01.03.2025, 16:17 ✶
Zdawałem sobie sprawę, że być może ta potyczka została przeze mnie wygrana, ale czułem w kościach, że to z pewnością nie koniec. Wręcz przeciwnie, byłem pewien, że prędzej czy później spróbuje mnie użreć, gdy tylko stracę czujność i obrócę się do niej plecami. Zdecydowanie zbyt wiele razy miałem do czynienia z jej typem. Nie grała fair, ale zresztą, ja też nie zamierzałem być dżentelmenem. Czułem, że spróbuje zaatakować mnie z zaskoczenia - byłem na to gotowy. Nie osiadałem na laurach.
Mimo to czułem pewną satysfakcję z tego, że wygrałem. Pokonałem ją. Czułem, jak z trudem łapie oddech, nie z wyczerpania - z gniewu. Jej wściekłość i frustracja były dla mnie niemal namacalne.
Przygniótłszy nogą w ciężkim bucie jej przedramię, nie czekałem na to, aż uderzy wolną ręką o podłogę, aby zasygnalizować poddanie się. Nie było mi to potrzebne. Jej twarz, pełna gniewu i frustracji, mówiła wszystko. Puściłem nacisk, nie czując potrzeby, aby dłużej trzymać ją w tej sytuacji, mimo tego, że wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Czułem to w kościach. Wciąż była w zasięgu mojego wzroku - miałem pełną świadomość, że mogła znów próbować zaatakować, gdy tylko poczułaby się na siłach.
Blond małpa Ambroise'a nie wyglądała na osobę, która potrafiłaby odpuścić. Była zbyt dumna, by przyznać, że przegrała. Jej spojrzenie pełne nienawiści mówiło mi wszystko. W mojej piersi zatliła się mała iskra satysfakcji.
Uśmiechnąłem się do towarzystwa, a potem spojrzałem jeszcze raz na Geraldine. Wiedziałem, że nie ma sensu przedłużać tej chwili. Odsunąłem się, pozwalając jej na chwilę odpoczynku. Wiedziałem, że nie powinna być w stanie wstać, ale nie zamierzałem jej lekceważyć. Zbyt dobrze znałem ten charakter - dobrze wiedziałem, że za chwilę może znów się podnieść, gotowa na kolejne starcie. Nie byliśmy kwita, nie mieliśmy być przyjaciółmi.
„Pierdol się!”, które wydobyło się z jej ust, było dostatecznie wymowne, aby nie pozostawić mi żadnych wątpliwości co do jej uczuć. Parsknąłem z pogardą, bo nie miałem zamiaru być łaskawy. Właściwie, to nawet się uśmiechnąłem. Obraz jej matki, z tą nadęta miną, pojawił się w mojej głowie - nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, ani tego, co opuściło moje usta.
- S chęsią będę się bawiś z twoją madką. - Odpowiedziałem, zniżając głos, by wzmocnić wydźwięk moich słów, i patrząc jej prosto w oczy. Wiedziałem, że to był cios poniżej pasa, niska zagrywka, ale w takiej chwili nie mogłem się powstrzymać. Nie chodziło tylko o fizyczną przewagę - to była kwestia psychologii i strategii. Byłem pewny, że znowu spróbuje mnie zaatakować, gdy tylko uzna, że mam chwilę słabości, więc musiałem pokazać, że nie boję się tego jej spojrzenia i że nie zamierzam być potencjalną, przyszłą ofiarą. Dla mnie nie istniało coś takiego jak przegrana. Geraldine mogła być zła, mogła chcieć się zemścić, ale dzisiaj to ja miałem przewagę.
Spojrzałem na resztę towarzystwa, które zgromadziło się w korytarzu.
- Co z tą whisky? - Zapytałem, łapiąc ich wzrok.
Mimo to czułem pewną satysfakcję z tego, że wygrałem. Pokonałem ją. Czułem, jak z trudem łapie oddech, nie z wyczerpania - z gniewu. Jej wściekłość i frustracja były dla mnie niemal namacalne.
Przygniótłszy nogą w ciężkim bucie jej przedramię, nie czekałem na to, aż uderzy wolną ręką o podłogę, aby zasygnalizować poddanie się. Nie było mi to potrzebne. Jej twarz, pełna gniewu i frustracji, mówiła wszystko. Puściłem nacisk, nie czując potrzeby, aby dłużej trzymać ją w tej sytuacji, mimo tego, że wiedziałem, że to jeszcze nie koniec. Czułem to w kościach. Wciąż była w zasięgu mojego wzroku - miałem pełną świadomość, że mogła znów próbować zaatakować, gdy tylko poczułaby się na siłach.
Blond małpa Ambroise'a nie wyglądała na osobę, która potrafiłaby odpuścić. Była zbyt dumna, by przyznać, że przegrała. Jej spojrzenie pełne nienawiści mówiło mi wszystko. W mojej piersi zatliła się mała iskra satysfakcji.
Uśmiechnąłem się do towarzystwa, a potem spojrzałem jeszcze raz na Geraldine. Wiedziałem, że nie ma sensu przedłużać tej chwili. Odsunąłem się, pozwalając jej na chwilę odpoczynku. Wiedziałem, że nie powinna być w stanie wstać, ale nie zamierzałem jej lekceważyć. Zbyt dobrze znałem ten charakter - dobrze wiedziałem, że za chwilę może znów się podnieść, gotowa na kolejne starcie. Nie byliśmy kwita, nie mieliśmy być przyjaciółmi.
„Pierdol się!”, które wydobyło się z jej ust, było dostatecznie wymowne, aby nie pozostawić mi żadnych wątpliwości co do jej uczuć. Parsknąłem z pogardą, bo nie miałem zamiaru być łaskawy. Właściwie, to nawet się uśmiechnąłem. Obraz jej matki, z tą nadęta miną, pojawił się w mojej głowie - nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu, ani tego, co opuściło moje usta.
- S chęsią będę się bawiś z twoją madką. - Odpowiedziałem, zniżając głos, by wzmocnić wydźwięk moich słów, i patrząc jej prosto w oczy. Wiedziałem, że to był cios poniżej pasa, niska zagrywka, ale w takiej chwili nie mogłem się powstrzymać. Nie chodziło tylko o fizyczną przewagę - to była kwestia psychologii i strategii. Byłem pewny, że znowu spróbuje mnie zaatakować, gdy tylko uzna, że mam chwilę słabości, więc musiałem pokazać, że nie boję się tego jej spojrzenia i że nie zamierzam być potencjalną, przyszłą ofiarą. Dla mnie nie istniało coś takiego jak przegrana. Geraldine mogła być zła, mogła chcieć się zemścić, ale dzisiaj to ja miałem przewagę.
Spojrzałem na resztę towarzystwa, które zgromadziło się w korytarzu.
- Co z tą whisky? - Zapytałem, łapiąc ich wzrok.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)