01.03.2025, 15:00 ✶
Hmm. Byłem przekonany, że to znowu sprawka Śmierciożerców. Warto zauważyć, że ostatnio nie dokończyli swojej roboty. Teoretycznie. Obstawiałem, że oni nie ostrzegają. Że po prostu ucinają łeb jako przykład, a tu...? Zaskoczenie. Cisza.
Z ich strony, czy może to Laurent milczał? A tak naprawdę miał okazję uniknąć śmierci nie raz, nie dwa.
Zmierzyłem go długim spojrzeniem. Wiedziałem, że nie mówi mi wszystkiego. Większość informacji otrzymywałem od innych, a on sam przekazywał mi jedynie to, co uznawał za stosowne. Dlatego doceniłem, że tym razem dostałem od niego list niezwłocznie po incydencie. To był gest. Jakiś postęp.
Ale Śmierciożercy... Cisza. Czy to była cisza przed burzą? A może obawiali się zemsty Prewettów? Może Oka? Niewykluczone, że Lord Voldemort był mi kiedyś znany. A może po prostu pragnął, choć trochę, dorosnąć mi do pięt. Niełatwo jest budować respekt, kiedy zbyt wielu ludzi traktujesz jak śmierci. Półkrwi i mugolacy zaczynali być coraz bardziej aktywni. Nie mogłem powiedzieć, żebym był tego zwolennikiem. Czysta krew ponad wszystko. Ale ataki na sabatach? Publiczne jatki? Nie. Były granice. Granice, które należało szanować, jeżeli chciało się być kimś więcej niż ulicznym bandytą. Sabaty były świętością.
- Dante - powtórzyłem powoli po Laurencie, z prawdziwym zaskoczeniem.
Nie wiedziałem, co dziwiło mnie bardziej - to, że Dante brał w tym udział, czy to, jak spokojnie Laurent o tym mówił. Robił postępy. Czuł się w końcu częścią prewettowskiej potęgi? Czy to była tylko gra, szopka odgrywana dla mojego uznania?
- Świetnie, wiemy kto. - przesunąłem spojrzeniem po swoich dłoniach, zaciskając i rozprostowując palce. - Masz plan odwetu?
Co ten jebany wąż z Nokturnu sobie myślał? Że może sięgnąć po mojego syna?
Gdybym chciał, żeby Laurent zniżał się do poziomu ulicznych opryszków, inaczej pokierowałbym jego wychowaniem.
- Czy mam się tym zająć osobiście? - dodałem po chwili, powracając wzrokiem do syna.
Podobał mi się w tej wersji. Był tajemniczy. Z odpowiednią dozą odwagi i kroplą bezwzględności mógłbym wprowadzić go do Oka. Może nawet jako mojego zastępcę.
Winston radził sobie znakomicie, ale obaj wiedzieliśmy jedno.
Nikt nie żyje wiecznie.
Z ich strony, czy może to Laurent milczał? A tak naprawdę miał okazję uniknąć śmierci nie raz, nie dwa.
Zmierzyłem go długim spojrzeniem. Wiedziałem, że nie mówi mi wszystkiego. Większość informacji otrzymywałem od innych, a on sam przekazywał mi jedynie to, co uznawał za stosowne. Dlatego doceniłem, że tym razem dostałem od niego list niezwłocznie po incydencie. To był gest. Jakiś postęp.
Ale Śmierciożercy... Cisza. Czy to była cisza przed burzą? A może obawiali się zemsty Prewettów? Może Oka? Niewykluczone, że Lord Voldemort był mi kiedyś znany. A może po prostu pragnął, choć trochę, dorosnąć mi do pięt. Niełatwo jest budować respekt, kiedy zbyt wielu ludzi traktujesz jak śmierci. Półkrwi i mugolacy zaczynali być coraz bardziej aktywni. Nie mogłem powiedzieć, żebym był tego zwolennikiem. Czysta krew ponad wszystko. Ale ataki na sabatach? Publiczne jatki? Nie. Były granice. Granice, które należało szanować, jeżeli chciało się być kimś więcej niż ulicznym bandytą. Sabaty były świętością.
- Dante - powtórzyłem powoli po Laurencie, z prawdziwym zaskoczeniem.
Nie wiedziałem, co dziwiło mnie bardziej - to, że Dante brał w tym udział, czy to, jak spokojnie Laurent o tym mówił. Robił postępy. Czuł się w końcu częścią prewettowskiej potęgi? Czy to była tylko gra, szopka odgrywana dla mojego uznania?
- Świetnie, wiemy kto. - przesunąłem spojrzeniem po swoich dłoniach, zaciskając i rozprostowując palce. - Masz plan odwetu?
Co ten jebany wąż z Nokturnu sobie myślał? Że może sięgnąć po mojego syna?
Gdybym chciał, żeby Laurent zniżał się do poziomu ulicznych opryszków, inaczej pokierowałbym jego wychowaniem.
- Czy mam się tym zająć osobiście? - dodałem po chwili, powracając wzrokiem do syna.
Podobał mi się w tej wersji. Był tajemniczy. Z odpowiednią dozą odwagi i kroplą bezwzględności mógłbym wprowadzić go do Oka. Może nawet jako mojego zastępcę.
Winston radził sobie znakomicie, ale obaj wiedzieliśmy jedno.
Nikt nie żyje wiecznie.