31.01.2023, 20:59 ✶
Fergus jeszcze nie wiedział, że leżenie w tym szpitalnym łóżku po kilku dniach stanie się jego największym koszmarem. Zmorą godną samego bogina, wyzierającego z szafy pod postacią nudy. Nie sądził, że za jakiś czas stwierdzi, że ludzie przychodzący do niego, by dać mu reprymendę albo dowiedzieć się o stanie jego zdrowia będą najbardziej pożądaną przez niego rozrywką. I że będzie tęsknił choćby za Norą, która pochłonięta przygotowaniami do Beltane nie będzie miała dla niego więcej czasu.
- Tak samo uznał, że się narażam bez powodu, stąd taka myśl – wyjaśnił, wyraźnie niepocieszony jej wybuchem, mimo że przecież ufał jej na tyle, że wiedział, iż nie popędziłaby od razu do jego rodziców. Co najwyżej do siostry, ale wątpił, by ta w ogóle wiedziała, że Fergus leżał teraz w szpitalu.
- Nawet nie wiesz, ile jeszcze sposobów na oczarowanie mam w zanadrzu – zażartował, mrugając do niej. Chociaż wciąż obawiał się reprymendy z jej strony, która – w przeciwieństwie do słów ojca – wyjątkowo by go dotknęła, to jednak humor mu dopisywał. Tak po prostu przez to, że przyszła tutaj w tym swoim różowym płaszczu z kartonem pączków w rękach, myśląc o nim i martwiąc się z jego powodu. Nie chciał być dla niej problemem, ale sam fakt, jak dobrą była przyjaciółką, go pocieszał.
- Jeśli napisała coś podobnego mojemu ojcu, nie dziwię się, że przyszedł tu dziś rano z wrzaskiem, że powinienem siedzieć w pracy – mruknął, znów jakby kurcząc się w sobie na wspomnienie awantury spowodowanej wymianą słów między starym Ollivanderem, a Elliottem Malfoyem. Norę ominęła całkiem niezła dyskusja, podczas której Fergus pragnął zapaść się pod ziemię.
- Nie masz czym się martwić, wrócę do siebie – uspokoił ją, znów poprawiając się na łóżku, by zająć nieco wygodniejszą pozycję. Sięgnęła po pączka, zapewne szukając jakiegoś zajęcia dla rąk i żeby się uspokoić. Nie dziwił jej się, na jej miejscu pewnie tak samo by się denerwował, tyle że w jego przypadku byłby to papieros za papierosem. Swoją drogą zapaliłby, ale nie mógł ruszyć się z łóżka. A nawet gdyby spróbował, pani Bulstrode zagroziłaby mu pewnie paraliżem.
- Pytasz, jak prawie umarłem? – zainteresował się, przechylając głowę, bo chociaż nie była to odpowiednia pora, uruchomiła się w nim chęć zaczepek. – No więc moja dusza prawie opuściła ciało, kiedy straciłem za dużo krwi, ale co poniektórzy chyba nie chcieli się mnie pozbywać, rzucając odpowiednie zaklęcia… Okej, już przestaję – mówił, przerywając w końcu, gdy dostrzegł jej niepocieszoną minę. To był jednak jedyny sposób, by sam sobie z tą sytuacją poradził. Żarty, dogryzanie, układanie sobie w głowie pełnej wersji wydarzeń, która wciąż pozostawała zagmatwana. – Nie podoba mi się fakt, że nie mogę przed tobą uciec, bo wiem, że muszę ci wszystko powiedzieć – burknął, obniżając się nieco na poduszkach, jak gdyby chciał się ukryć pod kołdrą. Może nawet zaciągnąłby ją sobie na twarz, ale miał wrażenie, że Nora by go odkryła. Czy tak się czuła Mabel, kiedy zrobiła coś „złego” i obawiała się kary od swojej mamy? – To nie było duże stworzenie, to coś mieściło się w dłoni – zaczął, unosząc przy okazji zdrową rękę i pokazując gest, jakby coś rzeczywiście trzymał. – I nawet nie było zwierzęciem, tylko szkatułką, na którą ktoś rzucił morderczą klątwę. Odwiedzałem kogoś, kto nad tym pracował… sama wiesz, jak to jest z łamaniem klątw, Nicholas pewnie znosi podobny syf do domu… no i na chwilę zostałem sam i ten przedmiot jakby mnie opętał i nie do końca kontaktowałem, co robię. Jak już ogarnąłem, było za późno, ta szkatuła się otworzyła i użarła mnie w rękę. Straciłem chyba dużo krwi, niewiele pamiętam, bo zemdlałem. A wiesz, jak jest z Longbottomami. Pomogą każdemu, kto tego potrzebuje.
Wzdrygnął się na samą myśl o tej durnej szkatułce, która się w niego dosłownie wżerała. Uzdrowiciele twierdzili, że zdjęli klątwę z jego ręki, ale nadal musiał pozostawać pod obserwacją. Nie mieli wcześniej z czymś takim do czynienia, nie dziwił się zresztą, biorąc pod uwagę, że Castiel przygarnął sobie jakieś bardzo stare cholerstwo. Czy fakt, że przez Fergusa ostatecznie wybuchło, można było uznać za sukces w neutralizacji czarnej magii? Podniósł wzrok na Norę, dotychczas przyglądając się swoim dłoniom. Nie wiedział, jakiej reakcji się po niej spodziewać.
