01.03.2025, 21:45 ✶
Anthony był niebywałym hipokrytą, ale też świetnie zdawał sobie sprawę z tego faktu. Namawiał do buntu. Korcił do odcięcia pępowiny, ale w ostatecznym rozrachunku sam jak po sznurku podążył ścieżką wyznaczoną przez starego ojca. Oczywiście nie był aż tak zależny, wręcz przeciwnie, w wieku dwudziestu lat uniezależnił się finansowo od zasobów ambasadorskich, co nie zmieniło faktu, że dalej to była droga polityka, a nie obieżyświata, archeologa, badacza - tak jak odwinęło staremu Shafiqowi zarówno starsze jak i młodsze dziecko.
Z drugiej strony odkąd rodzice naznaczyli go stygmatem "gorszego" syna, swoistego "zapasu" dla lśniącego na firmamencie Thomasa, musiał, po prostu musiał coś udowodnić. Im, sobie, światu...
On budził się Ikarem.
On chciał wzlecieć ku niebu wyżej niż komukolwiek się udało.
On już jakiś czas temu odłożył skrzydła zalepione woskiem w kąt i raczył się winem rozpasany samym faktem, że osiągnął w życiu więcej niż Michael. Niż jego rodzeństwo razem wzięte. On jak nikt wiedział, jak niebezpieczna jest ambicja.
– Cóż... ambicja to zamrożone pragnienie. Niszczycielska siła, ale i błąd młodości. – przeszedł nieoczekiwanie na angielski, uśmiechając się do Icarusa łagodnie. – Każdy powinien się w niej rozsmakować, jak w winie, tylko po to by odkryć samemu na własnej skórze, że to pułapka. Że nie ma celu. Jest tylko droga. Synteza, o której wspominamy. Niemożliwa do osiągnięcia w czystym teoretyzowaniu. Tylko doświadczenie pozwala przeformułować siłę, energię w nas, tą niszczycielską, która mogłaby nas spalić, w tę twórczą, która pozwala wzrastać bez szkody, a z pożytkiem dla wielu. – Umilkł w zamyśleniu. Myślał o młodym rozmówcy, który tak mocno pozostawał po wpływem ojca, że sama myśl o odłączeniu się od starego Prewetta napełniała go grzeszną trwogą. Myślał też o sobie, o tym, że on nie osiągnął syntezy, a raczej bunt, ostentacyjnie nierobienie, bardzo smutne w gruncie rzeczy, dla potencjału, który w sobie nosił. Myślał o w końcu o tym, że już wystarczająco napytał biedy młodemu naukowcowi ze swoim zaproszeniem, z niezobowiązującą pogawędką, która teraz sprawiała, że ten miast płonąć ogniem własnej pasji, jąkał się i uciekał wzrokiem.
Dlatego też odpuścił. Dlatego zmienił nagle ton, a stalowe oczy zalśniły ciekawością i zamiast drążyć i przyciskać go do marmuru, zamiast zasypywać retoryką, zamiast wcisnąć mu w gardło jabłko poznania dobra i zła...
– A powiedz mi proszę, bo umknęło mi to dzisiaj podczas Twojego wystąpienia. Które źródła potwierdzają kontakty Merlina ze spadkobiercami imperialnej magii? Kojarzę tylko anglosaskie pisma, ale jestem nader ciekaw tych z półwyspu apenińskiego. Nigdy nie miałem do nich dostępu – zaproponował miękko najwygodniejszy z możliwych tematów, licząc że młokos wypłynie na szerokie wody własnych dygresji. Miał miły głos i ogromną wiedzę. Niczego więcej nie potrzebował od niego, niż żeby był prawdziwie sobą. Zwłaszcza teraz, gdy Dedalus Prewett starał się obecnie nie wywalić się z krzesła.
Z drugiej strony odkąd rodzice naznaczyli go stygmatem "gorszego" syna, swoistego "zapasu" dla lśniącego na firmamencie Thomasa, musiał, po prostu musiał coś udowodnić. Im, sobie, światu...
On budził się Ikarem.
On chciał wzlecieć ku niebu wyżej niż komukolwiek się udało.
On już jakiś czas temu odłożył skrzydła zalepione woskiem w kąt i raczył się winem rozpasany samym faktem, że osiągnął w życiu więcej niż Michael. Niż jego rodzeństwo razem wzięte. On jak nikt wiedział, jak niebezpieczna jest ambicja.
– Cóż... ambicja to zamrożone pragnienie. Niszczycielska siła, ale i błąd młodości. – przeszedł nieoczekiwanie na angielski, uśmiechając się do Icarusa łagodnie. – Każdy powinien się w niej rozsmakować, jak w winie, tylko po to by odkryć samemu na własnej skórze, że to pułapka. Że nie ma celu. Jest tylko droga. Synteza, o której wspominamy. Niemożliwa do osiągnięcia w czystym teoretyzowaniu. Tylko doświadczenie pozwala przeformułować siłę, energię w nas, tą niszczycielską, która mogłaby nas spalić, w tę twórczą, która pozwala wzrastać bez szkody, a z pożytkiem dla wielu. – Umilkł w zamyśleniu. Myślał o młodym rozmówcy, który tak mocno pozostawał po wpływem ojca, że sama myśl o odłączeniu się od starego Prewetta napełniała go grzeszną trwogą. Myślał też o sobie, o tym, że on nie osiągnął syntezy, a raczej bunt, ostentacyjnie nierobienie, bardzo smutne w gruncie rzeczy, dla potencjału, który w sobie nosił. Myślał o w końcu o tym, że już wystarczająco napytał biedy młodemu naukowcowi ze swoim zaproszeniem, z niezobowiązującą pogawędką, która teraz sprawiała, że ten miast płonąć ogniem własnej pasji, jąkał się i uciekał wzrokiem.
Dlatego też odpuścił. Dlatego zmienił nagle ton, a stalowe oczy zalśniły ciekawością i zamiast drążyć i przyciskać go do marmuru, zamiast zasypywać retoryką, zamiast wcisnąć mu w gardło jabłko poznania dobra i zła...
– A powiedz mi proszę, bo umknęło mi to dzisiaj podczas Twojego wystąpienia. Które źródła potwierdzają kontakty Merlina ze spadkobiercami imperialnej magii? Kojarzę tylko anglosaskie pisma, ale jestem nader ciekaw tych z półwyspu apenińskiego. Nigdy nie miałem do nich dostępu – zaproponował miękko najwygodniejszy z możliwych tematów, licząc że młokos wypłynie na szerokie wody własnych dygresji. Miał miły głos i ogromną wiedzę. Niczego więcej nie potrzebował od niego, niż żeby był prawdziwie sobą. Zwłaszcza teraz, gdy Dedalus Prewett starał się obecnie nie wywalić się z krzesła.