31.01.2023, 19:53 ✶
Zapewne pochwaliłaby podejście Lewej Ręki Czarnego Pana, było w końcu niezwykle kompetentne i racjonalne, gdyby tylko nie jeden mały szczegół. To ona tym razem robiła za narzędzie, a to jej się ani trochę nie uśmiechało. Była kobietą dumną, pochodzącej ze szlachetnego czystokrwistego rodu, węzłem małżeńskim zaś związała się z kolejnym, nie mniej szanowanym, dlatego też miała o sobie dość wysokie mniemanie i nie lubiła, gdy ktoś patrzył na nią z góry. Dlatego też nie zamierzała ot, tak dawać sobą pomiatać. Inaczej została wychowana. Inaczej żyła.
- Powinieneś wiedzieć, że nie na wszystkich działają te same metody i czasem trzeba zmienić swoje podejście - skwitowała, wcześniej posyłając kolejne zimne spojrzenie, tym razem Saurielowi. Nie widziała twarzy, ale jego głos i sposób wysławiania się od razu przywołał w jej głowie obraz dzieciaka. Niebezpiecznego, patrząc na noszoną przez niego maskę, ale dzieciaka. Był to jednak tylko jej domysł, który zachowała dla siebie, bo nie wiele mogła potwierdzić, nie widząc rysów twarzy danego osobnika.
Szczątkowe informacje, które dostała co do tego, czym będzie się zajmować, widać musiały jej wystarczyć. Miała już swoje podejrzenia, co miało się wydarzyć, mogła jednak się grubo pomylić, dlatego wolała zabrać szerszy asortyment. Tak w jej torbie zaczęły lądować eliksiry uzupełniające krew, Szkiele-Szro oraz esencję dyptamu. Zaczęła upychać bandaże, szczypce, igły i nici do szycia. Zawahała się, zgarnęła jednak jeszcze Eliksir Wiggenowy i uspokajający, tak na wszelki wypadek. Słowa, które mogłyby ujść za obraźliwe, tym razem zignorowała, woląc się skupić na zadaniu, niż wdawać się w kolejną potyczkę. Choć jej ręką lekko zawahała się, gdy muskała Eliksir Słodkiego Snu. Cóż, na pewno skutecznie uciszyłby pewną osobę. Ostatecznie nie skończył on jednak w i tak już wypchanej po brzegi torbie lekarskiej.
Była niemal gotowa do drogi, gdy tylko wysłała sowę z zaadresowaną do domu wiadomością, drugi jednak z zamaskowanych sprzymierzeńców postanowił też spróbować wytracić ją z równowagi. Przeszywający zimnem błysk w jej oku skierował się na Rookwooda, który powoli się oddalał.
- Nie pozwalaj sobie - odezwała się szorstko, czując, że następne kilkanaście godzin może okazać się ciężkich. Będzie musiała się w końcu hamować przed dokonaniem zbrodni, której mogła w końcu żałować.
Zarzuciła na siebie szybko czarną, prostą szatę, zgarnęła różdżkę, jasno pokazując, że bez niej się nie rusza, nie chcąc pozostać więcej bezbronna, po czym całkiem grzecznie na polecenie Mulcibera dotknęła świstoklika.
Po przybyciu odłożyła swoją torbę na stolik, ciesząc się samotnością, która zapewniła jej dwójka, opuszczająca na jakiś czas budynek. W tym czasie zaczęła zaś szukać czegoś zdatnego do picia. W końcu miała się rozgościć.
- Powinieneś wiedzieć, że nie na wszystkich działają te same metody i czasem trzeba zmienić swoje podejście - skwitowała, wcześniej posyłając kolejne zimne spojrzenie, tym razem Saurielowi. Nie widziała twarzy, ale jego głos i sposób wysławiania się od razu przywołał w jej głowie obraz dzieciaka. Niebezpiecznego, patrząc na noszoną przez niego maskę, ale dzieciaka. Był to jednak tylko jej domysł, który zachowała dla siebie, bo nie wiele mogła potwierdzić, nie widząc rysów twarzy danego osobnika.
Szczątkowe informacje, które dostała co do tego, czym będzie się zajmować, widać musiały jej wystarczyć. Miała już swoje podejrzenia, co miało się wydarzyć, mogła jednak się grubo pomylić, dlatego wolała zabrać szerszy asortyment. Tak w jej torbie zaczęły lądować eliksiry uzupełniające krew, Szkiele-Szro oraz esencję dyptamu. Zaczęła upychać bandaże, szczypce, igły i nici do szycia. Zawahała się, zgarnęła jednak jeszcze Eliksir Wiggenowy i uspokajający, tak na wszelki wypadek. Słowa, które mogłyby ujść za obraźliwe, tym razem zignorowała, woląc się skupić na zadaniu, niż wdawać się w kolejną potyczkę. Choć jej ręką lekko zawahała się, gdy muskała Eliksir Słodkiego Snu. Cóż, na pewno skutecznie uciszyłby pewną osobę. Ostatecznie nie skończył on jednak w i tak już wypchanej po brzegi torbie lekarskiej.
Była niemal gotowa do drogi, gdy tylko wysłała sowę z zaadresowaną do domu wiadomością, drugi jednak z zamaskowanych sprzymierzeńców postanowił też spróbować wytracić ją z równowagi. Przeszywający zimnem błysk w jej oku skierował się na Rookwooda, który powoli się oddalał.
- Nie pozwalaj sobie - odezwała się szorstko, czując, że następne kilkanaście godzin może okazać się ciężkich. Będzie musiała się w końcu hamować przed dokonaniem zbrodni, której mogła w końcu żałować.
Zarzuciła na siebie szybko czarną, prostą szatę, zgarnęła różdżkę, jasno pokazując, że bez niej się nie rusza, nie chcąc pozostać więcej bezbronna, po czym całkiem grzecznie na polecenie Mulcibera dotknęła świstoklika.
Po przybyciu odłożyła swoją torbę na stolik, ciesząc się samotnością, która zapewniła jej dwójka, opuszczająca na jakiś czas budynek. W tym czasie zaczęła zaś szukać czegoś zdatnego do picia. W końcu miała się rozgościć.
Koniec sesji