28.02.2025, 06:48 ✶
Brenna miała rację. Oczywiście, że miała rację i Dora była tego w pełni świadoma, szczególnie kiedy przyjaciółce wtórował cichy, nieśmiały głosik gdzieś w głębi jej głowy. Nie było nic złego w tym, że mówiło się to co się myślało, ale dziewczyna zawsze w jakiś sposób wzbraniała się przed wszystkim, co mogło przynieść innym nieprzyjemności. Nie chciała ranić i czasem szło to w te niewygodne rejony, gdzie zakrawało wręcz na patologiczne tendencje. Jej własne poglądy wypaczały świat dookoła niej i kiedy inni pytali sami siebie, jak była w stanie wciąż być tak uśmiechnięta pomimo tego co jej się stało, odpowiedź wydawała się jej niezmiernie prosta - wypaczała świat dookoła siebie. Patrzyła na niego przez barwne szkiełko, dla własnego bezpieczeństwa i utrapienia innych. W jej spojrzeniu było zbyt dużo łagodności i samozaparcia, które pod koniec dnia mogłoby przynieść o wiele więcej krzywdy niż chciałaby to przyznać. Bo jeszcze - jeszcze - nikomu nie stało się nic poważnego.
Westchnęła ciężko, czując przez chwilę ten zapach bzu z jakąś większą świadomością i czerpiąc z jego uspokajającego działania. Przysiadła obok Brenny, ale palce nerwowo jeździły po skórze drugiej dłoni, szukając jakiegoś punktu zaczepiania, który nie pozwoliłby myślom odbiec zbyt daleko i osadzić się mocniej w rzeczywistości.
- Wiem, że cokolwiek chcemy z nim zrobić, musimy to robić razem - powiedziała cicho. Z jakąś wyjątkową troską zapatrywała się na aktualna sytuacją, może dlatego że tym razem jej zwyczajowy optymizm zostawał gdzieś w tyle, odsuwany przez poczucie winy. Bała się, że to co stało się na zebraniu było rysą, której nie dało się załatać i wypolerować. A co jeśli było to pierwsze pęknięcie, które mogło stanowić o rozłamie? Nie chciała o tym myśleć, ale z drugiej strony nie mogła skoncentrować się na czymś innym na więcej niż dziesięć sekund.
- Wiem. Tak bardzo nie chcę, żeby coś ci się przy tym stało, ale z drugiej strony wiem że jesteś... no jesteś Brenną. Jesteś sobą. Wiem, że zrobisz wszystko i dziękuję ci, tak bardzo. Ale czasem boję się, że muszę to robić na zapas. Dziękować. Że któregoś razu nie będę mogła tego zrobić po wszystkim... - jej głos opadł, ściszając się niemal do szeptu, jakby samo wypowiedzenie tego na głos było trochę straszne.
Westchnęła ciężko, czując przez chwilę ten zapach bzu z jakąś większą świadomością i czerpiąc z jego uspokajającego działania. Przysiadła obok Brenny, ale palce nerwowo jeździły po skórze drugiej dłoni, szukając jakiegoś punktu zaczepiania, który nie pozwoliłby myślom odbiec zbyt daleko i osadzić się mocniej w rzeczywistości.
- Wiem, że cokolwiek chcemy z nim zrobić, musimy to robić razem - powiedziała cicho. Z jakąś wyjątkową troską zapatrywała się na aktualna sytuacją, może dlatego że tym razem jej zwyczajowy optymizm zostawał gdzieś w tyle, odsuwany przez poczucie winy. Bała się, że to co stało się na zebraniu było rysą, której nie dało się załatać i wypolerować. A co jeśli było to pierwsze pęknięcie, które mogło stanowić o rozłamie? Nie chciała o tym myśleć, ale z drugiej strony nie mogła skoncentrować się na czymś innym na więcej niż dziesięć sekund.
- Wiem. Tak bardzo nie chcę, żeby coś ci się przy tym stało, ale z drugiej strony wiem że jesteś... no jesteś Brenną. Jesteś sobą. Wiem, że zrobisz wszystko i dziękuję ci, tak bardzo. Ale czasem boję się, że muszę to robić na zapas. Dziękować. Że któregoś razu nie będę mogła tego zrobić po wszystkim... - jej głos opadł, ściszając się niemal do szeptu, jakby samo wypowiedzenie tego na głos było trochę straszne.
The woods are lovely, dark and deep,
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.