzeczywiście lepiej byłoby, gdyby obawy Riny kiedyś się spełniły, ale w głębi duszy wiedział, że nigdy nie miał zapomnieć o tym wszystkim. Szczególnie nie o tej nocy. Ciężar tego wieczoru miał prześladować go już do samego końca. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci.
Odwrócił wzrok, skupiając się na drzwiach prowadzących w dół na klatkę schodową. Jeśli nie miała już nic do dodania, chyba powinni zejść po jej płaszcz.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down