- Tak samo uznał, że się narażam bez powodu, stąd taka myśl – wyjaśnił, wyraźnie niepocieszony jej wybuchem, mimo że przecież ufał jej na tyle, że wiedział, iż nie popędziłaby od razu do jego rodziców. Co najwyżej do siostry, ale wątpił, by ta w ogóle wiedziała, że Fergus leżał teraz w szpitalu.
- Nawet nie wiesz, ile jeszcze sposobów na oczarowanie mam w zanadrzu – zażartował, mrugając do niej. Chociaż wciąż obawiał się reprymendy z jej strony, która – w przeciwieństwie do słów ojca – wyjątkowo by go dotknęła, to jednak humor mu dopisywał. Tak po prostu przez to, że przyszła tutaj w tym swoim różowym płaszczu z kartonem pączków w rękach, myśląc o nim i martwiąc się z jego powodu. Nie chciał być dla niej problemem, ale sam fakt, jak dobrą była przyjaciółką, go pocieszał.
- Jeśli napisała coś podobnego mojemu ojcu, nie dziwię się, że przyszedł tu dziś rano z wrzaskiem, że powinienem siedzieć w pracy – mruknął, znów jakby kurcząc się w sobie na wspomnienie awantury spowodowanej wymianą słów między starym Ollivanderem, a Elliottem Malfoyem. Norę ominęła całkiem niezła dyskusja, podczas której Fergus pragnął zapaść się pod ziemię.
- Nie masz czym się martwić, wrócę do siebie – uspokoił ją, znów poprawiając się na łóżku, by zająć nieco wygodniejszą pozycję. Sięgnęła po pączka, zapewne szukając jakiegoś zajęcia dla rąk i żeby się uspokoić. Nie dziwił jej się, na jej miejscu pewnie tak samo by się denerwował, tyle że w jego przypadku byłby to papieros za papierosem. Swoją drogą zapaliłby, ale nie mógł ruszyć się z łóżka. A nawet gdyby spróbował, pani Bulstrode zagroziłaby mu pewnie paraliżem.
- Pytasz, jak prawie umarłem? – zainteresował się, przechylając głowę, bo chociaż nie była to odpowiednia pora, uruchomiła się w nim chęć zaczepek. – No więc moja dusza prawie opuściła ciało, kiedy straciłem za dużo krwi, ale co poniektórzy chyba nie chcieli się mnie pozbywać, rzucając odpowiednie zaklęcia… Okej, już przestaję – mówił, przerywając w końcu, gdy dostrzegł jej niepocieszoną minę. To był jednak jedyny sposób, by sam sobie z tą sytuacją poradził. Żarty, dogryzanie, układanie sobie w głowie pełnej wersji wydarzeń, która wciąż pozostawała zagmatwana. – Nie podoba mi się fakt, że nie mogę przed tobą uciec, bo wiem, że muszę ci wszystko powiedzieć – burknął, obniżając się nieco na poduszkach, jak gdyby chciał się ukryć pod kołdrą. Może nawet zaciągnąłby ją sobie na twarz, ale miał wrażenie, że Nora by go odkryła. Czy tak się czuła Mabel, kiedy zrobiła coś „złego” i obawiała się kary od swojej mamy? – To nie było duże stworzenie, to coś mieściło się w dłoni – zaczął, unosząc przy okazji zdrową rękę i pokazując gest, jakby coś rzeczywiście trzymał. – I nawet nie było zwierzęciem, tylko szkatułką, na którą ktoś rzucił morderczą klątwę. Odwiedzałem kogoś, kto nad tym pracował… sama wiesz, jak to jest z łamaniem klątw, Nicholas pewnie znosi podobny syf do domu… no i na chwilę zostałem sam i ten przedmiot jakby mnie opętał i nie do końca kontaktowałem, co robię. Jak już ogarnąłem, było za późno, ta szkatuła się otworzyła i użarła mnie w rękę. Straciłem chyba dużo krwi, niewiele pamiętam, bo zemdlałem. A wiesz, jak jest z Longbottomami. Pomogą każdemu, kto tego potrzebuje.
Wzdrygnął się na samą myśl o tej durnej szkatułce, która się w niego dosłownie wżerała. Uzdrowiciele twierdzili, że zdjęli klątwę z jego ręki, ale nadal musiał pozostawać pod obserwacją. Nie mieli wcześniej z czymś takim do czynienia, nie dziwił się zresztą, biorąc pod uwagę, że Castiel przygarnął sobie jakieś bardzo stare cholerstwo. Czy fakt, że przez Fergusa ostatecznie wybuchło, można było uznać za sukces w neutralizacji czarnej magii? Podniósł wzrok na Norę, dotychczas przyglądając się swoim dłoniom. Nie wiedział, jakiej reakcji się po niej spodziewać.