Tylko ze Flynn rozsypał się w drobny mak. Raz? Dwa? Pięćdziesiąt? Nie wiedział, ile razy przyszło spotkać się temu Potworowi ze Śmiercią, która nadeszła z potencjalnie najbardziej niespodziewanego kierunku - rąk własnych. Posklejany raz za razem, zamiast złotem to czarną mazią wypływającą spomiędzy złamań. Piękno - ponieważ mimo roztrzaskania raz za razem stanowił jedną całość. Jego byłe mankamenty miłosne stanowiły artystów jego ciała - oto była ona. Sztuka. Wyrysowana czerwoną linią na jego ciele, przytrzymana świeżym bandażem pachnącym arniką górską. Nie miał wątpliwości, że to była ona - rozpoznałby ją i przez sen. I być może to był sen. Wyjątkowo niemiły, z którego chcesz się obudzić, myśleć o powrocie do domu, gdzie znowu będzie ten gbur w postaci Szczura wypuszczonego z kanałów Londynu.
Słodka była ta odpowiedź - poważna na mało poważne słowa. Potrafił sobie wyobrazić chowającego się Flynna, ale po tym zdaniu potrafił sobie też wyobrazić, jak bardzo ma na to wyjebane. Z premedytacją leży na tym łóżku, kiedy nad jego głową toczy się burza. Nie uśmiechnął się jednak bardziej - kiedy chcesz, żeby ktoś był szczęśliwy... na ile poświęceń i wyrzeczeń jest się gotowym? Być może czas pokaże, że wcale nie byli w stanie się zgrać. Że tak się różnili pod kątem swojego sposobu życia i pomysłu na nie, że nigdy nie będą w stanie tego ze sobą pogodzić. Laurent wcale nie był gotowy zrezygnować z rodziny. Flynn nie był gotowy na bycie grzecznym chłopcem. Laurent nie mógł przestawić się na nocne życie, Flynn nie mógł stać się rannym ptaszkiem. Szereg różnic była soczystą ciekawością, ale nie była łatwym podkładem do bajkowych "i żyli długo i szczęśliwie".
Skoro chcesz, żebym był szczęśliwy, dlaczego mnie unieszczęśliwiasz?
- Nie wybaczyć ci cierpienia... byłbym wtedy bardzo okrutnym człowiekiem. - Ułożył się bardzo chętnie z powrotem na nim, naciskając palcami to na przedramię, to na skórę na jego żebrach, to na ramię. Lubił czuć tę siłę pod palcami. Gorącą, czystą siłę zdolną do tytaniczego wysiłku. Lubił psy, ale kochał jarczuki. Lubił koty, ale kochał tygrysy. Lubił konie, ale kochał abraksany. To, co miało siłę zdolną rozrywać ludzi. Naturę, która potrafiła pazurami i kłami rozrywać mięso i gruchotać kości. Wszystko to, czego się brzydził i co sprawiało, że żołądek mu się przewracał do góry nogami, a potem wymiotował od brutalnych widoków. O dziwo - do tego można się było przyzwyczaić. Stać się nieczułym, albo przynajmniej zahartowanym. Czy jedno nie oznaczało drugiego? Aż w końcu można było drżeć w ekscytacji pod tą siłą i opierać się na niej jak rycerz opierał na tarczy swoje ramiona. Te ręce sprawiały, że czuł się bezpiecznie. - Mówienie o takich rzeczach nie jest proste. Słuchanie o nich również proste nie jest. - Przecież nie mógłbym być z kimś, komu nie można zaufać. To zdanie, niedopowiedziane, wydawało się takie oczywiste. - Nie można kochać tylko za część cech i udawać, że innych nie ma. Trudne chwile zawsze się pojawiają. Miłość mierzona jest nie tymi dobrymi chwilami, ale tym, czy te złe razem da się przezwyciężyć. - Może już plótł od rzeczy - miał napuchnięty mózg prawie tak jak oczy od płaczu. Parował od ciepła ciała Flynna. Już bardziej mruczał niż mówił. Albo mówił z całkowitym sensem - przekonany, że tak właśnie jest. Jeśli te złe chwile likwidowały poczucie tych dobrych - ta miłość była nic nie warta. - Jaka cukierniczka?