Kiedyś potrafiła się w jakikolwiek sposób powstrzymywać, aktualnie? Zupełnie nad sobą nie panowała, nie hamowała się wcale. Zapewne wynikało to z tego, że nie sądziła, że cokolwiek może jeszcze zdziałać, że jest jakakolwiek nadzieja, więc mogła sobie pozwolić na wszystko. Nawet na te chamskie i bardzo niskie zagrywki. Całkiem szczere, czyż nie, bo przecież zrobili sobie noc prawdy, więc czemu miałaby się powstrzymywać.
Nie spodziewała się, że ten wieczór potoczy się w taki sposób. Miała tu przyjść na chwilę, upewnić się, że Ambroise nadal wie kim jest, a później stąd wyjść, aby mu za bardzo nie przeszkadzać. Nie miała w zwyczaju nawiedzać go w pracy, zawracać mu czasy, kiedy wykonywał swoje zawodowe obowiązki. Nie uważała, żeby było to słuszne, bo wiadomo, każdy miał jakąś pracę jedni mniej inni dużo bardziej absorbującą. Ta jego wydawała się być dużo bardziej odpowiedzialna od tego, czym ona się zajmowała. Zazwyczaj podchodziła do tego z odpowiednim szacunkiem, zdawała sobie sprawę, że powinien mieć czystą głowę, bo w końcu to on mógł uratować czyjeś życie, nie powinna go wkurwiać w tym miejscu. Dzisiaj jednak jakoś nie specjalnie się tym przejmowała.
- Będę korzystać z takiej nomenklatury na jaką mam ochotę. - Zmarszczyła nos i wpatrywała się przez niego dłuższą chwilę. Jeszcze tego brakowało, żeby w tym względzie spełniała jego życzenia, dobre sobie. Mógł dostrzec, że oczy jej błyszczały, bardzo intensywnie, tęczówki również nieco się przyciemniły - była wkurwiona.
Nie zakładała, że doprowadzą dzisiaj do kolejnej kłótni, nie sądziła, że przyjdzie im się tej nocy ze sobą żegnać, i że to pożegnanie będzie takie drastyczne i połączone z rzucaniem w siebie pomyjami. Ostatnio ciągle się zaskakiwali.
- Nie było mnie, bo nie chciałeś mnie obok siebie. - Mruknęła cicho i chłodno. Nie zdawał sobie sprawy, jak kurewsko tego żałowała, że go wtedy nie szukała, że nie postanowiła się z nim skonfrontować, że sobie odpuściła. Tym bardziej po tym wszystkim, czego się dowiedziała w ostatnim tygodniu. Otworzyły się jej oczy, przynajmniej po części.
- Sam do tego wszystkiego doprowadziłeś, na własne życzenie, ale nie ma sensu do tego wracać prawda, ciągle twierdzisz, że to była właściwa decyzja, że tak trzeba było zrobić. - To też udało im się już ustalić. Nie było po co do tego wracać, miał swoje powody, które jej nie dotyczyły, znaczy właśnie jej dotyczyły, tyle, że nie mogła się na ten temat wypowiedzieć, bo on podjął tę decyzję sam. Pojebana sprawa.
Nie powinna mieć żalu o to, że trzymał to przed nią w tajemnicy, bardziej bolało ją to, że dowiedziała się o tym zupełnym przypadkiem i to od osoby trzeciej. Nie tak powinno być. Jasne, nie do końca umiała sobie aktualnie zwizualizować kiedy miałby się z nią tym podzielić, ale przecież tyle słów między nimi padło w tym tygodniu, że pewnie nadarzyłaby się ku temu okazja. Zresztą nadal chyba do końca nie przetrawiła tej informacji, jak bowiem mogłaby się pogodzić z tym, że ktoś kto był miłością jej życia postanowił odejść z tego świata. To było naprawdę wiele, a aktualnie działo się w jej życiu dosyć sporo, więc póki co nie miała zamiaru do tego wracać, jakoś tak wyszło jednak, że kiedy przestała nad sobą panować, to to wyciągnęła. Standard, w nerwach zupełnie nie miała wpływu na to, co padało z jej ust.
Prychnęła, gdy z jego ust padło jej ulubione słowo. Oczywiście, musiał jeszcze bardziej ją podkurwiać, na pewno zrobił to z premedytacją, bo wiedział, wiedział jak na nią ono działało. Znał Geraldine jak nikt inny.
- Taki już jestem... Jasne, prosta sprawa, więc sobie bądź, tylko później bierz odpowiedzialność za swoje czyny, Ciebie też to dotknie, nie wiem, jak później spojrzysz w lustro. - Nie powinna była tego mówić, ale miała świadomość, że on też chciał tego samego co ona, tylko zafiksował się na punkcie tego, że nie mogli po to sięgnąć. Teraz, przed nią próbował udowadniać jej, że to miało sens, ale co będzie później? Nie sądziła, że łatwo będzie mu się z tym pogodzić, na pewno stanie się wręcz przeciwnie.
Sięgali po coraz niższe zagrywki, wiedziała o tym. Nie miała pojęcia dlaczego tak bardzo zależało jej na tym, żeby sprawić mu ból poprzez te słowa, które padały z jej ust. Być może wydawało jej się, że dzięki temu się obudzi, że coś do niego dotrze? Tyle, że już przecież próbowała tej drogi i ona też niczego im nie dała. Widać była bardzo zagubiona w tym, co się między nimi działo, naprawdę starała się korzystać ze wszystkich możliwych metod, ale one nie pomagały. Wręcz przeciwnie, chyba ich wspólny dół robił się coraz głębszy, czuła, że łatwo się z niego nie wydostaną. Przecież jej na nim zależało, najbardziej na świecie, dlaczego więc tak łatwo przychodziło Yaxleyównie wypluwanie tego wszystkiego? Nie miała pojęcia. To nie był dla niej dobry czas, ale nie powinna się była na nim wyżywać, na wszystkich innych jak najbardziej, ale nie na nim.
- Najwyraźniej niczego nie wiem, ciągle próbujesz mi to przecież udowodnić. - Niby wiedziała, niby miała tego świadomość, ale aktualnie nie do końca mogła sobie ufać, mogła coś nadinterpretować, albo źle zrozumieć, nie zdawała sobie przecież sprawy na czym stali. Jej domysły do tego doprowadzały. Wszystko byłoby dużo prostsze, gdyby od samego początku byli ze sobą zupełnie szczerzy. Słowa świadczyły o jednym, gesty o czymś innym, a było między nimi jeszcze ta nienaturalna więź i przywiązanie, które również wszystko komplikowały.